02.03.2026, 15:46 ✶
To było poniekąd zabawne, jak tańczyli wokół siebie niczym dwa drapieżniki, gotowe do odpuszczenia gdy tylko przeciwnik obnaży kły. Jedno i drugie charakteryzowało się napięciem mięśni, upartością i niemożnością ustępowania, a jednak gdyby tylko pojawił się znak: odeszłoby. A jednak ten znak się nie pojawiał, chociaż niepewnie czekali na niego w milczeniu, które przerywało tylko szybsze bicie serca. Z jakiegoś niewiadomego powodu nie mógł zapomnieć o Astorii i o pocałunku, który zabarwił jego usta posmakiem wina, zmieszanego ze smakiem jej warg. Wciąż czuł jej usta na swoich, a przecież minęło od tamtej chwili naprawdę sporo czasu.
Rozczarował ją - uśmieszek się nie pojawił, a on sam nie odszedł. Jeżeli wciąż oczekiwała po nim zachowania z nastoletnich lat, to musiała obejść się smakiem. Lestrange odsunął krzesło i usiadł naprzeciwko Astorii. Kiwnął głową na znak, że rozumie - poniekąd to było logiczne, że musieli sprawdzić nową recepturę. Ale czemu tak wcześnie i czemu akurat teraz? Nie minął nawet pełny miesiąc o Spalonej Nocy. Chociaż może o to w tym wszystkim chodziło: o sprawienie, że ludzie szybciej zapomną? O ile to było w ogóle możliwe.
- Przyszedłem coś odebrać dla matki - odpowiedział swobodnie, tak jakby w jego męskość nie godził fakt, że odbiera rzeczy dla swojej rodzicielki. Niektórzy pewnie w życiu by się nie przyznali do tego, jak bardzo szanowali swoje matki i jak wiele mogli dla nich zrobić. Rodolphus był inny - jego matka była jednym z niewielu jasnych punktów w jego życiu. Gdy mówiła, żeby coś dla niej zrobił, robił to bez zbędnych pytań. Nigdy nie nadszarpnęła jego zaufania, tak jak to zrobił ojciec. Była... Była tak inna od niego, tak dobra, że musiał ją chronić przed złem tego świata. Musiał ją chronić przed prawdziwym sobą. - Nie przepadam za alkoholem, lecz jeżeli miałbym wybierać, to grzane piwa i wina znajdowałyby się na samym dole listy trunków, które bym kiedykolwiek wypił. Ale nie wypadało odmówić.
Odruchowo potarł policzek palcami, wpatrując się w nieco rozmazaną przez dym i oświetlenie sylwetkę Astorii. Bezwiednie wsparł policzek o wnętrze swojej dłoni, a łokieć na blacie stolika. Patrzył na nią, a w oczach błyszczały promienie słońca, przedzierające się przez przyciemnione szyby. Tęczówki barwy stali były zwykle przenikliwe i chłodne, lecz jeżeli Avery by wróciła wspomnieniem do ich pierwszego spotkania w OdNowie - dostrzegłaby subtelną zmianę w tym, jak na nią patrzył. Jego wzrok był bardziej miękki, niż na początku. Na pewno nie mógł tego spowodować mały łyk alkoholu.
- Nie jestem jednak kimś, kto byłby obiektywny jeżeli chodzi o ocenę smaku. Zmarnowali tylko jedną porcję na mnie - uśmiechnął się lekko. Gdy zaczęła się usprawiedliwiać, nieznacznie uniósł brew. Na jego usta wstąpił uśmieszek, jeden z tych szczerze rozbawionych. Dlaczego mi się tłumaczysz, Tori? Z wspartym policzkiem na dłoni i tym uśmiechem wyglądał prawie niewinnie. Jak szczeniak, który wpatruje się w nieznane mu stworzenie - nieco rozbawiony, chętny do zabawy i jednocześnie pełen zainteresowania. - Rozumiem. Ministerstwo Magii wciąż wyciska z każdego Departamentu absolutnie każdą kroplę zaangażowania. Większość osób odwołała swoje urlopy i plany, całkowicie poświęcając się naprawie zniszczeń i próbie wykrycia osób, które za tym stoją. Pozostali zaś na własną rękę próbują pomagać innym i odbudowywać to, co zostało spalone.
Wygodnie było pracować w Ministerstwie Magii, gdzie miało się dostęp do informacji z pierwszej ręki. Wygodnie było mieć rodzinę w innych Departamentach, z którą można było niezobowiązująco ponarzekać na to, co się działo, jednocześnie wyciskając dla siebie przydatne informacje. Nie winił jej, że się nie odzywała. Miała pewnie dużo pracy, w końcu spłonęły też rezydencje, w których znajdowały się dzieła sztuki. Ludzie potrzebowali też pieniędzy, a sprzedaż obrazów czy rzeźb, które ocalały, to był pewnie jeden z wielu sposobów na zdobycie galeonów.
- Udało mi się znaleźć idealne miejsce na obraz - powiedział, nie spuszczając z Astorii wzroku. Nie wyrzucił go.
Rozczarował ją - uśmieszek się nie pojawił, a on sam nie odszedł. Jeżeli wciąż oczekiwała po nim zachowania z nastoletnich lat, to musiała obejść się smakiem. Lestrange odsunął krzesło i usiadł naprzeciwko Astorii. Kiwnął głową na znak, że rozumie - poniekąd to było logiczne, że musieli sprawdzić nową recepturę. Ale czemu tak wcześnie i czemu akurat teraz? Nie minął nawet pełny miesiąc o Spalonej Nocy. Chociaż może o to w tym wszystkim chodziło: o sprawienie, że ludzie szybciej zapomną? O ile to było w ogóle możliwe.
- Przyszedłem coś odebrać dla matki - odpowiedział swobodnie, tak jakby w jego męskość nie godził fakt, że odbiera rzeczy dla swojej rodzicielki. Niektórzy pewnie w życiu by się nie przyznali do tego, jak bardzo szanowali swoje matki i jak wiele mogli dla nich zrobić. Rodolphus był inny - jego matka była jednym z niewielu jasnych punktów w jego życiu. Gdy mówiła, żeby coś dla niej zrobił, robił to bez zbędnych pytań. Nigdy nie nadszarpnęła jego zaufania, tak jak to zrobił ojciec. Była... Była tak inna od niego, tak dobra, że musiał ją chronić przed złem tego świata. Musiał ją chronić przed prawdziwym sobą. - Nie przepadam za alkoholem, lecz jeżeli miałbym wybierać, to grzane piwa i wina znajdowałyby się na samym dole listy trunków, które bym kiedykolwiek wypił. Ale nie wypadało odmówić.
Odruchowo potarł policzek palcami, wpatrując się w nieco rozmazaną przez dym i oświetlenie sylwetkę Astorii. Bezwiednie wsparł policzek o wnętrze swojej dłoni, a łokieć na blacie stolika. Patrzył na nią, a w oczach błyszczały promienie słońca, przedzierające się przez przyciemnione szyby. Tęczówki barwy stali były zwykle przenikliwe i chłodne, lecz jeżeli Avery by wróciła wspomnieniem do ich pierwszego spotkania w OdNowie - dostrzegłaby subtelną zmianę w tym, jak na nią patrzył. Jego wzrok był bardziej miękki, niż na początku. Na pewno nie mógł tego spowodować mały łyk alkoholu.
- Nie jestem jednak kimś, kto byłby obiektywny jeżeli chodzi o ocenę smaku. Zmarnowali tylko jedną porcję na mnie - uśmiechnął się lekko. Gdy zaczęła się usprawiedliwiać, nieznacznie uniósł brew. Na jego usta wstąpił uśmieszek, jeden z tych szczerze rozbawionych. Dlaczego mi się tłumaczysz, Tori? Z wspartym policzkiem na dłoni i tym uśmiechem wyglądał prawie niewinnie. Jak szczeniak, który wpatruje się w nieznane mu stworzenie - nieco rozbawiony, chętny do zabawy i jednocześnie pełen zainteresowania. - Rozumiem. Ministerstwo Magii wciąż wyciska z każdego Departamentu absolutnie każdą kroplę zaangażowania. Większość osób odwołała swoje urlopy i plany, całkowicie poświęcając się naprawie zniszczeń i próbie wykrycia osób, które za tym stoją. Pozostali zaś na własną rękę próbują pomagać innym i odbudowywać to, co zostało spalone.
Wygodnie było pracować w Ministerstwie Magii, gdzie miało się dostęp do informacji z pierwszej ręki. Wygodnie było mieć rodzinę w innych Departamentach, z którą można było niezobowiązująco ponarzekać na to, co się działo, jednocześnie wyciskając dla siebie przydatne informacje. Nie winił jej, że się nie odzywała. Miała pewnie dużo pracy, w końcu spłonęły też rezydencje, w których znajdowały się dzieła sztuki. Ludzie potrzebowali też pieniędzy, a sprzedaż obrazów czy rzeźb, które ocalały, to był pewnie jeden z wielu sposobów na zdobycie galeonów.
- Udało mi się znaleźć idealne miejsce na obraz - powiedział, nie spuszczając z Astorii wzroku. Nie wyrzucił go.