26.02.2026, 04:27 ✶
Zimny wiatr znad Tamizy smagał nas po twarzach, ale tutaj, na szczycie wzgórza, smakował inaczej - jak ozon i wolność, może z lekkim posmakiem karmelizowanej cebuli, prawdopodobnie przemrożonej, subtelnie nieświeżej, za to piernej jak cholera - zdecydowanie lepiej niż lilie z kadzidłem w kowenie Whitecroft. Wbiłem zęby w kolejną bułę, czując na sobie badawcze spojrzenie towarzyszki, na które tylko wzruszyłem ramionami. Kątem oka dostrzegałem to niedowierzanie w jej oczach, to nieme pytanie „gdzie ty to mieścisz?”, doskonale wiedziałem, co widziała - faceta, który pochłaniał jedzenie, jakby jutra miało nie być, i w sumie nie była to nieprawda, skoro w moim świecie „jutro” zawsze było opcjonalne. Przełknąłem potężny kęs czegoś, co było bardziej pszenno-tekturowym zapchaczem, niż wartościowym posiłkiem, nie licząc, która to była sztuka, tylko sięgając po kolejną ofiarę mojego nienasycenia - raptem pół sekundy później ponownie przeżuwałem ten „skarb” brytyjskiej gastronomii, jakbym naprawdę głęboko delektował się smakiem każdej dokładki.
Wiesz, co jest najgorsze w byciu facetem, który zawodowo ugania się za rzeczami, o których inni boją się śnić? To, że kiedy w końcu stajesz przed największą zagadką swojego życia, jedyne, co potrafisz zrobić, to zapchać usta tanią parówką z przydrożnej stacji.
Wyciągnięcie jej spod kowenu, sprzed ołtarza w samym sercu Londynu, spomiędzy tych wszystkich sztywniaków w wykrochmalonych kołnierzykach, było najbardziej brawurowym zleceniem, jakie kiedykolwiek sam sobie przydzieliłem, tyle że to nie było zlecenie - to był odruch. Słysząc lakoniczne „tak, wszystko jest w porządku”, tylko mruknąłem coś twierdząco, pod nosem, chociaż w duchu zakląłem, bo przecież widziałem, że nic nie było w porządku. Patrzyłem na nią, mrużąc oczy przed natrętnym blaskiem neonu, widząc, jak walczyła z myślami - wiedziałem, co czuła - to musiał być ten specyficzny rodzaj zawieszenia, kiedy stary świat już spłonął, a nowy jeszcze nie zdążył się wyłonić z popiołów. Dla niej to był skok w przepaść. Dla mnie? Dla mnie to był wtorek, tyle że z najbardziej zawziętą pasażerką, jaką kiedykolwiek gościła ta maszyna. Poczułem ukłucie gdzieś pod żebrami, którego nie uśmierzyłby nawet tuzin hot dogów - dla kogoś obeznanego z realiami naszego świata, niestety, jedno było zatrważająco jasne - najgorsze demony to nie te, które wyciąga się z antycznych grobowców, ale te, które nosi się pod żebrami, a moim demonem, od lat, była właśnie Pruey. Patrzyłem, jak przeżuwała tego nędznego hot doga z taką godnością, jakby siedziała na uroczystej kolacji w Savoy’u, nie stała na brudnej stacji benzynowej w oparach etyliny - była panna młoda, która jedną decyzją zamieniła życie w luksusach na parówę spożytą na stacji benzynowej w towarzystwie faceta, który zawodowo uganiał się za cieniami. Ciężka, ciemna wełna kontrastowała z nieskazitelną biela jej sukni, tworząc obraz, który przypominał mi stare, czarno-białe filmy, tylko że to nie był film, to była rzeczywistość - brudna, zimna i cholernie skomplikowana.
Słowa o tym, że łatwiej mnie odziać niż wykarmić, bez wątpienia były w punkt, chociaż z tym ubieraniem trafiła kulą w płot - większość krawców dostawała stanów lękowych na sam widok szerokości moich barów, myśląc, że przyszedłem wynieść im kasę fiskalną, a ja chciałem po prostu portki, w których nie pękną mi szwy, gdy kucnę, by narysować coś kredą. Potem też nie było łatwo się dogadać, w końcu szyli te swoje modne, wąskie garniturki dla chłopców, którzy wyglądali, jakby żywili się wyłącznie powietrzem i herbatą, więc gdy przychodziłem ja - na szczęście nie cały na biało, bo w jasnych kolorach nie było mi do twarzy - pojawiał się problem. „Panie, na pana to trzeba zużyć materiału jak na żagiel do fregaty!”
- Skarbie, ubierać mnie też nie jest łatwo. - Odparłem, oblizując palce z resztek musztardy. - Poza tym zaraz zamykają, a nie chcę, żeby te wszystkie parówki się zmarnowały. To lokalna stacja, więc to byłby brak lojalności wobec korony. - Klepnąłem się po brzuchu, chociaż pod warstwami ubrań były tam głównie twarde jak skała mięśnie i kilka blizn, o których wolałbym, żeby nigdy się nie dowiedziała.
Spojrzałem na nią uważnie - stała tam, przy tym instrybutorze, oświetlona trupim, drgającym błękitem neonu - i poczułem to znajome szarpnięcie w piersi, którego nie potrafiły uciszyć żadne zaklęcia ani lata spędzone na neutralizacji rzeczy, o których zwykli zjadacze fastfoodów bali się śnić. Wyglądała tak krucho w tym moim płaszczu, a jednocześnie tak cholernie dzielnie. Wiedziałem, co zostawiła za plecami, wiedziałem też, co ja powinienem teraz robić, ale kiedy zobaczyłem ją stojącą na ołtarzu, w tej białej, absurdalnej sukni i w pozycji, w której zdecydowanie nie pragnęła się znajdować… Cóż, klątwy mają to do siebie, że trudno je złamać, a ta, która wiązała mnie z nią, była najsilniejszą, jaką znałem. Przez ułamek sekundy poczułem ciężar biletu w kieszeni, nie musząc nawet sprawdzać godziny, by wiedzieć, że niedługo statek odpłynie, zlecenie na kontynencie przepadnie, ktoś inny zgarnie fortunę za odczynienie uroku nad winnicami we Francji, a ja zostanę tu, na wyspie, którą obiecałem sobie opuścić na zawsze, ale gdy tylko spojrzałem na zmęczone oczy Prudence, na te nieszczęsne ślubne pantofelki na obcasach, które musiały ją piekielnie uciskać, poczułem też narastającą we mnie tę przeklętą, cichą lojalność, której nie potrafiłem zabić przez dekady.
Chciałem jej powiedzieć, że w moich łachmanach wygląda lepiej niż w tej całej eleganckiej, zdecydowanie za ciasnej i duszącej farsie, którą jej zgotowali, ale tylko wzruszyłem ramionami, udając, że mróz mnie nie ruszał. Neon nad nami bzyczał natarczywie, zalewając jej bladą skórę martwo-niebieskim światłem, ale dla mnie i tak promieniała.
- Daj spokój. Niczym się nie przejmuj. - Powiedziałem, machnąwszy ręką, jakby to była najmniej istotna rzecz na świecie, moja noga, obuta w ciężki but, mimowolnie zaczęła wystukiwać nerwowy rytm o mokry asfalt. - Trzymaj go tak długo, jak będziesz chciała. Mnie jest względnie ciepło, mam grubą skórę i wystarczająco dużo zapasów tłuszczu po tych wszystkich hot dogach, żeby przetrwać w gorszych warunkach, niż byle wiaterek. - Uniosłem brwi, uśmiechając się do niej z ukosa. - Poza tym, pasuje ci styl „ukradłam łachy starszemu bratu”. - Tylko że ja nie byłem jej bratem - i nigdy nie chciałem nim być.
Zauważyłem jej wzrok wędrujący na znak zakazu palenia i przez ułamek sekundy spodziewałem się reprymendy - tej jej uroczej, pouczającej miny, którą pamiętałem z czasów, gdy jeszcze sypialiśmy pod jednym dachem, chociaż zazwyczaj w osobnych łóżkach, i dzieliliśmy marzenia o wielkim świecie, ale Prue milczała, dzisiejsza noc najwyraźniej pozbawiła ją nawet chęci do bycia strażniczką zasad, co było wyjątkowo dezorientujące. Sam zawsze uważałem, że reguły były dla ludzi, którzy mieli coś do stracenia, albo dla tych, którzy wierzyli, że świat ma jakieś normy - ja od dawna wiedziałem, że jedyną prawdą wartą uwagi jest prawo przetrwania za wszelką cenę i fakt, że benzyna pali się cholernie dobrze, jeśli tylko dać jej powód.
Wyciągnąłem papierosa, wsadzając go sobie w usta, kompletnie ignorując tabliczkę z przekreślonym petem i przypaliłem tytoń, osłaniając płomień zapalniczki przed wiatrem, a dym natychmiast zmieszał się z chłodnym, marcowym powietrzem. Przez chwilę blask ognia rozświetlił moje świeże blizny na knykciach - pamiątki po ostatnim „spotkaniu” z pewnym upartym poltergeistem w Highgate - zlecenie na Wyspach było zamknięte, a przynajmniej powinno być. Zaciągnąłem się, pozwalając, by chłód nocy nieco ostudził moje myśli, czułem na sobie jej wzrok, to badawcze spojrzenie, którym zawsze potrafiła prześwietlić moje intencje. Czy miałem coś ważnego do zrobienia? Pytanie uderzyło mnie mocniej, niż powinno - w porcie czekał na mnie kontakt, nowe życie, nowe zlecenia, ucieczka od przeszłości, która deptała mi po piętach, samotna, bezpieczna egzystencja mężczyzny, który nikomu nie musiał się tłumaczyć. A jednak stałem tutaj, na szczycie stromej ulicy, brudząc sobie ręce tłuszczem z papierowej torebki, patrząc na kobietę, która była jedynym powodem, dla którego kiedykolwiek rozważałem złożenie broni.
- Ważnego? - Powtórzyłem, uśmiechając się krzywo, wypuszczając dym bokiem, by nie leciał w jej stronę, i wrzucając papierową torbę do bocznej sakwy Harleya, chociaż w piersi czułem znajomy skurcz, ten sam, który towarzyszył mi przez wszystkie lata naszej przyjaźni - dla niej byłem po prostu Benjym, starym przyjacielem, który zawsze zjawiał się w niewłaściwym czasie, by zrobić coś właściwego, ona dla mnie… Zamrugałem, przenosząc wzrok z jej zmęczonych oczu na ciemniejący horyzont Londynu - tam, gdzie światła zlewały się w jedną, wielką łunę. Świat i tak był przeklęty, jeden dzień w tę czy w tamtą nie zrobi różnicy. - Pruey, spójrz na mnie. Wyglądam na kogoś, kto ma napięty grafik? Nie mam nic ważniejszego od sprawdzenia, czy ta panna w błękitnym kabriolecie faktycznie jest taka szalona, jak obiecują na plakacie. Nic mnie nie goni. Absolutnie nic. - No, może poza jej narzeczonym, o ile odzyskał jaja. - Moje jedyne plany na dziś to dopilnować, żebyś nie zamarzła w tej białej firance i żeby nikt nie kazał nam płacić za dwa bilety, co teoretycznie ma szansę zadziałać, bo w obu przypadkach już teraz praktycznie znikasz cała w moim płaszczu. - Skłamałem z taką łatwością, że aż sam siebie zadziwiłem, ale przecież nie mogłem jej powiedzieć, że właśnie dla niej rzuciłem jedyną rzecz, jaką potrafiłem robić dobrze - uciekanie. Paradoksalnie, bo przecież jednocześnie ona uciekła ze mną gościowi, który pewnie właśnie teraz płakał w mankiet swojego tatusia - to była nieoczekiwana zamiana ról, bez wątpienia, chociaż tylko ja to widziałem, prawda?
Przez głowę przemknął mi obraz wściekłego zleceniodawcy i porzuconego kontraktu, który właśnie oficjalnie uznałem za niebyły - może nie uciekłem komuś spod obrączki, ale jako wolny strzelec nie mogłem sobie pozwolić na sentymenty, więc tego wieczoru najwyraźniej ja też paliłem za sobą mosty, niespecjalnie przejmując, a nawet ciesząc się tym, że jedyne, co mi zostało na najbliższe godziny, to ten motocykl i dziewczyna w za dużym płaszczu. Odepchnąłem się od Harleya, prostując swoje blisko dwa metry wzrostu, po czym wyciągnąłem w jej stronę dłoń, tę samą, która jeszcze wczoraj zaciskała się na rękojeści noża i sztywniała od kreślenia znaków ochronnych, a teraz drżała lekko na samą myśl o dotknięciu znajomego ramienia. Prawda była taka, że widok Pruey w moich rzeczach robił mi z mózgu papkę, szczególnie wtedy, gdy czułem z bliska zapach jej perfum zmieszany z nutami orientalnych przypraw i tytoniu - to była woń wszystkiego, od czego miałem uciec. Powinienem był olać to miasto i wszystko, co mnie z nim łączyło, lecz nagle cały mój profesjonalizm, całe to doświadczenie „samotnego wilka”, wylądowało w śmietniku obok pustego opakowania po batonie z masłem orzechowym i papierowego kubka od cienkiej kawy. Zlecenia mogły poczekać, Europa mogła poczekać, moja wolność mogła poczekać, skoro ona właśnie smakowała swojej.
- Zresztą, kino to nie tylko film. - Dodałem, mrugając do niej i wskazując na torbę z zapasami, którą właśnie dopchnąłem nogą bliżej motocykla. - Zamierzam kupić największy kubeł przesolonego popcornu z masłem, jaki posiadają. Do tego weźmiemy tę syntetyczną, różową sodę o smaku truskawki, która farbuje język. I precle w czekoladzie. Dużo precli. I żelki w kształcie misiów. - Zrobiłem krok w jej stronę, starając się nie wyglądać zbyt groźnie w tym półmroku. Widok poruszanego wiatrem fragmentu sukni, pod tym obskurnym neonem, był jak nóż wbity w żebra - przypominał mi o wszystkim, czego nigdy nie mogłem jej zaoferować, i o wszystkim, co właśnie porzuciła, postanowiłem więc uderzyć w ton, który zawsze ją rozbrajał, wracając do tematu bycia biologicznym ewenementem w kwestii żarcia. - No i cukierki czekoladowe z orzechami w środku, takie w twardych skorupkach, żebyśmy mogli nimi rzucać w ekran, jeśli film okaże się zbyt nudny. - Pochyliłem się nieco, by zajrzeć Prue w oczy, wyciągnąłem rękę, wahając się przez ułamek sekundy, po czym delikatnie musnąłem palcem czubek jej nosa, tak jak robiłem to lata temu. Chciałem, żeby się uśmiechnęła, naprawdę potrzebowałem jeszcze raz zobaczyć ten szczery uśmiech, zanim noc do reszty nas pochłonie.
Wiesz, co jest najgorsze w byciu facetem, który zawodowo ugania się za rzeczami, o których inni boją się śnić? To, że kiedy w końcu stajesz przed największą zagadką swojego życia, jedyne, co potrafisz zrobić, to zapchać usta tanią parówką z przydrożnej stacji.
Wyciągnięcie jej spod kowenu, sprzed ołtarza w samym sercu Londynu, spomiędzy tych wszystkich sztywniaków w wykrochmalonych kołnierzykach, było najbardziej brawurowym zleceniem, jakie kiedykolwiek sam sobie przydzieliłem, tyle że to nie było zlecenie - to był odruch. Słysząc lakoniczne „tak, wszystko jest w porządku”, tylko mruknąłem coś twierdząco, pod nosem, chociaż w duchu zakląłem, bo przecież widziałem, że nic nie było w porządku. Patrzyłem na nią, mrużąc oczy przed natrętnym blaskiem neonu, widząc, jak walczyła z myślami - wiedziałem, co czuła - to musiał być ten specyficzny rodzaj zawieszenia, kiedy stary świat już spłonął, a nowy jeszcze nie zdążył się wyłonić z popiołów. Dla niej to był skok w przepaść. Dla mnie? Dla mnie to był wtorek, tyle że z najbardziej zawziętą pasażerką, jaką kiedykolwiek gościła ta maszyna. Poczułem ukłucie gdzieś pod żebrami, którego nie uśmierzyłby nawet tuzin hot dogów - dla kogoś obeznanego z realiami naszego świata, niestety, jedno było zatrważająco jasne - najgorsze demony to nie te, które wyciąga się z antycznych grobowców, ale te, które nosi się pod żebrami, a moim demonem, od lat, była właśnie Pruey. Patrzyłem, jak przeżuwała tego nędznego hot doga z taką godnością, jakby siedziała na uroczystej kolacji w Savoy’u, nie stała na brudnej stacji benzynowej w oparach etyliny - była panna młoda, która jedną decyzją zamieniła życie w luksusach na parówę spożytą na stacji benzynowej w towarzystwie faceta, który zawodowo uganiał się za cieniami. Ciężka, ciemna wełna kontrastowała z nieskazitelną biela jej sukni, tworząc obraz, który przypominał mi stare, czarno-białe filmy, tylko że to nie był film, to była rzeczywistość - brudna, zimna i cholernie skomplikowana.
Słowa o tym, że łatwiej mnie odziać niż wykarmić, bez wątpienia były w punkt, chociaż z tym ubieraniem trafiła kulą w płot - większość krawców dostawała stanów lękowych na sam widok szerokości moich barów, myśląc, że przyszedłem wynieść im kasę fiskalną, a ja chciałem po prostu portki, w których nie pękną mi szwy, gdy kucnę, by narysować coś kredą. Potem też nie było łatwo się dogadać, w końcu szyli te swoje modne, wąskie garniturki dla chłopców, którzy wyglądali, jakby żywili się wyłącznie powietrzem i herbatą, więc gdy przychodziłem ja - na szczęście nie cały na biało, bo w jasnych kolorach nie było mi do twarzy - pojawiał się problem. „Panie, na pana to trzeba zużyć materiału jak na żagiel do fregaty!”
- Skarbie, ubierać mnie też nie jest łatwo. - Odparłem, oblizując palce z resztek musztardy. - Poza tym zaraz zamykają, a nie chcę, żeby te wszystkie parówki się zmarnowały. To lokalna stacja, więc to byłby brak lojalności wobec korony. - Klepnąłem się po brzuchu, chociaż pod warstwami ubrań były tam głównie twarde jak skała mięśnie i kilka blizn, o których wolałbym, żeby nigdy się nie dowiedziała.
Spojrzałem na nią uważnie - stała tam, przy tym instrybutorze, oświetlona trupim, drgającym błękitem neonu - i poczułem to znajome szarpnięcie w piersi, którego nie potrafiły uciszyć żadne zaklęcia ani lata spędzone na neutralizacji rzeczy, o których zwykli zjadacze fastfoodów bali się śnić. Wyglądała tak krucho w tym moim płaszczu, a jednocześnie tak cholernie dzielnie. Wiedziałem, co zostawiła za plecami, wiedziałem też, co ja powinienem teraz robić, ale kiedy zobaczyłem ją stojącą na ołtarzu, w tej białej, absurdalnej sukni i w pozycji, w której zdecydowanie nie pragnęła się znajdować… Cóż, klątwy mają to do siebie, że trudno je złamać, a ta, która wiązała mnie z nią, była najsilniejszą, jaką znałem. Przez ułamek sekundy poczułem ciężar biletu w kieszeni, nie musząc nawet sprawdzać godziny, by wiedzieć, że niedługo statek odpłynie, zlecenie na kontynencie przepadnie, ktoś inny zgarnie fortunę za odczynienie uroku nad winnicami we Francji, a ja zostanę tu, na wyspie, którą obiecałem sobie opuścić na zawsze, ale gdy tylko spojrzałem na zmęczone oczy Prudence, na te nieszczęsne ślubne pantofelki na obcasach, które musiały ją piekielnie uciskać, poczułem też narastającą we mnie tę przeklętą, cichą lojalność, której nie potrafiłem zabić przez dekady.
Chciałem jej powiedzieć, że w moich łachmanach wygląda lepiej niż w tej całej eleganckiej, zdecydowanie za ciasnej i duszącej farsie, którą jej zgotowali, ale tylko wzruszyłem ramionami, udając, że mróz mnie nie ruszał. Neon nad nami bzyczał natarczywie, zalewając jej bladą skórę martwo-niebieskim światłem, ale dla mnie i tak promieniała.
- Daj spokój. Niczym się nie przejmuj. - Powiedziałem, machnąwszy ręką, jakby to była najmniej istotna rzecz na świecie, moja noga, obuta w ciężki but, mimowolnie zaczęła wystukiwać nerwowy rytm o mokry asfalt. - Trzymaj go tak długo, jak będziesz chciała. Mnie jest względnie ciepło, mam grubą skórę i wystarczająco dużo zapasów tłuszczu po tych wszystkich hot dogach, żeby przetrwać w gorszych warunkach, niż byle wiaterek. - Uniosłem brwi, uśmiechając się do niej z ukosa. - Poza tym, pasuje ci styl „ukradłam łachy starszemu bratu”. - Tylko że ja nie byłem jej bratem - i nigdy nie chciałem nim być.
Zauważyłem jej wzrok wędrujący na znak zakazu palenia i przez ułamek sekundy spodziewałem się reprymendy - tej jej uroczej, pouczającej miny, którą pamiętałem z czasów, gdy jeszcze sypialiśmy pod jednym dachem, chociaż zazwyczaj w osobnych łóżkach, i dzieliliśmy marzenia o wielkim świecie, ale Prue milczała, dzisiejsza noc najwyraźniej pozbawiła ją nawet chęci do bycia strażniczką zasad, co było wyjątkowo dezorientujące. Sam zawsze uważałem, że reguły były dla ludzi, którzy mieli coś do stracenia, albo dla tych, którzy wierzyli, że świat ma jakieś normy - ja od dawna wiedziałem, że jedyną prawdą wartą uwagi jest prawo przetrwania za wszelką cenę i fakt, że benzyna pali się cholernie dobrze, jeśli tylko dać jej powód.
Wyciągnąłem papierosa, wsadzając go sobie w usta, kompletnie ignorując tabliczkę z przekreślonym petem i przypaliłem tytoń, osłaniając płomień zapalniczki przed wiatrem, a dym natychmiast zmieszał się z chłodnym, marcowym powietrzem. Przez chwilę blask ognia rozświetlił moje świeże blizny na knykciach - pamiątki po ostatnim „spotkaniu” z pewnym upartym poltergeistem w Highgate - zlecenie na Wyspach było zamknięte, a przynajmniej powinno być. Zaciągnąłem się, pozwalając, by chłód nocy nieco ostudził moje myśli, czułem na sobie jej wzrok, to badawcze spojrzenie, którym zawsze potrafiła prześwietlić moje intencje. Czy miałem coś ważnego do zrobienia? Pytanie uderzyło mnie mocniej, niż powinno - w porcie czekał na mnie kontakt, nowe życie, nowe zlecenia, ucieczka od przeszłości, która deptała mi po piętach, samotna, bezpieczna egzystencja mężczyzny, który nikomu nie musiał się tłumaczyć. A jednak stałem tutaj, na szczycie stromej ulicy, brudząc sobie ręce tłuszczem z papierowej torebki, patrząc na kobietę, która była jedynym powodem, dla którego kiedykolwiek rozważałem złożenie broni.
- Ważnego? - Powtórzyłem, uśmiechając się krzywo, wypuszczając dym bokiem, by nie leciał w jej stronę, i wrzucając papierową torbę do bocznej sakwy Harleya, chociaż w piersi czułem znajomy skurcz, ten sam, który towarzyszył mi przez wszystkie lata naszej przyjaźni - dla niej byłem po prostu Benjym, starym przyjacielem, który zawsze zjawiał się w niewłaściwym czasie, by zrobić coś właściwego, ona dla mnie… Zamrugałem, przenosząc wzrok z jej zmęczonych oczu na ciemniejący horyzont Londynu - tam, gdzie światła zlewały się w jedną, wielką łunę. Świat i tak był przeklęty, jeden dzień w tę czy w tamtą nie zrobi różnicy. - Pruey, spójrz na mnie. Wyglądam na kogoś, kto ma napięty grafik? Nie mam nic ważniejszego od sprawdzenia, czy ta panna w błękitnym kabriolecie faktycznie jest taka szalona, jak obiecują na plakacie. Nic mnie nie goni. Absolutnie nic. - No, może poza jej narzeczonym, o ile odzyskał jaja. - Moje jedyne plany na dziś to dopilnować, żebyś nie zamarzła w tej białej firance i żeby nikt nie kazał nam płacić za dwa bilety, co teoretycznie ma szansę zadziałać, bo w obu przypadkach już teraz praktycznie znikasz cała w moim płaszczu. - Skłamałem z taką łatwością, że aż sam siebie zadziwiłem, ale przecież nie mogłem jej powiedzieć, że właśnie dla niej rzuciłem jedyną rzecz, jaką potrafiłem robić dobrze - uciekanie. Paradoksalnie, bo przecież jednocześnie ona uciekła ze mną gościowi, który pewnie właśnie teraz płakał w mankiet swojego tatusia - to była nieoczekiwana zamiana ról, bez wątpienia, chociaż tylko ja to widziałem, prawda?
Przez głowę przemknął mi obraz wściekłego zleceniodawcy i porzuconego kontraktu, który właśnie oficjalnie uznałem za niebyły - może nie uciekłem komuś spod obrączki, ale jako wolny strzelec nie mogłem sobie pozwolić na sentymenty, więc tego wieczoru najwyraźniej ja też paliłem za sobą mosty, niespecjalnie przejmując, a nawet ciesząc się tym, że jedyne, co mi zostało na najbliższe godziny, to ten motocykl i dziewczyna w za dużym płaszczu. Odepchnąłem się od Harleya, prostując swoje blisko dwa metry wzrostu, po czym wyciągnąłem w jej stronę dłoń, tę samą, która jeszcze wczoraj zaciskała się na rękojeści noża i sztywniała od kreślenia znaków ochronnych, a teraz drżała lekko na samą myśl o dotknięciu znajomego ramienia. Prawda była taka, że widok Pruey w moich rzeczach robił mi z mózgu papkę, szczególnie wtedy, gdy czułem z bliska zapach jej perfum zmieszany z nutami orientalnych przypraw i tytoniu - to była woń wszystkiego, od czego miałem uciec. Powinienem był olać to miasto i wszystko, co mnie z nim łączyło, lecz nagle cały mój profesjonalizm, całe to doświadczenie „samotnego wilka”, wylądowało w śmietniku obok pustego opakowania po batonie z masłem orzechowym i papierowego kubka od cienkiej kawy. Zlecenia mogły poczekać, Europa mogła poczekać, moja wolność mogła poczekać, skoro ona właśnie smakowała swojej.
- Zresztą, kino to nie tylko film. - Dodałem, mrugając do niej i wskazując na torbę z zapasami, którą właśnie dopchnąłem nogą bliżej motocykla. - Zamierzam kupić największy kubeł przesolonego popcornu z masłem, jaki posiadają. Do tego weźmiemy tę syntetyczną, różową sodę o smaku truskawki, która farbuje język. I precle w czekoladzie. Dużo precli. I żelki w kształcie misiów. - Zrobiłem krok w jej stronę, starając się nie wyglądać zbyt groźnie w tym półmroku. Widok poruszanego wiatrem fragmentu sukni, pod tym obskurnym neonem, był jak nóż wbity w żebra - przypominał mi o wszystkim, czego nigdy nie mogłem jej zaoferować, i o wszystkim, co właśnie porzuciła, postanowiłem więc uderzyć w ton, który zawsze ją rozbrajał, wracając do tematu bycia biologicznym ewenementem w kwestii żarcia. - No i cukierki czekoladowe z orzechami w środku, takie w twardych skorupkach, żebyśmy mogli nimi rzucać w ekran, jeśli film okaże się zbyt nudny. - Pochyliłem się nieco, by zajrzeć Prue w oczy, wyciągnąłem rękę, wahając się przez ułamek sekundy, po czym delikatnie musnąłem palcem czubek jej nosa, tak jak robiłem to lata temu. Chciałem, żeby się uśmiechnęła, naprawdę potrzebowałem jeszcze raz zobaczyć ten szczery uśmiech, zanim noc do reszty nas pochłonie.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)