25.02.2026, 16:00 ✶
– Zdążyłem zapomnieć, jak smakują – przyznał, bo ostatni raz we Włoszech był w Mediolanie, ale było to ponad rok temu i wtedy akurat w pośpiechu i szale organizowania pokazu modowego nie myślał zupełnie o jedzeniu czy turystyce. Interesowała go tylko katastrofa, jaką był fakt, że ubrania nie pasowały na modelkę i trzeba było szybko szukać innej.
– Masz rację. W takim razie przyznaję bez wstydu – zgodził się bez oporów, bo cóż, po prawdzie to Rosier bardzo rzadko wstydził się czegokolwiek, co zrobił albo myślał. Nie że nie zdarzało się to nigdy, ale było jednak ogromną rzadkością.
Podał jej książką, dość grubą, ładnie wydaną, w twardej oprawie: na okładce postacie były oczywiście ruchome, i plecami do siebie stały na niej dwie kobiety, na pierwszy rzut oka mocno się różniące, chociaż kiedy człowiek się im przyjrzał, mógł odkryć, że w istocie była to ta sama dziewczyna. Ot inaczej uczesana, umalowana, ubrana i trochę szczuplejsza w tym drugim „wydaniu”.
– Nie, właściwie to nie. Sama historia, gdyby się zastanowić… jest dość typowa. Podobały mi się fragmenty o pokazach i to, jak została napisana, ale nie tworzyłem projektów z nią związanych.
Inspirowały go czasem widoki, dźwięki albo konkretna kobieta. Mogły to być czarne róże czy opowieść o księżniczce z zaklętego ogrodu. Ale książka w gruncie rzeczy opowiadała po prostu w pewnym sensie wariację historii brzydkiego kaczątka, ot z morałem, że ostatecznie nie zależało mu na zachwycaniu wszystkich byciem łabędziem. Bohaterki Christopher nie polubił na tyle, aby mieć ochotę projektować coś z myślą o niej. Jej szefowa? O tak, z nią mógłby współpracować w prawdziwym życiu, ale na podstawie słów w książce nie wystarczyło to do tworzenia konkretnego projektu.
Uśmiechnął się pod nosem, gdy wyłowiła spośród innych historii Opowieści Barda Beedle’a. Owszem, znał je, bo ot każde czarodziejskie dziecko, o ile nie było zupełnie zaniedbane, je znało – dostał egzemplarz w prezencie bodaj na siódme czy ósme urodziny, i lepiej poznał tylko baśń o przędzeniu złota, uważaną za inspirowaną historią jego przodkini.
– Którą z nich lubisz najbardziej? – zapytał, obracając w dłoniach to wydanie, a potem otworzył książkę, aby spojrzeć na ilustracje. Trzech braci spotykających śmierć, kociołek czary mary… – Historia o włochatym sercu czarodzieja przyprawiła mojego brata o koszmary, kiedy był dzieckiem.
Jego trochę też, ale oczywiście do tego Chris ani myślał się przyznawać.
– Masz rację. W takim razie przyznaję bez wstydu – zgodził się bez oporów, bo cóż, po prawdzie to Rosier bardzo rzadko wstydził się czegokolwiek, co zrobił albo myślał. Nie że nie zdarzało się to nigdy, ale było jednak ogromną rzadkością.
Podał jej książką, dość grubą, ładnie wydaną, w twardej oprawie: na okładce postacie były oczywiście ruchome, i plecami do siebie stały na niej dwie kobiety, na pierwszy rzut oka mocno się różniące, chociaż kiedy człowiek się im przyjrzał, mógł odkryć, że w istocie była to ta sama dziewczyna. Ot inaczej uczesana, umalowana, ubrana i trochę szczuplejsza w tym drugim „wydaniu”.
– Nie, właściwie to nie. Sama historia, gdyby się zastanowić… jest dość typowa. Podobały mi się fragmenty o pokazach i to, jak została napisana, ale nie tworzyłem projektów z nią związanych.
Inspirowały go czasem widoki, dźwięki albo konkretna kobieta. Mogły to być czarne róże czy opowieść o księżniczce z zaklętego ogrodu. Ale książka w gruncie rzeczy opowiadała po prostu w pewnym sensie wariację historii brzydkiego kaczątka, ot z morałem, że ostatecznie nie zależało mu na zachwycaniu wszystkich byciem łabędziem. Bohaterki Christopher nie polubił na tyle, aby mieć ochotę projektować coś z myślą o niej. Jej szefowa? O tak, z nią mógłby współpracować w prawdziwym życiu, ale na podstawie słów w książce nie wystarczyło to do tworzenia konkretnego projektu.
Uśmiechnął się pod nosem, gdy wyłowiła spośród innych historii Opowieści Barda Beedle’a. Owszem, znał je, bo ot każde czarodziejskie dziecko, o ile nie było zupełnie zaniedbane, je znało – dostał egzemplarz w prezencie bodaj na siódme czy ósme urodziny, i lepiej poznał tylko baśń o przędzeniu złota, uważaną za inspirowaną historią jego przodkini.
– Którą z nich lubisz najbardziej? – zapytał, obracając w dłoniach to wydanie, a potem otworzył książkę, aby spojrzeć na ilustracje. Trzech braci spotykających śmierć, kociołek czary mary… – Historia o włochatym sercu czarodzieja przyprawiła mojego brata o koszmary, kiedy był dzieckiem.
Jego trochę też, ale oczywiście do tego Chris ani myślał się przyznawać.