To nie był jedynie entuzjazm wobec nowości, a po prostu jej ekspresyjny sposób bycia – bo gdy już coś robiła, to zabierała się do tego całą sobą, poświęcając temu w pełni, a nie tylko na pół gwizdka. Dlatego czasami w pracy archeologa dotrzymywała Cathalowi towarzystwa, bo sama była pewnego rodzaju pracoholiczką, która momentami traciła poczucie czasu, zwłaszcza jak się na czymś bardzo skupiła, doskonale rozumiała tę potrzebę, by rozwikłać dotąd nierozwikłane, by dowiedzieć się czegoś, co było skryte przez czas. Tyczyło się to jednak też zupełnie innych rzeczy, nie tylko pracy, a niemal wszystkiego, czego się zabierała i nie miało za wiele wspólnego z wiekiem, była zresztą niewiele od Shafiqa młodsza, a gdyby przeliczyć to na czas od skończenia szkoły, to ta różnica robiła się jeszcze mniejsza. Lubiła poznawać nowe rzeczy i przede wszystkim lubiła żyć na własnych warunkach, szanując przy tym otaczające ją życie. To nie tak, że była uśmiechnięta i ekspresyjna ciągle. Zajęta pracą zajmowała się właśnie nią i milkła, to w kontaktach prywatnych była tą bardziej entuzjastyczną wersją siebie, zresztą… nie w każdych.
Potrzebowała chwili by dojść do siebie już na ziemi. Całe szczęście, że nie straciła przytomności, wtedy zresztą pewnie wróciłaby do swojej ludzkiej formy. Ćwierknęła w odpowiedzi na pytanie Cala, a potem drugi raz, gdy już klęknął w trawie obok i ostrożnie rozłożyła skrzydła, czując, że jest obolała, ale nie przeszył jej żaden ostry ból gdy próbowała nimi machnąć. Całe szczęście.
A potem wbiła spojrzenie w to, co robił blondyn jak wyciągał coś różdżką z trawy pod samą ścianą żywopłotu, wyglądało jak… jak ziemniak, ale skąd tutaj ziemniak? Odmieniła się zresztą zaraz, bo skoro nie była w stanie wylecieć ponad labirynt by zobaczyć, gdzie jest wyjście, to nic tu po tej formie, nie była najwygodniejsza.
– Nic mi nie będzie, stłukłam się tylko trochę. Niezły żart z tego żywopłotu – mruknęła, niezadowolona, że nie wyszło to, co sobie założyła. Ale to nie było zbyt bezpieczne, skoro nie dało się stąd wyjść póki nie znajdzie się wyjścia i tylko wtedy… – Co to jest? – mrugnęła kilka razy, a potem spojrzała w miejsce, z którego to wyciągnął. Było tam jeszcze coś, głębiej, wepchnięte niemal pod pierwsze gałązki żywopłotu. – Tam chyba jest jeszcze coś – dodała i sama lekko się wychyliła, by szturchnąć dziwne coś różdżką.
!Jajo z kalendarza