26.02.2026, 14:57 ✶
Lorien bardzo dobrze pamięta swoje dzieciństwo. Może dlatego, że było… po prostu dobrym dzieciństwem. Miała przy sobie oboje rodziców, była rozpieszczoną jedynaczką, która dostawała co chciała, a gdy ojcowie jej i Alexandra się zaprzyjaźnili - zyskała przybranego brata, z którym mogła spędzać dużo czasu i zawsze jeździć na wakacje. Nawet chmury wiszące nad jej główką w postaci klątwy krwi nie miały z początku większego znaczenia.
Z pewnością wykształciła w sobie jednak lękowo-unikający styl przywiązania do rodziców. Nie dlatego, że matka była niedostępna czy nieresponsywna, a dlatego, że Lorien zawsze znajdowała pocieszenie w pełnych manipulacji i kłamstwa słowach swojego maledictusa. To on towarzyszył jej od maleńkości, absorbując uwagę dziewczynki. Samotność szybko stała się jej ostoją, w której nikt nie mógł jej skrzywdzić - nie mniej otaczała się ludźmi, którzy ją obdarzali ciepłymi uczuciami lub po prostu na jakimś etapie życia stawali się jej przyjaciółmi z przyzwyczajenia.
Jej relacje z rodzicami zawsze były co najmniej poprawne. Szczególnie dobra była relacja z ojcem, który od początku uwidział sobie w córce swoją następczynię w Wizengamocie i nie próbował na siłę dorobić się syna. Adeline Prewett kochała swoje dziecko, nawet jeśli ta miłość objawiała się w szczypaniu za boczki, gdy Lorien sięgnęła po drugi kawałek ciasta.
Dziś, gdy rodzice mieszkają przez większość roku na Sycylii - ich relacje są nadal bardzo dobre. To po prostu relacje dorosłych ludzi o podobnych sobie zainteresowaniach połączonych więzami krwi. Czarownica wie, że mogłaby w każdej chwili wrócić do rodzinnego domu, a jednak preferuje życie w Mulciber Manor. Przynajmniej na czas, gdy nie znajdzie własnego miejsca na świecie.
W dzieciństwie jej najbliższym przyjacielem był wspomniany Alexander Mulciber. Zresztą różnica jednego roku była tak niewielka, że nawet nie zdążyli za sobą zatęsknić, gdy Lorien jako pierwsza poszła do Hogwartu. Z dzieciństwa pamięta, że Alexander zawsze otaczał się psami wuja Duncana, choć ona sama wolała koty i ptaki, z którymi łączyła ją specjalna więź. Raz miała puszka pigmejskiego, ale puszek jak puszek - umarł w niewyjaśnionych okolicznościach.
Jej najwcześniejsze wspomnienie jest jednym z tych najsmutniejszych. Pamięta jak narysowała swojego wymyślonego przyjaciela, a potem mama zabrała rysunek i była zła. A może smutna? A potem widziała wielu doktorów i oni też byli smutni.
Nie myśli o tym zbyt często, bo trudności z którymi się mierzyła za dziecka trwają nadal. Ot urok kobiety skażonej klątwą krwi.
Lorien nigdy nie była dobra jeśli chodzi o respektowanie autorytetów. Może dlatego, że szybko odkryła jak perfekcyjnie podrobić podpis ojca i większość rzeczy uchodziła jej na sucho. Za pozostałe występki wystarczyło sypnąć groszem i problem sam się rozwiązywał.
Nigdy też nie miała obowiązków domowych, no bo jak to tak. Wszystko za nią wykonywała służba albo stary skrzat domowy. Dopiero w dorosłym życiu opanowała niewielką ilość podstawowych zaklęć z zakresu zajmowania się gospodarstwem domowym. Gotowanie to jednak nadal jest dla niej czarną magią i jak ona - powinno być nielegalne.
Z pewnością wykształciła w sobie jednak lękowo-unikający styl przywiązania do rodziców. Nie dlatego, że matka była niedostępna czy nieresponsywna, a dlatego, że Lorien zawsze znajdowała pocieszenie w pełnych manipulacji i kłamstwa słowach swojego maledictusa. To on towarzyszył jej od maleńkości, absorbując uwagę dziewczynki. Samotność szybko stała się jej ostoją, w której nikt nie mógł jej skrzywdzić - nie mniej otaczała się ludźmi, którzy ją obdarzali ciepłymi uczuciami lub po prostu na jakimś etapie życia stawali się jej przyjaciółmi z przyzwyczajenia.
Jej relacje z rodzicami zawsze były co najmniej poprawne. Szczególnie dobra była relacja z ojcem, który od początku uwidział sobie w córce swoją następczynię w Wizengamocie i nie próbował na siłę dorobić się syna. Adeline Prewett kochała swoje dziecko, nawet jeśli ta miłość objawiała się w szczypaniu za boczki, gdy Lorien sięgnęła po drugi kawałek ciasta.
Dziś, gdy rodzice mieszkają przez większość roku na Sycylii - ich relacje są nadal bardzo dobre. To po prostu relacje dorosłych ludzi o podobnych sobie zainteresowaniach połączonych więzami krwi. Czarownica wie, że mogłaby w każdej chwili wrócić do rodzinnego domu, a jednak preferuje życie w Mulciber Manor. Przynajmniej na czas, gdy nie znajdzie własnego miejsca na świecie.
W dzieciństwie jej najbliższym przyjacielem był wspomniany Alexander Mulciber. Zresztą różnica jednego roku była tak niewielka, że nawet nie zdążyli za sobą zatęsknić, gdy Lorien jako pierwsza poszła do Hogwartu. Z dzieciństwa pamięta, że Alexander zawsze otaczał się psami wuja Duncana, choć ona sama wolała koty i ptaki, z którymi łączyła ją specjalna więź. Raz miała puszka pigmejskiego, ale puszek jak puszek - umarł w niewyjaśnionych okolicznościach.
Jej najwcześniejsze wspomnienie jest jednym z tych najsmutniejszych. Pamięta jak narysowała swojego wymyślonego przyjaciela, a potem mama zabrała rysunek i była zła. A może smutna? A potem widziała wielu doktorów i oni też byli smutni.
Nie myśli o tym zbyt często, bo trudności z którymi się mierzyła za dziecka trwają nadal. Ot urok kobiety skażonej klątwą krwi.
Lorien nigdy nie była dobra jeśli chodzi o respektowanie autorytetów. Może dlatego, że szybko odkryła jak perfekcyjnie podrobić podpis ojca i większość rzeczy uchodziła jej na sucho. Za pozostałe występki wystarczyło sypnąć groszem i problem sam się rozwiązywał.
Nigdy też nie miała obowiązków domowych, no bo jak to tak. Wszystko za nią wykonywała służba albo stary skrzat domowy. Dopiero w dorosłym życiu opanowała niewielką ilość podstawowych zaklęć z zakresu zajmowania się gospodarstwem domowym. Gotowanie to jednak nadal jest dla niej czarną magią i jak ona - powinno być nielegalne.