03.03.2026, 12:15 ✶
Nie chciał jej przestraszyć. Ruszył niemalże instynktownie, pamiętając Spaloną Noc i ten wieczór, w którym Astoria potrzebowała pomocy. Wiedział, kogo zaproszono na ten bal i doskonale wiedział, że maski potrafiły zapewnić anonimowość - a pomimo ochroniarzy anonimowość kusiła do robienia rzeczy, przed którymi ludzie się powstrzymywali. Od ich ostatniego spotkania wcale nie minęło zbyt wiele czasu, lecz dla niego dziwnym trafem czasoprzestrzeń wokół Astorii zaginała się i odnosił wrażenie, że widział ją zaledwie wczoraj. Widział jej lekki uśmiech, widział jej błysk w oku, widział jak zaciska palce na kubku z grzańcem. Widział jej sylwetkę otoczoną dymem, lecz to mieszało się z widokiem, który zaczynał go prześladować we śnie. Z krwią na dłoniach, półprzytomną, bardziej kruchą niż była w rzeczywistości. Powolnym ruchem Rodolphus ściągnął maskę, o której przypomniał sobie, że wciąż tkwiła na jego twarzy.
- Wybacz - odpowiedział bez cienia skruchy w głosie, a gdy maska opadła, na jej miejsce wstąpił uśmiech. Jeden z tych szerszych, rozbawionych, pierwotnych. Nie chciał jej wystraszyć, ale skłamałby gdyby nie powiedział, że odczuł przyjemne łaskotanie satysfakcji, że w ogóle udało mu się ją zaskoczyć. - Ostatnio chodzenie po krzakach i straszenie czarownic to moje nowe hobby.
Lestrange wzruszył lekko ramionami, niewinnie wręcz, zupełnie jakby przed Astorią stał nastolatek, który został przyłapany na podglądaniu całującej się pary. W jego oczach nie było widać skruchy, raczej szczenięce rozbawienie.
- Jeżeli schadzką nazywasz próbę ucieczki z balu, organizowanego przez własną rodzinę, to tak - odbił piłeczkę, nie dając się jej zbić z pantałyku. Spoważniał jednak, widząc że Astoria była mniej sobą, niż zwykle. Wypiła za dużo? A być może ktoś - wyjątkowo nie on - ją wystraszył? Ktoś jej groził? Rodolphus zrobił dwa kroki w kierunku kobiety, by miękko wyciągnąć dłoń w jej kierunku. Nie przyzna jej się, że jedyną osobą, z którą chciałby w tej chwili odbywać potajemne schadzki, była ona. - Odprowadzić cię? Ktoś cię zaczepiał? Wydajesz się być poruszona.
W jego głosie przebrzmiewała troska i coś jeszcze. Niepokój. Nic dziwnego - w końcu dopiero co krzyczała na kogoś, a to, co działo się w posiadłości i na jej terenach, zawsze było interesem rodziny. Gdyby ktoś jej groził lub skrzywdził, mogła być pewna, że Lestrange by tego tak nie zostawił. Teraz jednak niczym dżentelmen oferował jej swoje ramię. W połączeniu z niewinnym, szczerym uśmiechem, który znowu wpłynął na jego usta, wydawał się być... Ludzki. Tak po prostu, bez udawania, bez półprawd i odcieni szarości. Zmęczenie również odbijało się na jego twarzy, nie był w stanie go ukryć. Nienawidził takich imprez i to nie było dla nikogo tajemnicą, sam zresztą chyba jej o tym wspominał.