28.02.2026, 10:24 ✶
Chociaż Cathal stał się całkiem wprawny w może nie mówieniu po kociemu, ale rozumieniu kociego, o tyle z ptasim szło mu o wiele gorzej. Obserwował więc sokoła, nie mając pojęcia, czy to ćwierkanie znaczy „tak, wszystko w porządku” czy „ups, chyba połamałam skrzydła, a poza tym boli mnie dziób”. Na szczęście kobieta zaraz pojawiła się w swojej całej ludzkiej okazałości i żadna kończyna nie sterczała w podejrzanym kierunku, jej twarz zdawała się nie nosić śladów urazów i nie krzywiła się w wyrazie bólu.
– O ile to żart – stwierdził z pewnym zamyśleniem, unosząc spojrzenie w górę, ku niebu. Zielone ściany wzrastały wysoko, i do środka wpadało niewiele światła. Atak na Ginny trochę go zaalarmował, ale wciąż był bardzo daleki od paniki, zwłaszcza że nie wyczerpali jeszcze wszystkich możliwości, jeśli szło o wydostanie się stąd. – Pieczony ziemniak albo jajko – skwitował po chwili, przenosząc spojrzenie na czarny, dziwnie ciepły w dodatku przedmiot, identyczny z tym, który trzymała ona. – Zdaje mi się, że widziałem kiedyś coś podobnego w Rosji…
Mógł się jednak mylić. A raczej: pamiętał doskonale, że widział coś podobnego, nieważne jednak, jak wyraźne było samo wspomnienie, tamto jajko leżało na wystawie sklepu, nie dotknął go, nie wziął do ręki, nie podszedł nawet bardzo blisko, nie miał więc pewności, że teraz w jego dłonie dostało się to samo.
W każdym razie zamierzał sprawdzić, czy faktycznie znalazły się tu jajka „fałszywego żar ptaka”, który nie posiada magicznych zdolności tego prawdziwego, lecz z jego piór lecą iskry, choćby ze zwykłej ciekawości.
– Przekonamy się, jeśli nie utkniemy tutaj i za dwieście lat archeolodzy nie znajdą naszych kości, by zbadać, jak to się stało, że tu umarliśmy – stwierdził Shafiq, chociaż sądzę po tym, w jaki sposób to powiedział, nie martwił się przesadnie, że czeka ich taki los. Podniósł się, ostrożnie umieścił jajko w woreczku ze skóry wsiąkiewki, a potem ruszył do przodu, ku najbliższemu rozwidleniu dróg, by spojrzeć, w którą stronę spróbować dotrzeć.
– O ile to żart – stwierdził z pewnym zamyśleniem, unosząc spojrzenie w górę, ku niebu. Zielone ściany wzrastały wysoko, i do środka wpadało niewiele światła. Atak na Ginny trochę go zaalarmował, ale wciąż był bardzo daleki od paniki, zwłaszcza że nie wyczerpali jeszcze wszystkich możliwości, jeśli szło o wydostanie się stąd. – Pieczony ziemniak albo jajko – skwitował po chwili, przenosząc spojrzenie na czarny, dziwnie ciepły w dodatku przedmiot, identyczny z tym, który trzymała ona. – Zdaje mi się, że widziałem kiedyś coś podobnego w Rosji…
Mógł się jednak mylić. A raczej: pamiętał doskonale, że widział coś podobnego, nieważne jednak, jak wyraźne było samo wspomnienie, tamto jajko leżało na wystawie sklepu, nie dotknął go, nie wziął do ręki, nie podszedł nawet bardzo blisko, nie miał więc pewności, że teraz w jego dłonie dostało się to samo.
W każdym razie zamierzał sprawdzić, czy faktycznie znalazły się tu jajka „fałszywego żar ptaka”, który nie posiada magicznych zdolności tego prawdziwego, lecz z jego piór lecą iskry, choćby ze zwykłej ciekawości.
– Przekonamy się, jeśli nie utkniemy tutaj i za dwieście lat archeolodzy nie znajdą naszych kości, by zbadać, jak to się stało, że tu umarliśmy – stwierdził Shafiq, chociaż sądzę po tym, w jaki sposób to powiedział, nie martwił się przesadnie, że czeka ich taki los. Podniósł się, ostrożnie umieścił jajko w woreczku ze skóry wsiąkiewki, a potem ruszył do przodu, ku najbliższemu rozwidleniu dróg, by spojrzeć, w którą stronę spróbować dotrzeć.