26.02.2026, 14:36 ✶
Miłość jest najtrudniejszym z uczuć jakie kiedykolwiek przyszłoby Lorien zdefiniować. Nie dlatego, że nie zna słownikowej definicji, ale dlatego, że jest ona dla niej kompletnie niezrozumiała.
Od dziecka wiedziała, że rodzice darzą się miłością. W końcu, gdyby ojciec nie kochał jej matki, to nie zbudowałby jej małej włoskiej ostoi w samym sercu Londynu, prawda? Nie zasadziłby dla niej drzewka pomarańczowego w ogrodzie, nie nauczył się języka i praw podatkowych, a z czasem nie wyjechałby na Sycylię, by pomóc teściowi w prowadzeniu jego “biznesu”. Ale i Adeline Prewett, gdyby męża nie kochała nie spędziłaby w Anglii ponad dwudziestu lat, nie przyjmowałaby w swoim domu ich wspólnych przyjaciół, nie dbałaby, żeby zagubiony w księgach i prawie chłop zawsze miał ciepły obiad na stole i kieliszeczek limoncello do podwieczorku.
Więc Lorien dorastała widząc czym jest miłość, ale nie rozumiejąc co się z nią robi. Sprawy nie ułatwiał jej “pasażer na gapę” - bestia kłębiąca się w umyśle czarownicy od dzieciństwa, zdołała ją zatruć myślą, że ona sama nie jest warta kochania.
Więc bardzo szybko Lorien powiązała fakt miłości z obowiązkiem. Wydawało jej się, że kocha Donalda Mulcibera (starszego brata jej przyjaciela), bo mogłaby za niego wyjść i zostać panią Mulciber i spełnić obowiązki wynikające z bycia żoną. Wydawało jej się, że kocha swojego pierwszego i jedynego szkolnego chłopaka Hati’ego Greybacka, choć ten co prawda był półkrwi i nie mogliby stanąć na ślubnym kobiercu, bo był dla niej miły, dobrze całował, nosił ją na rękach i fakt, że sam cierpiał na klątwę - wilkołactwo - sprawiał, że mieli dużo tematów do rozmowy. Wydawało jej się wreszcie, że pokochała Alexandra Mulcibera taką miłością jak powinna kobieta kochać mężczyznę, ale… to jest dłuższa historia.
Nie kochała natomiast Roberta Mulcibera, za którego w końcu wyszła. Gdy umarł nie czuła absolutnie nic poza ulgą, więc nie mogła go kochać prawda? Nie. Robert spełnił swoje zadanie, dał jej to czego chciała, a potem.. odszedł… I tyle.
Nie umie powiedzieć czy kocha Aarona Moody’ego. Nie chce tego mówić, żeby wewnętrzne demony i jego nie rozszarpały na strzępy. Nie mniej jednak auror jest najbliższym temu co obserwowała u swoich rodziców, a jej uczucia - nawet jeśli podszyte własnymi motywacjami - najbliższe miłości jako takiej.
Lorien nie wierzy w miłość od pierwszego wejrzenia. Wierzy natomiast w pokrewieństwo dusz zwane “anam cara”. Wierzy również w to, że miłość zawsze kończy się łzami i cierpieniem.
Nie ma nic złego w cielesności, gdy analizuje się zaangażowanie w związku. Uważa, że czasy ich pruderyjnych babek, cnotek niewydymek już dawno umarły; choć nie lubi przesady w drugą stronę - uważa, że to całe wyzwolenie seksualne czy otwarte propagowanie związków jednopłciowych czy nie daj bogom małżeństw między czarodziejami a mugolami - to jawny atak na ich tradycje i wartości. Jest w stanie zaakceptować partnera nieczystej krwi tak długo jak jego ojciec i dziadek byli związani z czarownicami o podobnie czystym rodowodzie. Ileż można w końcu pielęgnować kazirodztwo wśród kuzynów pierwszego stopnia w XX wieku? I nie, jeden buziak z koleżanką nie jest nielegalny, ale raczej wychodzi z założenia, że “chłopak + dziewczyna = normalna rodzina”.
Jej językiem miłości jest z pewnością wspólne spędzanie czasu i ofiarowywanie podarunków. Lubi być blisko osób do których czuje jakiekolwiek ciepłe uczucia. Nie mówi “kocham cię”, bo boi się, że to nie jej słowa będą puste, a odpowiedź, będzie nie taka jaką by chciała.
Jako że jej związek z aktualnym partnerem jest ścisłą tajemnicą, nie ma okazji do poznania bliżej jego rodziny. Nie jest to dla niej coś wybitnie ważnego, zakładając, że jej pasierb jest zaledwie o rok od niej młodszy, a pasierbica o niecałe trzy. Odseparowanie się od ich życia sprawia, że mniej jest między nimi niezręcznych sytuacji. Z tego też powodu nigdy nie okazuje partnerowi uczuć publicznie - nie widzi żadnej potrzeby z obnoszeniem się ich związkiem.
Nie, nigdy przeszło jej przez myśl bycie panią Moody. Nazwisko Mulciber jest tym, które zawsze chciała, na które zapracowała i przez które bardzo wiele w życiu poświęciła. Należy do niej, nieważne że Robert spoczywa sześć stóp pod ziemią.
Od dziecka wiedziała, że rodzice darzą się miłością. W końcu, gdyby ojciec nie kochał jej matki, to nie zbudowałby jej małej włoskiej ostoi w samym sercu Londynu, prawda? Nie zasadziłby dla niej drzewka pomarańczowego w ogrodzie, nie nauczył się języka i praw podatkowych, a z czasem nie wyjechałby na Sycylię, by pomóc teściowi w prowadzeniu jego “biznesu”. Ale i Adeline Prewett, gdyby męża nie kochała nie spędziłaby w Anglii ponad dwudziestu lat, nie przyjmowałaby w swoim domu ich wspólnych przyjaciół, nie dbałaby, żeby zagubiony w księgach i prawie chłop zawsze miał ciepły obiad na stole i kieliszeczek limoncello do podwieczorku.
Więc Lorien dorastała widząc czym jest miłość, ale nie rozumiejąc co się z nią robi. Sprawy nie ułatwiał jej “pasażer na gapę” - bestia kłębiąca się w umyśle czarownicy od dzieciństwa, zdołała ją zatruć myślą, że ona sama nie jest warta kochania.
Więc bardzo szybko Lorien powiązała fakt miłości z obowiązkiem. Wydawało jej się, że kocha Donalda Mulcibera (starszego brata jej przyjaciela), bo mogłaby za niego wyjść i zostać panią Mulciber i spełnić obowiązki wynikające z bycia żoną. Wydawało jej się, że kocha swojego pierwszego i jedynego szkolnego chłopaka Hati’ego Greybacka, choć ten co prawda był półkrwi i nie mogliby stanąć na ślubnym kobiercu, bo był dla niej miły, dobrze całował, nosił ją na rękach i fakt, że sam cierpiał na klątwę - wilkołactwo - sprawiał, że mieli dużo tematów do rozmowy. Wydawało jej się wreszcie, że pokochała Alexandra Mulcibera taką miłością jak powinna kobieta kochać mężczyznę, ale… to jest dłuższa historia.
Nie kochała natomiast Roberta Mulcibera, za którego w końcu wyszła. Gdy umarł nie czuła absolutnie nic poza ulgą, więc nie mogła go kochać prawda? Nie. Robert spełnił swoje zadanie, dał jej to czego chciała, a potem.. odszedł… I tyle.
Nie umie powiedzieć czy kocha Aarona Moody’ego. Nie chce tego mówić, żeby wewnętrzne demony i jego nie rozszarpały na strzępy. Nie mniej jednak auror jest najbliższym temu co obserwowała u swoich rodziców, a jej uczucia - nawet jeśli podszyte własnymi motywacjami - najbliższe miłości jako takiej.
Lorien nie wierzy w miłość od pierwszego wejrzenia. Wierzy natomiast w pokrewieństwo dusz zwane “anam cara”. Wierzy również w to, że miłość zawsze kończy się łzami i cierpieniem.
Nie ma nic złego w cielesności, gdy analizuje się zaangażowanie w związku. Uważa, że czasy ich pruderyjnych babek, cnotek niewydymek już dawno umarły; choć nie lubi przesady w drugą stronę - uważa, że to całe wyzwolenie seksualne czy otwarte propagowanie związków jednopłciowych czy nie daj bogom małżeństw między czarodziejami a mugolami - to jawny atak na ich tradycje i wartości. Jest w stanie zaakceptować partnera nieczystej krwi tak długo jak jego ojciec i dziadek byli związani z czarownicami o podobnie czystym rodowodzie. Ileż można w końcu pielęgnować kazirodztwo wśród kuzynów pierwszego stopnia w XX wieku? I nie, jeden buziak z koleżanką nie jest nielegalny, ale raczej wychodzi z założenia, że “chłopak + dziewczyna = normalna rodzina”.
Jej językiem miłości jest z pewnością wspólne spędzanie czasu i ofiarowywanie podarunków. Lubi być blisko osób do których czuje jakiekolwiek ciepłe uczucia. Nie mówi “kocham cię”, bo boi się, że to nie jej słowa będą puste, a odpowiedź, będzie nie taka jaką by chciała.
Jako że jej związek z aktualnym partnerem jest ścisłą tajemnicą, nie ma okazji do poznania bliżej jego rodziny. Nie jest to dla niej coś wybitnie ważnego, zakładając, że jej pasierb jest zaledwie o rok od niej młodszy, a pasierbica o niecałe trzy. Odseparowanie się od ich życia sprawia, że mniej jest między nimi niezręcznych sytuacji. Z tego też powodu nigdy nie okazuje partnerowi uczuć publicznie - nie widzi żadnej potrzeby z obnoszeniem się ich związkiem.
Nie, nigdy przeszło jej przez myśl bycie panią Moody. Nazwisko Mulciber jest tym, które zawsze chciała, na które zapracowała i przez które bardzo wiele w życiu poświęciła. Należy do niej, nieważne że Robert spoczywa sześć stóp pod ziemią.