27.02.2026, 11:46 ✶
Lorien nie pytała czy Aaron chce te bilety. Nigdzie nie pojawił się znak zapytania, który pozwoliłby uwolnić się od odrobinę niekomfortowego prezentu. Gdy dostała bilety nawet nie zwróciła uwagi na położenie miejsc. Może bardziej współczułaby wówczas Lupinowi, że utknie na kolacji z małżonką. Prawdopodobnie nie. Jak dla każdej kobiety taka rocznica ślubu była o wiele ważniejsza niż oglądanie jak się duzi chłopcy biją w powietrzu o piłkę.
Więc po prostu wepchnęła mu w ręce bilety.
Przez cały ten czas Lorien przypatrywała mu się uważnie. Badała każdy ruch, kręcenie głową w geście zaprzeczenia; patrzyła czy powieka mu nie drgnie na myśl o jakiejś “pani”. Tak, aby mogła w odpowiednim momencie wyciągnąć oskarżycielsko palec i warknąć “aha, oskarżony łże wysoki sądzie”. Bo przecież tak musiało być, prawda? W końcu zawsze wychodziło na jaw, że coś jest kłamstwem - uczucia, partner, rodzina. Każdy ją zdradzał, każdy ostatecznie opuszczał. Myśl, że teraz mogłoby być inaczej była myślą głupią i naiwną. Podobnie jak myśl, że pana Aarona Moody’ego interesowało w niej cokolwiek innego jak wgląd zza kuluary prawniczo-politycznej kultury Wizengamotu; I kolejna, że ich rozmowy, czy nawet to “wyjście na kawę” nie było podszyte potrzebą poprawy wizerunku Biura Aurorów, który ucierpiał po ich wyjątkowo zdawałoby się nieskutecznych działaniach podczas terrorystycznych incydentów z początku września.
Zrobiła przecież bardzo poważny research (poszła na plotki do babeczek z Biura Administracji Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów z kupnym pokaźnej wielkości kawałkiem rolady makowej i włoską kawą) i wywiedziała się, że pan Aaron Moody owszem żonę miał, ale zmarła przed ponad dwudziestoma laty. I że jakoś tak niechętnie zawsze patrzył na propozycję pomocy przy dwójce dzieci, ale syn mu wyrósł jak dąb - również przecież Auror. A córka, och córka biedaczka, coś ze zdrowiem, ale co, nie udało jej się dowiedzieć. A ponoć była równie pilną brygadzistką. Ale tak, bardzo porządny człowiek, radio potrafił naprawić jak trzeba, stół podreperować kiedy Personel Techniczny się strasznie ociągał…
Lorien kiwała głową skubiąc kawałek ciastka i rozwalając go na mniejsze. Nie miała ochoty na słodki farsz, więc wydłubywała ze środka tylko i wyłącznie rodzynki. A teraz, siedząc na chłodnej ławce mogła dokładnie zestawić wiedzę uzyskaną z wywiadu z rzeczywistością. No i zrobiła w głowie szybką matematykę. Jeśli jego żona nie żyła od tych dwudziestu lat, a pan Aaron Moody był w wieku jej ojca, to biorąc pod uwagę, że Alastora Moody’ego znalazła w swojej absolwenckiej księdze pamiątkowej z Hogwartu - dokładnie rocznik niżej, bo uczył się na tym samym roku co Hati Greyback… wszystko układało się w prosty obrazek - bardzo wczesny ślub i ciąża nieznanej mu z imienia Pani Moody i jej równie wczesna śmierć. Och jak przykro. Jaka szkoda.
Może i jego przyjaciele wiedzieli, żeby broń boże nie poruszać tego tematu, ale Lorien nie była tymi przyjaciółmi.
Lorien chciała wiedzieć czy gdzieś tam nie czai się sekretarka łasa na aurora, którego ona sobie wybrała na ochroniarza. Nie lubiła się dzielić. A już na pewno nie z nastoletnimi blondynkami z napchanymi magią bimbałami.
- Ostatni mecz kwalifikacyjny? Doprawdy?- Mogła zabrzmieć jakby się z niego natrząsała. Może nawet odrobinę tak było, ale… było coś uroczego w momencie jak zamilkł. Jakby się spłoszył swoją własną ekscytacją. Uśmiechnęła się, ale jak zwykle jej uśmiech nie objął oczu. Te pozostawały utkwione w twarzy Aarona Moody’ego, nieruchome i dziwnie puste.
Słyszała jak się biedny próbuje wyplątać z kłopotliwej sytuacji, wcale nie zamierzając mu pomóc.
On z nią? Ona z nim? Oni razem? To w końcu jak?
- Nie mogę potwierdzić ni zaprzeczyć w kwestii kibicowania Gargulcom.- Powiedziała w końcu miękko.- Niestety nie posiadam żadnej wiedzy na temat barw w jakich występują. Ciężko byłoby mi ich odróżnić od Zjednoczonych. Chyba, że…- Zawiesiła na moment głos, dopiero teraz odrywając wzrok od oczu aurora. Widząc zebrane przy ich ławce gołębie, sięgnęła do kieszeni płaszcza. Wyciągnęła z niej garstkę różnorakich ziaren, jakby to było oczywiste, że w płaszczach nosi się ziarno dla ptactwa. Rozrzuciła je na ziemię.
- … chyba że nie szkoda panu czasu mi te różnice wytłumaczyć. Nie mam żadnych planów na meczowy wieczór, a skoro nie ma pan innej potencjalnej towarzysz… ącej osoby, to byłoby co najmniej niegrzeczne puszczać pana samego, panie Moody. W końcu ofiarowałam panu dwa bilety, nieprawdaż?
Więc po prostu wepchnęła mu w ręce bilety.
Przez cały ten czas Lorien przypatrywała mu się uważnie. Badała każdy ruch, kręcenie głową w geście zaprzeczenia; patrzyła czy powieka mu nie drgnie na myśl o jakiejś “pani”. Tak, aby mogła w odpowiednim momencie wyciągnąć oskarżycielsko palec i warknąć “aha, oskarżony łże wysoki sądzie”. Bo przecież tak musiało być, prawda? W końcu zawsze wychodziło na jaw, że coś jest kłamstwem - uczucia, partner, rodzina. Każdy ją zdradzał, każdy ostatecznie opuszczał. Myśl, że teraz mogłoby być inaczej była myślą głupią i naiwną. Podobnie jak myśl, że pana Aarona Moody’ego interesowało w niej cokolwiek innego jak wgląd zza kuluary prawniczo-politycznej kultury Wizengamotu; I kolejna, że ich rozmowy, czy nawet to “wyjście na kawę” nie było podszyte potrzebą poprawy wizerunku Biura Aurorów, który ucierpiał po ich wyjątkowo zdawałoby się nieskutecznych działaniach podczas terrorystycznych incydentów z początku września.
Zrobiła przecież bardzo poważny research (poszła na plotki do babeczek z Biura Administracji Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów z kupnym pokaźnej wielkości kawałkiem rolady makowej i włoską kawą) i wywiedziała się, że pan Aaron Moody owszem żonę miał, ale zmarła przed ponad dwudziestoma laty. I że jakoś tak niechętnie zawsze patrzył na propozycję pomocy przy dwójce dzieci, ale syn mu wyrósł jak dąb - również przecież Auror. A córka, och córka biedaczka, coś ze zdrowiem, ale co, nie udało jej się dowiedzieć. A ponoć była równie pilną brygadzistką. Ale tak, bardzo porządny człowiek, radio potrafił naprawić jak trzeba, stół podreperować kiedy Personel Techniczny się strasznie ociągał…
Lorien kiwała głową skubiąc kawałek ciastka i rozwalając go na mniejsze. Nie miała ochoty na słodki farsz, więc wydłubywała ze środka tylko i wyłącznie rodzynki. A teraz, siedząc na chłodnej ławce mogła dokładnie zestawić wiedzę uzyskaną z wywiadu z rzeczywistością. No i zrobiła w głowie szybką matematykę. Jeśli jego żona nie żyła od tych dwudziestu lat, a pan Aaron Moody był w wieku jej ojca, to biorąc pod uwagę, że Alastora Moody’ego znalazła w swojej absolwenckiej księdze pamiątkowej z Hogwartu - dokładnie rocznik niżej, bo uczył się na tym samym roku co Hati Greyback… wszystko układało się w prosty obrazek - bardzo wczesny ślub i ciąża nieznanej mu z imienia Pani Moody i jej równie wczesna śmierć. Och jak przykro. Jaka szkoda.
Może i jego przyjaciele wiedzieli, żeby broń boże nie poruszać tego tematu, ale Lorien nie była tymi przyjaciółmi.
Lorien chciała wiedzieć czy gdzieś tam nie czai się sekretarka łasa na aurora, którego ona sobie wybrała na ochroniarza. Nie lubiła się dzielić. A już na pewno nie z nastoletnimi blondynkami z napchanymi magią bimbałami.
- Ostatni mecz kwalifikacyjny? Doprawdy?- Mogła zabrzmieć jakby się z niego natrząsała. Może nawet odrobinę tak było, ale… było coś uroczego w momencie jak zamilkł. Jakby się spłoszył swoją własną ekscytacją. Uśmiechnęła się, ale jak zwykle jej uśmiech nie objął oczu. Te pozostawały utkwione w twarzy Aarona Moody’ego, nieruchome i dziwnie puste.
Słyszała jak się biedny próbuje wyplątać z kłopotliwej sytuacji, wcale nie zamierzając mu pomóc.
On z nią? Ona z nim? Oni razem? To w końcu jak?
- Nie mogę potwierdzić ni zaprzeczyć w kwestii kibicowania Gargulcom.- Powiedziała w końcu miękko.- Niestety nie posiadam żadnej wiedzy na temat barw w jakich występują. Ciężko byłoby mi ich odróżnić od Zjednoczonych. Chyba, że…- Zawiesiła na moment głos, dopiero teraz odrywając wzrok od oczu aurora. Widząc zebrane przy ich ławce gołębie, sięgnęła do kieszeni płaszcza. Wyciągnęła z niej garstkę różnorakich ziaren, jakby to było oczywiste, że w płaszczach nosi się ziarno dla ptactwa. Rozrzuciła je na ziemię.
- … chyba że nie szkoda panu czasu mi te różnice wytłumaczyć. Nie mam żadnych planów na meczowy wieczór, a skoro nie ma pan innej potencjalnej towarzysz… ącej osoby, to byłoby co najmniej niegrzeczne puszczać pana samego, panie Moody. W końcu ofiarowałam panu dwa bilety, nieprawdaż?