Nie liczyła na żaden tajemniczy lek, bo ten zapewne jeszcze nie powstał. Gdyby tylko miała więcej czasu, pewnie sama poeksperymentowałaby nad kociołkiem, próbując stworzyć coś bardziej skutecznego niż te napary i herbatki, ale tego czasu jednak za dużo nie miała. Wiedziała też, że jednak dobrym kierunkiem byłoby, by obejrzał ją jakiś medyk, nawet jeśli żadnego super leku nie ma… ale może jednak w ciągu ostatnich dni zrobiono jakieś postępy? To znaczy od czasu jak jej ojciec dał komentarz Czarownicy.
Victoria zapatrzyła się na Deirdre, kiedy powiedziała, że ją osłucha, nie zrobiła jednak żadnego ruchu (prócz skinienia głową i cicho wypowiedzianego „dobrze”), póki uzdrowicielka nie zaciągnęła parawanu (bardzo zresztą uroczego, na co Lestrange lekko się nawet uśmiechnęła, ale wcale nie kpiąco) i powiedziała jej że ma się rozebrać. Tu już nastąpiło lekkie zawahanie, ale po tym, jak odetchnęła przez nos, sięgnęła do guzików, by zacząć je rozpinać, by faktycznie się rozebrać. Victoria, od czasu bardzo realistycznego snu, w którym została zaatakowana przez jakiegoś psychola chcącego ją zabić, miała na ciele rany, które – jak uważała – ją szpeciły, a ta największa znajdowała się właśnie na plecach; blizna biegła jej przez plecy na skos, zaczynając się przy prawym barku, a kończąc koło lewego biodra i w tych warunkach była właściwie nie do zakrycia, bo Victoria miała schludnie zaplecione włosy w warkocz, by nie przeszkadzały podczas wizyty.
Zauważyła przy tym, że uzdrowicielka spędziła chwilę czasu na myciu rąk i robiła to bardzo dokładnie, w jej głowie jednak wydało się to całkowicie normalnym, bo kto to wie, co pacjent ze sobą przyniesie i co się może przykleić z poprzednich wizyt. A być może, tylko być może, sama obsesyjnie czyściła swoje otoczenie i siebie samą, dlatego nie wyczuła w tym niczego nadzwyczajnego.
– Nie odczuwam zimna – wyrwało jej się, a gdy te słowa już padły w odpowiedzi do zimnego cylindra, to Victoria skrzywiła się, bo to w sumie nie do końca było tak. Źle się wyraziła. – Nie, inaczej. Nie czuję ciepła, czy raczej nie ma takiego ciepła, które byłoby w stanie mnie ogrzać, wobec czego ciągle jest mi zimno – było to pokłosie wejścia do Limbo i Deidre, gdy już zbliżyła się do Victorii, sama mogła to poczuć, nawet jeśli jeszcze jej nie dotknęła: to dojmujące, lodowate wręcz zimno bardziej utożsamiane z trupem niż żywym. Było to zimno, które z niej wręcz ziało i tłumaczyło dlaczego Zimni zostali nazwani właśnie tak… i dlaczego z początku (a może nawet i do teraz) mówiono, że są zimni jak trupy. Albo nawet zimniejsi. To nie było przyjemne dla żywego człowieka, który odczuwał zimno i ciepło normalnie; przebywanie przy Zimnych nie było przyjemne, zaś dotykanie ich…? Victoria uśmiechnęła się do Deirdre wręcz przepraszająco. Jej przypadek był Zjawiskiem przez duże Z i miała tego pełną świadomość.