28.02.2026, 16:33 ✶
Stan innych gości wesela zdecydowanie ułatwiał Erikowi wtopienie się w tłum, po tym, jak nie pojawił się na poprzednim dniu uroczystości. Liczył, że uda mu się jakoś zrewanżować parze młodej. Może dobrym prezentem? A kto wie, może zobowiązanie się do pojawienia się na próbę na spotkaniu klubu Artemis okaże się wystarczające? Pokręcił powoli głową, przyglądając się kolekcji win udostępnionej przy barze. Wiedział, że zrozumieją. A na pewno Geraldine zrozumie; w końcu wiedziała, że z pełnią nie było żartów, nawet jeśli zażywał od lat Eliksir Tojadowy.
Zagubiony pośród własnych myśli, dopiero po dłuższym czasie zauważył, kto się do niego zbliża. Na dźwięk znajomego głosu mimowolnie się spiął i wyprostował plecy. Przez chwilę milczał, nie wiedząc, czy spodziewać się czegoś jeszcze po tych prostych słowach powitania. Odwrócił się powoli w kierunku Anthony'ego.
— Aha. — Pokiwał powoli głową, obracając między palcami nóżkę pustego kieliszka. — To znaczy, ciebie też miło wiedzieć. — Kolejna pauza, której towarzyszyło na wpół przytomne spojrzenie. — Wybacz. Dalej jestem nieswój, powinienem trochę... dłużej odpocząć, ale... I tak jestem mocno spóźniony po wczoraj.
Nafaszerowanie eliksirami mogło pomóc, ale zmęczenie koniec końców go dopadnie, a wolałby nie przysnąć w południe na jakiejś leżance w bocznym namiocie. Skoro ominęły go wczorajsze zabawy, to planował nieco nadrobić stracony czas. Anthony zaś był... inną kwestią. Finał ich ostatniego spotkania nie należał do najprzyjemniejszych, ale cóż - życie musiało toczyć się dalej. Przynajmniej byli względem siebie szczerzy. Oczywiście, Erik wolałby przejść z tym wszystkim do porządku dziennego w innej atmosferze - takiej pozbawionej wydarzeń pokroju Spalonej Nocy, ale obecnie było to niemożliwe. Byli na to skazani, bo w takim świecie obecnie żyli. A Merlin jeden wiedział, że teraz chyba każdemu przydałaby się chwila odpoczynku.
— W posiadłości rzecz jasna — rzucił niespiesznie, zerkając pytająco w stronę Shafiqa. — Jestem potrzebny w Dolinie, więc trzymam się rodzinnych stron na tyle ile to możliwe. Przynajmniej na razie.
Miał szukać jakiegoś zajazdu? Przenieść się do Jeleniej Góry? Szukać lokum w Londynie, dopóki Warownia nie wróci do odpowiedniego stanu? A może przenieść łódkę z londyńskiej przystani gdzieś bliżej rodzinnej wioski? To w sumie nie byłby taki zły pomysł, pomyślał przelotnie, przypominając sobie wcześniejszą rozmowę z Millie. Pokręcił powoli głową. I tak czuł, że był potrzebny na miejscu, w okolicy Warowni. Może nie nadawał się do prac remontowych, które wymagały splatania specjalistycznych zaklęć odnawiających, ale starał się pomagać, jak tylko mógł.
Wiedział też, że nie mógł spędzać całego czasu poza pracą w Dolinie. Nie mógł obsesyjnie doglądać prac, bo się wykończy, a też nie był jedynym mieszkańcem rezydencji. Każde z nich miało pełne ręce roboty, ale miało też czas, aby móc się w każdej chwili zorientować, co się dzieje na terenie posiadłości. A powrót na łono socjety był nieunikniony. Wizyta na weselu Geraldine i Ambroise'a była dla Erika swego rodzaju preludium do pojawianie się w The Globe. Westchnął przeciągle. Miał pewne obawy co do tego wyjścia.
— Renowacje zaczęliśmy praktycznie od razu — kontynuował, starając się nie dać po sobie poznać, jak bardzo zmęczyła go ta cała sytuacja związana z Warownią. Czy był sens to ukrywać? Pod tym względem akurat chyba łatwo było go przejrzeć. Zwłaszcza ledwie kilka tygodni po tym wypadku. Rozejrzał się na prawo i lewo, po czym, zauważając brak dostępnej obsługi w pobliżu, sięgnął po jedną z butelek wina wystawionych dla gości. — Budynek nie wygląda idealnie, ale nadaje się do zamieszkania. Nie było sensu czekać czy szukać czegoś na przeczekanie. Liczę, że na Yule wszystko będzie w stu procentach jak dawniej nawet wewnątrz. Kto wie, może nawet piwnice przejdą odnowę. Może nawet odzyskam całą swoją szafę do tego czasu.
Uśmiechnął się nieco wymuszenie, wypełniając swój kieliszek mniej więcej do połowy. Butelkę pozostawił na ladzie barku, zauważając, że Anthony również przybył do niego z własnym napitkiem. Kto wie, może jak skończy, to sięgnie po wybrany przez Longbottoma trunek. Pociągnął łyk, pozwalając, aby krwistoczerwony płyn rozpłynął się po jego gardle. Wino było słodkawe, ale nie nazwałby go w pełni słodkim. Miało odpowiedni balans.
— Co sądzisz o przyjęciu? — spytał, rozglądając się dyskretnie na prawo i lewo. — Główna część mnie niestety ominęła. Sądząc po stanie, co poniektórych gości nie wiem, czy to dobrze czy źle. — Uśmiechnął się, ponownie podnosząc kieliszek do ust. — Mam nadzieję, że jak do tej pory dobrze się bawiłeś. To dobra odskocznia po ostatnich wydarzeniach.
Zagubiony pośród własnych myśli, dopiero po dłuższym czasie zauważył, kto się do niego zbliża. Na dźwięk znajomego głosu mimowolnie się spiął i wyprostował plecy. Przez chwilę milczał, nie wiedząc, czy spodziewać się czegoś jeszcze po tych prostych słowach powitania. Odwrócił się powoli w kierunku Anthony'ego.
— Aha. — Pokiwał powoli głową, obracając między palcami nóżkę pustego kieliszka. — To znaczy, ciebie też miło wiedzieć. — Kolejna pauza, której towarzyszyło na wpół przytomne spojrzenie. — Wybacz. Dalej jestem nieswój, powinienem trochę... dłużej odpocząć, ale... I tak jestem mocno spóźniony po wczoraj.
Nafaszerowanie eliksirami mogło pomóc, ale zmęczenie koniec końców go dopadnie, a wolałby nie przysnąć w południe na jakiejś leżance w bocznym namiocie. Skoro ominęły go wczorajsze zabawy, to planował nieco nadrobić stracony czas. Anthony zaś był... inną kwestią. Finał ich ostatniego spotkania nie należał do najprzyjemniejszych, ale cóż - życie musiało toczyć się dalej. Przynajmniej byli względem siebie szczerzy. Oczywiście, Erik wolałby przejść z tym wszystkim do porządku dziennego w innej atmosferze - takiej pozbawionej wydarzeń pokroju Spalonej Nocy, ale obecnie było to niemożliwe. Byli na to skazani, bo w takim świecie obecnie żyli. A Merlin jeden wiedział, że teraz chyba każdemu przydałaby się chwila odpoczynku.
— W posiadłości rzecz jasna — rzucił niespiesznie, zerkając pytająco w stronę Shafiqa. — Jestem potrzebny w Dolinie, więc trzymam się rodzinnych stron na tyle ile to możliwe. Przynajmniej na razie.
Miał szukać jakiegoś zajazdu? Przenieść się do Jeleniej Góry? Szukać lokum w Londynie, dopóki Warownia nie wróci do odpowiedniego stanu? A może przenieść łódkę z londyńskiej przystani gdzieś bliżej rodzinnej wioski? To w sumie nie byłby taki zły pomysł, pomyślał przelotnie, przypominając sobie wcześniejszą rozmowę z Millie. Pokręcił powoli głową. I tak czuł, że był potrzebny na miejscu, w okolicy Warowni. Może nie nadawał się do prac remontowych, które wymagały splatania specjalistycznych zaklęć odnawiających, ale starał się pomagać, jak tylko mógł.
Wiedział też, że nie mógł spędzać całego czasu poza pracą w Dolinie. Nie mógł obsesyjnie doglądać prac, bo się wykończy, a też nie był jedynym mieszkańcem rezydencji. Każde z nich miało pełne ręce roboty, ale miało też czas, aby móc się w każdej chwili zorientować, co się dzieje na terenie posiadłości. A powrót na łono socjety był nieunikniony. Wizyta na weselu Geraldine i Ambroise'a była dla Erika swego rodzaju preludium do pojawianie się w The Globe. Westchnął przeciągle. Miał pewne obawy co do tego wyjścia.
— Renowacje zaczęliśmy praktycznie od razu — kontynuował, starając się nie dać po sobie poznać, jak bardzo zmęczyła go ta cała sytuacja związana z Warownią. Czy był sens to ukrywać? Pod tym względem akurat chyba łatwo było go przejrzeć. Zwłaszcza ledwie kilka tygodni po tym wypadku. Rozejrzał się na prawo i lewo, po czym, zauważając brak dostępnej obsługi w pobliżu, sięgnął po jedną z butelek wina wystawionych dla gości. — Budynek nie wygląda idealnie, ale nadaje się do zamieszkania. Nie było sensu czekać czy szukać czegoś na przeczekanie. Liczę, że na Yule wszystko będzie w stu procentach jak dawniej nawet wewnątrz. Kto wie, może nawet piwnice przejdą odnowę. Może nawet odzyskam całą swoją szafę do tego czasu.
Uśmiechnął się nieco wymuszenie, wypełniając swój kieliszek mniej więcej do połowy. Butelkę pozostawił na ladzie barku, zauważając, że Anthony również przybył do niego z własnym napitkiem. Kto wie, może jak skończy, to sięgnie po wybrany przez Longbottoma trunek. Pociągnął łyk, pozwalając, aby krwistoczerwony płyn rozpłynął się po jego gardle. Wino było słodkawe, ale nie nazwałby go w pełni słodkim. Miało odpowiedni balans.
— Co sądzisz o przyjęciu? — spytał, rozglądając się dyskretnie na prawo i lewo. — Główna część mnie niestety ominęła. Sądząc po stanie, co poniektórych gości nie wiem, czy to dobrze czy źle. — Uśmiechnął się, ponownie podnosząc kieliszek do ust. — Mam nadzieję, że jak do tej pory dobrze się bawiłeś. To dobra odskocznia po ostatnich wydarzeniach.
Kość na Spaloną:
!Strach przed imieniem
!Strach przed imieniem
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞