02.03.2026, 10:17 ✶
Ta farsa zdawała się powoli kończyć. Bal maskowy jak zwykle dla młodego Lestrange'a przebiegał pełen zakłóceń, stresu i irytacji. Gdyby nie fakt, że organizowała go jego rodzina, nigdy nie pomyślałby, by się tu pojawić. Maski, tajemnice - owszem, to był jego świat. Ale bale? Tańce, drinki, przytłumione światła i muzyka, a także tłum ludzi: to zdecydowanie nie było miejsce, w którym znalazłby się dobrowolnie. I jeszcze to spotkanie z Agathą... Nine spodziewał się jej tutaj - zresztą wyraźnie zaznaczył ochronie, że mieli jej tu nie wpuszczać, że mieli mieć na nią baczenie. Listy, które dostawał, były coraz częstsze, a ostatnie ich spotkanie nie wróżyło niczego dobrego. Słowa ex wciąż dźwięczały mu w uszach, jak wypowiedziana, ostra groźba. Wiedział, że musi się tym zająć, ale co innego go w tej chwili trapiło.
Pogrążony w myślach kroczył pomiędzy alejkami ogrodów, wdychając świeże powietrze. Jakim cudem ta czarnowłosa cholera go rozpoznała? Osób o podobnej do niego sylwetce było na balu dużo. Nikomu nie zdradzał, jaką miał maskę. Czy to możliwe, że gdy identyfikowali go na początku, Agatha stała w tłumie i świdrowała go wzrokiem? To było logiczne wytłumaczenie, które jednak wcale go nie uspokajało. Pomoc w Dziurawym Kotle zaczynała mu ciążyć na teraźniejszości. Zwyczajnie go męczyła, nie pozwalając przeszłości o sobie zapomnieć. Jeżeli chciał ruszyć dalej i patrzeć w przyszłość z uniesioną głową - musiał odciąć się od przeszłości. A przy tej kobiecie rozwiązanie było jedno. Śmierć. Jego umysł był jednak zbyt przebodźcowany, by tworzyć w tej chwili plan. Nawet zalążek nie zdołał wykiełkować, bo tłum i masa ludzi w maskach wyczerpały go psychicznie. Gdy tylko odzyska równowagę, ulotni się. Teleportuje do domu i pójdzie prosto pod prysznic. Myśl o chłodnej wodzie, która zmyje z niego smród tej imprezy była kusząca. Podobnie jak kusząca była wizja miękkiego łóżka, które otuli jego zmęczone ciało gdy tylko dotknie czystej, świeżej pościeli. Rodolphus wkładał już rękę do wewnętrznej kieszeni marynarki, chcąc sięgnąć po różdżkę, by móc teleportować się poza obrębem posiadłości, gdy usłyszał krzyk.
Krzyk dziwnie znajomy. Jeden z tych, których zapomnieć się nie dało z prostego powodu: sprawiał, że włoski na karku stawały dęba, a krew w żyłach zaczynała mocniej krążyć, zmieszana z adrenaliną. Rozpoznałby ten krzyk nawet na drugim krańcu świata. Niewiele myśląc ruszył w stronę jego źródła, zaciskając palce na rękojeści różdżki. I chociaż nie było to wołanie o pomoc, zmęczone ciało zareagowało instynktownie. Gdy wyszedł zza wysokich różanych krzaków, był gotowy do wyciągnięcia różdżki i miotnięcia zaklęciem w tego, kto w jego głowie wpadł na Astorię. Ale... Nikogo poza nią nie było. Zaskoczony poluzował uchwyt na różdżce.
- Wszystko w porządku? - zapytał cicho, nie decydując się jeszcze na ściągnięcie maski. Prawdę mówiąc to na moment zapomniał, że miał ją jeszcze na twarzy. Rozglądał się. Napastnik uciekł? Nie zdziwiłby się, mimo niewielkiego wzrostu i kruchości ciała Astoria potrafiła sprawić, że ludzie wokół niej woleli się oddalać w podskokach niczym zające przed myśliwymi.