03.03.2026, 10:51 ✶
Obserwowanie boju dwóch intelektualistów zawsze sprawiało Lorien wyjątkową przyjemność. Może dlatego, że zbyt zaaferowani sobą, przestawali wówczas patrzeć przez chwilę na nią. A wówczas ona mogła pozwolić sobie na moment oddechu. Wyzbycie się uśmiechu, którego utrzymanie wymagało ciężkiej pracy mięśni, opuszczenie brwi i ramion wraz z lekkim westchnieniem, jak gdyby tylko ta namiastka powietrza i sztywny gorset trzymały ją jeszcze w pionie.
Nie było nic miłego w stawaniu się tłem konwersacji, ładnym elementem wystroju wyposażenia, ale… przecież ona sama nie była tu bez winy.
Przyjdź do mnie na herbatę.- Prosiła Anthony’ego, chcąc by poznał jej brata bliżej. By choć on, wiedziony jej słowem, przestanie spoglądać na tak przecież bliską jej sercu osobę, z pobłażliwością króla świata. Herbata mogła zamienić się w wino - to nie miało znaczenia. Przesunęła niewidzącym wzrokiem po zastygłej w wyrazie wiecznej wędrówki twarzy Shafiqa, gdy rozwodził się o korelacjach języka i poglądów. Magia imion… Czy taka w ogóle istniała? Czy może wszystko krążyło wokół intencji wypowiadającego i znaczenia nie miały same wypowiadane słowa, a ich otoczka.
Nie, nie możesz nie przyjść.- Pisała Alexandrowi, wiedząc, że spróbuje umknąć przed jakimkolwiek spotkaniem. Ale tego typu niezobowiązujące spotkania dobrze mu robiły. Tak musisz z nami posiedzieć. Nawet jeśli temu zaprzeczał, to czas, który spędzał z innymi ludźmi nie był czasem dlań przecież straconym. Tak długo jak mogła go wyrwać z odmętów jego własnego umysłu, tak długo planowała go zadręczać herbatkami z jej przyjaciółmi. Bezwiednie uniosła dłoń do ciemnej plątaniny loków Alexandra i wyciągnęła jakiś paproszek. Strzepała go na ziemię.
W gruncie rzeczy obaj panowie byli do siebie szalenie podobni. Nawet jeśli zarzekali by się na wszelkie świętości i bogactwa tego świata, że łączy ich absolutnie nic. Podobnie uparci, podobnie zafiksowani na podobnie nudnych rzeczach, podobnie niedostępni dla świata.
- Sądzę, że rycie modlitw i mantr na duszy może być jednak nieco ponad jego kompetencje.- Odparła na zaczepkę o nieszczęsnym stażyście. Słuchała. Cały czas słuchała ich rozmowy, z wyboru jednak w niej aktywnie nie uczestnicząc.
Bogów nie ma.
Coś w tym zdaniu zrodziło w Lorien bunt. Cichy, wewnętrzny, zupełnie jakby trzema słowami Alexander zacisnął palce na jej umyśle, wprawiając w dyskomfort całe ciało. Nie rozumiała tego uczucia. Nie rozumiała skąd się wzięło. Więc je przemilczała, pozwalając bratu i Anthony’emu rozmawiać w spokoju. I tak o wiele bardziej interesowały ją w tym momencie koraliki, a gdy wręczono jej kielich, upiła po prostu, smakując się w cierpkości wina.
- Allora perché offendi la divinità, se vuoi che io ti parli nella lingua degli dei? - Zapytała, jakby w odpowiedzi na cały ten quasi naukowy wywód, świadoma, że tylko Anthony ją rozumie. Ale pytanie prześlizgnęło się przez jej usta nim zdążyła się nad nim zastanowić. Zupełnie jak gdyby ta myśl i głos nie należały do niej. Potrząsnęła głową. Musiała być zmęczona. Nie zareagowała nawet, gdy nazwał ją pełnym imieniem i nazwiskiem, choć nic nie brzmiało jak słodsza pochwała.
- Powinieneś porzucić tłumaczenia i nazwać ten jeden Collecta, Mens Una Aeterna.- Powiedziała zamiast tego, pogrążona we własnych myślach. Tych jej i tych, które zdawały jej się być wręcz zapożyczone. Wiedziała, że kłamie - wszyscy w tym pokoju kłamali, chcąc ukryć swoje sekrety. Nie rozumiała tylko dlaczego to robią. Paciorek przyjemnie ciążył w jej ściśniętej dłoni, ale po chwili zamrugał. Zmarszczyła delikatnie nos. Coś było nie tak, ale nie potrafiła powiedzieć co. Dlaczego w ogóle się odezwała? Palce nieco pobielały na zaciśniętej ozdobie.- Nikt się w tych tryliardach tryliardów nie zorientuje, zaufaj mi.- Dodała ze śmiechem, ale nawet śmiech brzmiał w jej ustach głucho. Coś było nie w porządku, ale tylko ona czuła co. Nie wiedziała, czuła.
Alexander mógł się pożegnać. Mógł chcieć się jej pozbyć tak szybko, ale zgodnie z naturalną koleją rzeczy (i wciąż jeszcze pełnymi kieliszkami) kulturalna rozmowa, mniej lub bardziej momentami porywająca, trwała jeszcze przez chwilę. Na tyle by zdążyli wypić przyniesione przez Anthony’ego wino. Zaskakujący na tym wcale-nie-herbacianym podwieczorku zdawał się być… brak jakiegokolwiek jedzenia. Pani Mulciber jeść nie chciała lub nie mogła - ciężko powiedzieć, który powód aktualnie był bardziej istotny. Wiedziała też, że Alexander nie sięgnie po żadną przekąskę w mniej sobie znanym towarzystwie, a przez to nie chciałą postawić w niekomfortowej sytuacji Anthony’ego.
- Pozwól, że pokażę ci moje ulubione miejsce w okolicy, mio Antonio.- Odstawiła w końcu swój pusty kieliszek, starając się nie naruszyć porządku rzeczy na ławie dzielącej państwa Mulciber od pana Shafiqa. Zawsze tak było. Zawsze coś stało im na przeszkodzie. Nawet jeśli pozwalała prowadzić się pod ramię, obejmować w pasie, całować w policzki i dłonie, zawsze coś, niczym niewidzialna ściana oddzielało Lorien od ludzi. Podniosła się ze swojego miejsca na podłokietniku.- Tą altanę zbudowano jeszcze w latach, gdy panem był Alexander I Mulciber. Przetrwała wszystkie perturbacje losu, wielki pożar sprzed lata... Jest zachwycająca…
Trajkotała, poprawiając nieco pogniecioną spódnicę. Tak, teraz mogli już pożegnać się z panem domu i dać mu wreszcie spokój.
Nie było nic miłego w stawaniu się tłem konwersacji, ładnym elementem wystroju wyposażenia, ale… przecież ona sama nie była tu bez winy.
Przyjdź do mnie na herbatę.- Prosiła Anthony’ego, chcąc by poznał jej brata bliżej. By choć on, wiedziony jej słowem, przestanie spoglądać na tak przecież bliską jej sercu osobę, z pobłażliwością króla świata. Herbata mogła zamienić się w wino - to nie miało znaczenia. Przesunęła niewidzącym wzrokiem po zastygłej w wyrazie wiecznej wędrówki twarzy Shafiqa, gdy rozwodził się o korelacjach języka i poglądów. Magia imion… Czy taka w ogóle istniała? Czy może wszystko krążyło wokół intencji wypowiadającego i znaczenia nie miały same wypowiadane słowa, a ich otoczka.
Nie, nie możesz nie przyjść.- Pisała Alexandrowi, wiedząc, że spróbuje umknąć przed jakimkolwiek spotkaniem. Ale tego typu niezobowiązujące spotkania dobrze mu robiły. Tak musisz z nami posiedzieć. Nawet jeśli temu zaprzeczał, to czas, który spędzał z innymi ludźmi nie był czasem dlań przecież straconym. Tak długo jak mogła go wyrwać z odmętów jego własnego umysłu, tak długo planowała go zadręczać herbatkami z jej przyjaciółmi. Bezwiednie uniosła dłoń do ciemnej plątaniny loków Alexandra i wyciągnęła jakiś paproszek. Strzepała go na ziemię.
W gruncie rzeczy obaj panowie byli do siebie szalenie podobni. Nawet jeśli zarzekali by się na wszelkie świętości i bogactwa tego świata, że łączy ich absolutnie nic. Podobnie uparci, podobnie zafiksowani na podobnie nudnych rzeczach, podobnie niedostępni dla świata.
- Sądzę, że rycie modlitw i mantr na duszy może być jednak nieco ponad jego kompetencje.- Odparła na zaczepkę o nieszczęsnym stażyście. Słuchała. Cały czas słuchała ich rozmowy, z wyboru jednak w niej aktywnie nie uczestnicząc.
Bogów nie ma.
Coś w tym zdaniu zrodziło w Lorien bunt. Cichy, wewnętrzny, zupełnie jakby trzema słowami Alexander zacisnął palce na jej umyśle, wprawiając w dyskomfort całe ciało. Nie rozumiała tego uczucia. Nie rozumiała skąd się wzięło. Więc je przemilczała, pozwalając bratu i Anthony’emu rozmawiać w spokoju. I tak o wiele bardziej interesowały ją w tym momencie koraliki, a gdy wręczono jej kielich, upiła po prostu, smakując się w cierpkości wina.
- Allora perché offendi la divinità, se vuoi che io ti parli nella lingua degli dei? - Zapytała, jakby w odpowiedzi na cały ten quasi naukowy wywód, świadoma, że tylko Anthony ją rozumie. Ale pytanie prześlizgnęło się przez jej usta nim zdążyła się nad nim zastanowić. Zupełnie jak gdyby ta myśl i głos nie należały do niej. Potrząsnęła głową. Musiała być zmęczona. Nie zareagowała nawet, gdy nazwał ją pełnym imieniem i nazwiskiem, choć nic nie brzmiało jak słodsza pochwała.
- Powinieneś porzucić tłumaczenia i nazwać ten jeden Collecta, Mens Una Aeterna.- Powiedziała zamiast tego, pogrążona we własnych myślach. Tych jej i tych, które zdawały jej się być wręcz zapożyczone. Wiedziała, że kłamie - wszyscy w tym pokoju kłamali, chcąc ukryć swoje sekrety. Nie rozumiała tylko dlaczego to robią. Paciorek przyjemnie ciążył w jej ściśniętej dłoni, ale po chwili zamrugał. Zmarszczyła delikatnie nos. Coś było nie tak, ale nie potrafiła powiedzieć co. Dlaczego w ogóle się odezwała? Palce nieco pobielały na zaciśniętej ozdobie.- Nikt się w tych tryliardach tryliardów nie zorientuje, zaufaj mi.- Dodała ze śmiechem, ale nawet śmiech brzmiał w jej ustach głucho. Coś było nie w porządku, ale tylko ona czuła co. Nie wiedziała, czuła.
Alexander mógł się pożegnać. Mógł chcieć się jej pozbyć tak szybko, ale zgodnie z naturalną koleją rzeczy (i wciąż jeszcze pełnymi kieliszkami) kulturalna rozmowa, mniej lub bardziej momentami porywająca, trwała jeszcze przez chwilę. Na tyle by zdążyli wypić przyniesione przez Anthony’ego wino. Zaskakujący na tym wcale-nie-herbacianym podwieczorku zdawał się być… brak jakiegokolwiek jedzenia. Pani Mulciber jeść nie chciała lub nie mogła - ciężko powiedzieć, który powód aktualnie był bardziej istotny. Wiedziała też, że Alexander nie sięgnie po żadną przekąskę w mniej sobie znanym towarzystwie, a przez to nie chciałą postawić w niekomfortowej sytuacji Anthony’ego.
- Pozwól, że pokażę ci moje ulubione miejsce w okolicy, mio Antonio.- Odstawiła w końcu swój pusty kieliszek, starając się nie naruszyć porządku rzeczy na ławie dzielącej państwa Mulciber od pana Shafiqa. Zawsze tak było. Zawsze coś stało im na przeszkodzie. Nawet jeśli pozwalała prowadzić się pod ramię, obejmować w pasie, całować w policzki i dłonie, zawsze coś, niczym niewidzialna ściana oddzielało Lorien od ludzi. Podniosła się ze swojego miejsca na podłokietniku.- Tą altanę zbudowano jeszcze w latach, gdy panem był Alexander I Mulciber. Przetrwała wszystkie perturbacje losu, wielki pożar sprzed lata... Jest zachwycająca…
Trajkotała, poprawiając nieco pogniecioną spódnicę. Tak, teraz mogli już pożegnać się z panem domu i dać mu wreszcie spokój.
zaczynam powoli odgrywać fabularne zmiany w genetyce maledictusa (w tym momencie jeszcze dopracowywane mechanicznie)