27.02.2026, 03:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.02.2026, 03:19 przez Benjy Fenwick.)
Sufit nad moim łóżkiem miał dokładnie siedemdziesiąt cztery pęknięcia w tynku, wiedziałem to, bo od trzech dni nie robiłem niemal nic innego, tylko je liczyłem, ignorując pieczenie pod bandażami i uporczywe tykanie zegara w holu. Każdy ruch klatki piersiowej przypominał mi o tym, jak blisko było do spotkania z przodkami, którzy z pewnością byłoby tym równie zachwyceni, co ja. Czułem się żałośnie, i chociaż w oficjalnym raporcie - gdybym takowe pisał, zamiast po prostu brać wynagrodzenie i spadać, chociaż w tym wypadku wszystko mogło być jeszcze przede mną, skoro chodziło o stałą współpracę - figurowałoby starcie z bestią z Little Hangleton, o której szeroko zakrojonej działalności okoliczni mieszkańcy wygodnie milczeli, rzeczywistość była znacznie bardziej upokarzająca. Zostałem sam z własnymi myślami i muchą, która drwiła ze mnie, latając nad moją twarzą, wiedząc doskonale, że nie mam refleksu, by ją pacnąć. Zamknąłem oczy na moment, modląc się o cierpliwość, której nigdy nie miałem w nadmiarze. Leżałem wbity w materac tak głęboko, że niemal czułem na plecach deski stelaża, przeklinając w duchu każdą minutę tej wymuszonej bezczynności. Moja egzystencja sprowadzała się obecnie do trzech rzeczy - tępego pulsowania w boku, zapachu ziół, którymi moja prywatna pani uzdrowiciel wysmarowała mnie tak gorliwie, jakbym był pieczenią przed włożeniem do pieca, oraz wszechogarniającej, bezdusznej nudy. Gdybym wiedział, że po tym przeklętym zleceniu czeka mnie los więźnia we własnej sypialni, chyba dałbym się temu futrzastemu bydlakowi po prostu dojeść do końca. Przynajmniej śmierć w błocie miałaby w sobie jakąś surową godność, której zdecydowanie brakowało całodziennemu gapieniu się w pęknięcia, na marginesie, zdecydowanie do załatania przed ponownym pomalowaniem sypialni, co bardzo chętnie bym teraz zrobił.
Właśnie miałem zamiar podjąć kolejną, partyzancką próbę opuszczenia tego więzienia zwanego łóżkiem, gdy usłyszałem jakieś dźwięki na dole - ktoś zdecydowanie wszedł do domu, najwyraźniej jak do siebie, a Ellie ani Penelope nie miały mieć dziś warty - moja ręka odruchowo powędrowała w stronę miejsca, gdzie zazwyczaj trzymałem nóż, ale przypomniałem sobie, że nie miałem okazji go tam ponownie umieścić, po tym, jak upadł mi pod komodę przy poprzedniej nieudanej próbie wydostania się na balkon, aby zapalić. To nie był krok Sunny - ten był zupełnie inny, pozbawiony tego zdecydowania, które mieli ludzie wiedzący, że zaraz będą cię torturować herbatką regenerującą - moja prywatna pani magomedyk uznała, że skoro prawie wyzionąłem ducha po spotkaniu z wyjątkowo nieuprzejmym futrzakiem, to teraz mam ustawowe prawo, a wręcz obowiązek, gnić w pościeli do odwołania, po czym wyszła gdzieś, zapewne po jeszcze więcej śmierdzących specyfików. Uzdrowiciele… Zawsze przesadzają, gdy tylko zobaczą odrobinę wystających flaków. Jęknąłem, ale starannie ubrałem ten dźwięk w szatę męskiego mruknięcia - na szczęście, bo kilka sekund później, zupełnie niespodziewanie, jakby z przyczajki - a może naprawdę traciłem już wszystkie refleksy - sypialnię wypełnił głos, który mógłby obudzić umarłego w połowie ceremonii pogrzebowej.
Zdążyłem zauważyć, iż Heather Wood nie należała do osób, które przejmują się takimi drobnostkami jak „prywatność”, „pukanie” bez zalewania czy „uszanowanie faktu, że ktoś może właśnie próbuje umrzeć w spokoju”, na ogół to była jedna z jej zalet, bo byliśmy w tym całkowicie zgodni, jednak dzisiaj przyzezowałem na nią z jawnym wyrzutem, chociaż w głębi duszy to jej nagłe pojawienie się właśnie stało się jedyną rzeczą, która powstrzymała mnie przed próbą uduszenia się własną kołdrą z nudów. Spojrzałem na nią, mrużąc oczy przed blaskiem jej entuzjazmu, który w tym momencie był dla mnie jaśniejszy niż słońce w zenicie, i zmierzyłem ją wzrokiem od góry do dołu - sprawiała wrażenie szczerze zadowolonej z tego najazdu na moją twierdzę cierpienia - była taka... Pionowa i ruchliwa, wyglądała tak rażąco zdrowo, rumianie i energicznie, że aż mnie skręcało - nie dlatego, że wlazła tu jak do karczmy po wypłacie, to było nawet całkiem zabawne, tylko dlatego, że przyniosła ze sobą charakterystyczny zapach świeżego, jesiennego powietrza, którego zdecydowanie mi brakowało. Otwarte okno nie załatwiało sprawy - szczególnie, że bym się przez nie nie zmieścił.
- Na bogów, dziewczyno… - Wychrypiałem, wybierając uprzejmą alternatywę dla wiadomego słowa, starając się, by mój głos brzmiał mniej jak rzężenie konającego, a bardziej jak pomruk kogoś, kto po prostu miał gorsze popołudnie. Poprawiłem kołdrę, próbując przybrać bardziej wyluzowaną pozę, co skończyło się tylko stłumionym syknięciem z bólu, więc opadłem ciężko na poduszki, rezygnując z udawania, że jestem w stanie prosto siedzieć. Podobno „rozprucie brzucha przez przerośniętego kundla” wymagało regeneracji - bzdura, to było tylko draśnięcie, które niepotrzebnie krwawiło trochę bardziej niż zwykle - jednak to kręgosłup bolał mnie najbardziej, właśnie od tego leżenia bezczynnie.
Westchnąłem ciężko, wymachując zdrową ręką w stronę jedynego wolnego krzesła w zasięgu wzroku, na którym piętrzyły się jakieś zakurzone księgi o klątwach, których nie miałem siły czytać, nawet jeśli zazwyczaj lubiłem się dokształcać, dziś wszystko mnie wkurwiało, szczególnie zapach środków medycznych dominujący sypialnię. Na szafce nocnej obok stał kubek z jakimś wywarem, który bardzo intensywnie śmierdział mokrym psem i bagnem - ironia losu, biorąc pod uwagę charakter moich ostatnich obrażeń, nie umknęła mojej uwadze - a ja jakoś nie kwapiłem się do degustacji. Wypuściłem powietrze z płuc, czując, jak napięcie, które zebrało mi się w klatce piersiowej podczas umierania z nudy, nieco odpuszcza, jednak doskonale wiedziałem, iż cała ta aura tajemniczości i grozy, którą budowałem latami, prysła w momencie, gdy zmuszono mnie do picia gorzkich naparów z kory dębu, tojadu i dziurawca oraz przepijania ich domowym rosołem z wiejskiej kaczki, który magazynowaliśmy w galonach, wszystko dzięki teściowej.
- I co się tak szczeszysz? - Mruknąłem, chociaż w kącik moich ust zabłąkał się cień uśmiechu. Dobrze było zobaczyć kogoś, kto nie patrzył na mnie z politowaniem, tylko z tą irytującą, a jednocześnie odświeżającą ciekawością - nawet jeśli oznaczało to, że zaraz będę musiał tłumaczyć żonie, kim jest ta entuzjastyczna kobieta w mojej sypialni. - No, siema. Pszyklo mi, sze zjebałem wycieczkę, ale jak widzisz, nagle wyskoczyło mi coś... Dość... Dość. - Miałem dość, dość leżenia w czterech ścianach, podczas gdy wszyscy wokół mnie chodzili, gdzie i jak chcieli. Kiedy jednak tak teraz o tym myślałem, nic dziwnego, że postanowiła się tu pojawić, szczególnie, gdy łączyło nas coś zdecydowanie ponad zawodowe relacje - pismo wychodzące mi spod ręki przypominało zazwyczaj drapanie kury po wapiennej tablicy, więc staranne, pochyłe litery wykaligrafowane znacznie delikatniejszymi ruchami kobiecych palców musiały wyglądać w oczach rudej jak jawne fałszerstwo albo dowód na to, że doznałem nagłego oświecenia i zapisałem się na kursy przypominające do szkółki dla paniczów z dobrych domów. Na szczęście mogła to szybko zweryfikować, nawet nie ukrywając zainteresowania zastanym widokiem - cóż, ja też pewnie bym tego nie robił - pogłoski o mojej nadchodzącej śmierci, chociaż technicznie uzasadnione, okazały się nieco przedwczesne, niestety i tak wpłynęły na cały zaplanowany grafik, bo - prawdę mówiąc - gdyby ktoś mi powiedział tydzień temu, że moim największym wrogiem nie będą kły wielkości sztyletów, a lniane prześcieradło i zapach wywaru z dziurawca, pewnie zaśmiałbym się mu w twarz. A potem pewnie bym zakaszlał krwią, co było moim świeżym hobby, więc może dobrze, że nikt tego nie zrobił?
Właśnie miałem zamiar podjąć kolejną, partyzancką próbę opuszczenia tego więzienia zwanego łóżkiem, gdy usłyszałem jakieś dźwięki na dole - ktoś zdecydowanie wszedł do domu, najwyraźniej jak do siebie, a Ellie ani Penelope nie miały mieć dziś warty - moja ręka odruchowo powędrowała w stronę miejsca, gdzie zazwyczaj trzymałem nóż, ale przypomniałem sobie, że nie miałem okazji go tam ponownie umieścić, po tym, jak upadł mi pod komodę przy poprzedniej nieudanej próbie wydostania się na balkon, aby zapalić. To nie był krok Sunny - ten był zupełnie inny, pozbawiony tego zdecydowania, które mieli ludzie wiedzący, że zaraz będą cię torturować herbatką regenerującą - moja prywatna pani magomedyk uznała, że skoro prawie wyzionąłem ducha po spotkaniu z wyjątkowo nieuprzejmym futrzakiem, to teraz mam ustawowe prawo, a wręcz obowiązek, gnić w pościeli do odwołania, po czym wyszła gdzieś, zapewne po jeszcze więcej śmierdzących specyfików. Uzdrowiciele… Zawsze przesadzają, gdy tylko zobaczą odrobinę wystających flaków. Jęknąłem, ale starannie ubrałem ten dźwięk w szatę męskiego mruknięcia - na szczęście, bo kilka sekund później, zupełnie niespodziewanie, jakby z przyczajki - a może naprawdę traciłem już wszystkie refleksy - sypialnię wypełnił głos, który mógłby obudzić umarłego w połowie ceremonii pogrzebowej.
Zdążyłem zauważyć, iż Heather Wood nie należała do osób, które przejmują się takimi drobnostkami jak „prywatność”, „pukanie” bez zalewania czy „uszanowanie faktu, że ktoś może właśnie próbuje umrzeć w spokoju”, na ogół to była jedna z jej zalet, bo byliśmy w tym całkowicie zgodni, jednak dzisiaj przyzezowałem na nią z jawnym wyrzutem, chociaż w głębi duszy to jej nagłe pojawienie się właśnie stało się jedyną rzeczą, która powstrzymała mnie przed próbą uduszenia się własną kołdrą z nudów. Spojrzałem na nią, mrużąc oczy przed blaskiem jej entuzjazmu, który w tym momencie był dla mnie jaśniejszy niż słońce w zenicie, i zmierzyłem ją wzrokiem od góry do dołu - sprawiała wrażenie szczerze zadowolonej z tego najazdu na moją twierdzę cierpienia - była taka... Pionowa i ruchliwa, wyglądała tak rażąco zdrowo, rumianie i energicznie, że aż mnie skręcało - nie dlatego, że wlazła tu jak do karczmy po wypłacie, to było nawet całkiem zabawne, tylko dlatego, że przyniosła ze sobą charakterystyczny zapach świeżego, jesiennego powietrza, którego zdecydowanie mi brakowało. Otwarte okno nie załatwiało sprawy - szczególnie, że bym się przez nie nie zmieścił.
- Na bogów, dziewczyno… - Wychrypiałem, wybierając uprzejmą alternatywę dla wiadomego słowa, starając się, by mój głos brzmiał mniej jak rzężenie konającego, a bardziej jak pomruk kogoś, kto po prostu miał gorsze popołudnie. Poprawiłem kołdrę, próbując przybrać bardziej wyluzowaną pozę, co skończyło się tylko stłumionym syknięciem z bólu, więc opadłem ciężko na poduszki, rezygnując z udawania, że jestem w stanie prosto siedzieć. Podobno „rozprucie brzucha przez przerośniętego kundla” wymagało regeneracji - bzdura, to było tylko draśnięcie, które niepotrzebnie krwawiło trochę bardziej niż zwykle - jednak to kręgosłup bolał mnie najbardziej, właśnie od tego leżenia bezczynnie.
Westchnąłem ciężko, wymachując zdrową ręką w stronę jedynego wolnego krzesła w zasięgu wzroku, na którym piętrzyły się jakieś zakurzone księgi o klątwach, których nie miałem siły czytać, nawet jeśli zazwyczaj lubiłem się dokształcać, dziś wszystko mnie wkurwiało, szczególnie zapach środków medycznych dominujący sypialnię. Na szafce nocnej obok stał kubek z jakimś wywarem, który bardzo intensywnie śmierdział mokrym psem i bagnem - ironia losu, biorąc pod uwagę charakter moich ostatnich obrażeń, nie umknęła mojej uwadze - a ja jakoś nie kwapiłem się do degustacji. Wypuściłem powietrze z płuc, czując, jak napięcie, które zebrało mi się w klatce piersiowej podczas umierania z nudy, nieco odpuszcza, jednak doskonale wiedziałem, iż cała ta aura tajemniczości i grozy, którą budowałem latami, prysła w momencie, gdy zmuszono mnie do picia gorzkich naparów z kory dębu, tojadu i dziurawca oraz przepijania ich domowym rosołem z wiejskiej kaczki, który magazynowaliśmy w galonach, wszystko dzięki teściowej.
- I co się tak szczeszysz? - Mruknąłem, chociaż w kącik moich ust zabłąkał się cień uśmiechu. Dobrze było zobaczyć kogoś, kto nie patrzył na mnie z politowaniem, tylko z tą irytującą, a jednocześnie odświeżającą ciekawością - nawet jeśli oznaczało to, że zaraz będę musiał tłumaczyć żonie, kim jest ta entuzjastyczna kobieta w mojej sypialni. - No, siema. Pszyklo mi, sze zjebałem wycieczkę, ale jak widzisz, nagle wyskoczyło mi coś... Dość... Dość. - Miałem dość, dość leżenia w czterech ścianach, podczas gdy wszyscy wokół mnie chodzili, gdzie i jak chcieli. Kiedy jednak tak teraz o tym myślałem, nic dziwnego, że postanowiła się tu pojawić, szczególnie, gdy łączyło nas coś zdecydowanie ponad zawodowe relacje - pismo wychodzące mi spod ręki przypominało zazwyczaj drapanie kury po wapiennej tablicy, więc staranne, pochyłe litery wykaligrafowane znacznie delikatniejszymi ruchami kobiecych palców musiały wyglądać w oczach rudej jak jawne fałszerstwo albo dowód na to, że doznałem nagłego oświecenia i zapisałem się na kursy przypominające do szkółki dla paniczów z dobrych domów. Na szczęście mogła to szybko zweryfikować, nawet nie ukrywając zainteresowania zastanym widokiem - cóż, ja też pewnie bym tego nie robił - pogłoski o mojej nadchodzącej śmierci, chociaż technicznie uzasadnione, okazały się nieco przedwczesne, niestety i tak wpłynęły na cały zaplanowany grafik, bo - prawdę mówiąc - gdyby ktoś mi powiedział tydzień temu, że moim największym wrogiem nie będą kły wielkości sztyletów, a lniane prześcieradło i zapach wywaru z dziurawca, pewnie zaśmiałbym się mu w twarz. A potem pewnie bym zakaszlał krwią, co było moim świeżym hobby, więc może dobrze, że nikt tego nie zrobił?
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)