03.03.2026, 12:06 ✶
– Pamiętam, że widziałem ten łuk, kiedy byłem jeszcze w Hogwarcie. Albo jest ostatecznie nieszkodliwy, albo zaklęto go jakiś czas temu – stwierdził z zamyśleniem. - …jak coś, czego bezpieczniej jednak nie jeść? – podsunął, bardzo przyziemne i mało absurdalne porównanie, bo wcale by się nie zdziwił, gdyby te ziemniaki okazały się jakąś kolejną pułapką, po zjedzeniu której na przykład jedno z nich bardzo by zmalało, a drugie urosło. Ale był niemal pewny, że to było jajko.
Oby jakiegoś ptaka, a nie bazyliszka.
– Kiedy byłem dzieckiem. Coś takiego leżało na wystawie jednego ze sklepów. Ale mogło być tylko podobne.
Nie widział w końcu go wyraźnie, a nie będąc znawcą ogólnego świata fauny i flory, nie mógł wyrokować, że na pewno na wschodzie sprzedawali wtedy coś identycznego… jeśli jednak się nie mylił, jajko prawdopodobnie należało umieścić w żarze. Zresztą, pewnie McGonagall mogła dopytać o to swoich krewnych, w końcu skoro prowadzili lecznicę, będą pewnie wiedzieli o tym więcej niż oni.
– W rodzaju „Nadchodzą” albo „Słyszymy bębny”? – spytał, krzywiąc się lekko na samą myśl o tych bębnach. Pamięć usłużnie zresztą podsunęła mu ich dźwięk, bo chociaż kiedy ostatnio znów wpadł sprawdzić piwnicę, nie było ani śladu po klapie i nic w budynku nie bębniło, ich odgłosy na dobre wżarły się w umysł Shafiqa. Zapomnieć o nich nie mógł, ale naprawdę czekał na chwilę, w której przestaną do niego powracać w losowych momentach.
Spojrzał na wahadełko z pewnym powątpiewaniem, ale kierunek wybrany przez kobietę czy raczej jej wahadełko zdawał się mu równie dobry, jak każdy inny.
– Szkoda, że nie mamy okruszków chleba, żeby oznaczyć drogę – zakpił lekko, obracając się, by sprawdzić, czy za nimi labirynt przypadkiem nie zacznie się przestawiać, wyglądało jednak na to, że roślinność przynajmniej na razie była całkiem grzeczna. Ułamałby może gałązkę, aby oznaczyć drogę, ale wolał nie ryzykować po tym, jak żywopłot zaatakował sokolicę. To że pamiętał, którędy szli, nie miało wielkiego znaczenia, skoro mogło się zdarzyć tak, że niektóre alejki będą absolutnie identyczne albo że trafił ich jakiś czar zauroczający…
– Jeśli nie uda się zaraz znaleźć właściwej drogi, będziemy musieli spróbować teleportacji.
Oby jakiegoś ptaka, a nie bazyliszka.
– Kiedy byłem dzieckiem. Coś takiego leżało na wystawie jednego ze sklepów. Ale mogło być tylko podobne.
Nie widział w końcu go wyraźnie, a nie będąc znawcą ogólnego świata fauny i flory, nie mógł wyrokować, że na pewno na wschodzie sprzedawali wtedy coś identycznego… jeśli jednak się nie mylił, jajko prawdopodobnie należało umieścić w żarze. Zresztą, pewnie McGonagall mogła dopytać o to swoich krewnych, w końcu skoro prowadzili lecznicę, będą pewnie wiedzieli o tym więcej niż oni.
– W rodzaju „Nadchodzą” albo „Słyszymy bębny”? – spytał, krzywiąc się lekko na samą myśl o tych bębnach. Pamięć usłużnie zresztą podsunęła mu ich dźwięk, bo chociaż kiedy ostatnio znów wpadł sprawdzić piwnicę, nie było ani śladu po klapie i nic w budynku nie bębniło, ich odgłosy na dobre wżarły się w umysł Shafiqa. Zapomnieć o nich nie mógł, ale naprawdę czekał na chwilę, w której przestaną do niego powracać w losowych momentach.
Spojrzał na wahadełko z pewnym powątpiewaniem, ale kierunek wybrany przez kobietę czy raczej jej wahadełko zdawał się mu równie dobry, jak każdy inny.
– Szkoda, że nie mamy okruszków chleba, żeby oznaczyć drogę – zakpił lekko, obracając się, by sprawdzić, czy za nimi labirynt przypadkiem nie zacznie się przestawiać, wyglądało jednak na to, że roślinność przynajmniej na razie była całkiem grzeczna. Ułamałby może gałązkę, aby oznaczyć drogę, ale wolał nie ryzykować po tym, jak żywopłot zaatakował sokolicę. To że pamiętał, którędy szli, nie miało wielkiego znaczenia, skoro mogło się zdarzyć tak, że niektóre alejki będą absolutnie identyczne albo że trafił ich jakiś czar zauroczający…
– Jeśli nie uda się zaraz znaleźć właściwej drogi, będziemy musieli spróbować teleportacji.