Nic dziwnego – z tą wprawą – bo jednak Guinevere preferowała kocią formę i używała jej dość często; można się więc było przyzwyczaić, a po obserwacji załapać o co może chodzić Egipcjance, kiedy miauczy w dany sposób. Zresztą kocie pyszczki były wbrew pozorom bardzo ekspresyjne i na pewien sposób oddawało to emocje Gin, zwłaszcza gdy były wyraźne (jak w piwnicy Cala). A sokół? Zmieniała się w tę formę niezwykle rzadko, to i mało było materiału by uczyć się jakichś jej ćwierków i skrzeków.
– To nie wygląda na nieszkodliwy żarcik – stwierdziła w końcu wprost, skoro Cal nie załapał, że to ostatnie mówiła już teraz z sarkazmem. Pomasowała się przy tym wolną ręką o drugie ramię. Nie bolało tak, by miała tu mdleć z bólu, ale zdecydowane czuła, że będzie miała z tego siniaki. – Para pieczonych ziemniaków w żywopłotowym labiryncie w październiku brzmi jak… hmm – musiała się zastanowić jak, ale na pewno było to coś absurdalnego i wyjątkowo głupiego. Ostatecznie nie wymyśliła na to odpowiedniego określenia, bo kolejne słowa Cathala skutecznie przykuły jej uwagę. – W Rosji? Kiedy? – w sensie w Rosji też natknął się w tak losowym miejscu na… jajo? Bo teraz, gdy już i Guinevere przysunęła do siebie zwęglonego ziemniaka, to z bliska jego kształt był zdecydowanie zbyt regularny i jajowaty, zresztą odgłos stuknięcia różdżką w jego powierzchnię też nie przypominał tego, jaki wydałaby bulwa. Wyciągnęła dłoń, by złapać jajo i podsunąć je bliżej twarzy. Nie było za duże i faktycznie przypominało wielkością te, które widywała u dziadka na strychu, gdzie hodował sowy.
– Na taką ewentualność powinniśmy spreparować jakieś znaki i zostawić za sobą bezsensowne wiadomości, żeby ci archeolodzy za dwieście lat się głowili nad tym, co takiego się tutaj wydarzyło – widać nawet potłuczenie się o ziemię nie sprawiło, by Guinevere straciła swoje poczucie humoru. Sama zaraz sięgnęła po swój woreczek, by bezpiecznie schować jajko, a potem podniosła się i dopiero się skrzywiła, czując, że chyba nogę stłukła sobie trochę mocniej, a potem ruszyła za Calem, zatrzymując się dopiero na rozwidleniu.
// Percepcja ◉◉◉○○
Sukces!
Popatrzyła to w jedną, to w drugą stronę, nie mieli żadnego punktu odniesienia.
– Teoretycznie moglibyśmy zastosować metodę na rękę i iść ciągle tak, żeby trzymać się ciągle jednej strony, ale nie wiem ile to może potrwać… – a Ginny miała jakieś przeczucie i wtedy sięgnęła do swojej szyi, ciągnąc za długi łańcuszek, który zwykle miała schowany pod ubraniem. Na jego końcu znajdowało wahadełko wyciosane z ametystu i pięknie zdobione na górze metalową wstawka, by dało się je zawiesić na łańcuszku. Ginny wyprostowała rękę i wpatrzyła się weń, czekając aż drgnie.
Zachód
– Chodźmy tu – i nie czekając, po prostu skręciła w kierunku, który wskazało jej wahadełko. Wiedziała doskonale co Cathal o tym myśli, nie zamierzała go nawracać. Ale w tej sytuacji chyba nie mieli nic do stracenia.