03.03.2026, 13:35 ✶
Słuchanie Ceolsige było przyjemnością, podobnie obserwowania z jaką gracją przemieszczą się po włościach Lestrangów. Maska i przebranie sowy nadawało jej pewnej drapieżności, która sprawiała, że całość nie pozostawała mdła. Zdawała się przy tym szalenie niebezpieczna. Piękni czystokrwiści ludzie mieli to do siebie.
Już miał jej odpowiedzieć, gdy usłyszał dziwne brzęczenie. Już miał nakłonić pannę Burkę by również nadstawiła ucha, gdy pojawił się on.
Pojawianie się wspólnie w miejscu publicznym od powrotu z Hiszpanii była niemiłosiernie trudną okolicznością. I Anthony miał pełnię świadomości, że jak najszybciej musi w sobie wypracować odpowiednie ścieżki - umysłu i ciała, musi jak najszybciej spacyfikować pierwsze impulsy, które sprawiają, że jego twarz roztapia zakochany uśmiech na samo brzmienie głosu tego, którego jeszcze niedawno nazywał swoim przyjacielem, czy właściwie od czasu kłótni we Francji byłym przyjacielem.
Szczęśliwie nosił maskę. Szczęśliwie mógł po prostu milczeć i stopniowo koić oddech.
- Madame Burke, pozwól że przedstawię, ów słoneczny jegomość to monster Jonathan Selwyn, pracujemy razem w Departamencie Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów. Jonathanie, to właśnie Ceolsige Burke działająca w sektorze prywatnym, wspominałem Ci wspominałem - podło gładko, dystyngowanie jak zawsze, nawet jeśli jego ciało mrowiło pod warstwami noszonej szaty. - Muszę przyznać że jestem głęboko rozczarowany asortymentem zaproponowanym przez Lestrangów. Nic ze smokiem! - poskarżył się, aby pozostać w temacie licytacji. - Niemniej… Czy Ty również jesteś zaskoczony udostępnionym ogrodem dla gości? W ogóle… miałem wrażenie, że słyszę jakieś dudnienie? Dźwięk… O tam. Czy wy też to słyszycie, czy to opary od tych nieszczęsnych eliksirów na wejściu? - W sumie ten dźwięk był mu absolutnie na ukrytą w białej rękawiczce dłoń. Wydłużał czas, na wypadek, gdyby Jonathan go potrzebował, skutecznie rozpraszał uwagę.
Dopiero gdy dotarli na „miejsce” owego brzęczenia, Anthony zdał sobie sprawę z ujemnych aspektów swojego planu. Jego piękne białe rękawiczki. Ziemia pełna robactwa i fekaliów zwanych przez tych szalonych zapaleńców nawozem. Skrzywił się, po raz kolejny tego wieczora dziękując za srebrzystą, księżycową maskę.
- Um.. to tu? - zapytał, nie zamierzając nawet się pochylić, aby nie dawać złudnej nadziei, na to, że podda się atawistycznej potrzebie grzebania w ziemi patykiem. Cóż, zgodnie z prawidłami improwizacji nie powinien się wycofywać. Na szczęście nie był tutaj sam.
Już miał jej odpowiedzieć, gdy usłyszał dziwne brzęczenie. Już miał nakłonić pannę Burkę by również nadstawiła ucha, gdy pojawił się on.
Pojawianie się wspólnie w miejscu publicznym od powrotu z Hiszpanii była niemiłosiernie trudną okolicznością. I Anthony miał pełnię świadomości, że jak najszybciej musi w sobie wypracować odpowiednie ścieżki - umysłu i ciała, musi jak najszybciej spacyfikować pierwsze impulsy, które sprawiają, że jego twarz roztapia zakochany uśmiech na samo brzmienie głosu tego, którego jeszcze niedawno nazywał swoim przyjacielem, czy właściwie od czasu kłótni we Francji byłym przyjacielem.
Szczęśliwie nosił maskę. Szczęśliwie mógł po prostu milczeć i stopniowo koić oddech.
- Madame Burke, pozwól że przedstawię, ów słoneczny jegomość to monster Jonathan Selwyn, pracujemy razem w Departamencie Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów. Jonathanie, to właśnie Ceolsige Burke działająca w sektorze prywatnym, wspominałem Ci wspominałem - podło gładko, dystyngowanie jak zawsze, nawet jeśli jego ciało mrowiło pod warstwami noszonej szaty. - Muszę przyznać że jestem głęboko rozczarowany asortymentem zaproponowanym przez Lestrangów. Nic ze smokiem! - poskarżył się, aby pozostać w temacie licytacji. - Niemniej… Czy Ty również jesteś zaskoczony udostępnionym ogrodem dla gości? W ogóle… miałem wrażenie, że słyszę jakieś dudnienie? Dźwięk… O tam. Czy wy też to słyszycie, czy to opary od tych nieszczęsnych eliksirów na wejściu? - W sumie ten dźwięk był mu absolutnie na ukrytą w białej rękawiczce dłoń. Wydłużał czas, na wypadek, gdyby Jonathan go potrzebował, skutecznie rozpraszał uwagę.
Dopiero gdy dotarli na „miejsce” owego brzęczenia, Anthony zdał sobie sprawę z ujemnych aspektów swojego planu. Jego piękne białe rękawiczki. Ziemia pełna robactwa i fekaliów zwanych przez tych szalonych zapaleńców nawozem. Skrzywił się, po raz kolejny tego wieczora dziękując za srebrzystą, księżycową maskę.
- Um.. to tu? - zapytał, nie zamierzając nawet się pochylić, aby nie dawać złudnej nadziei, na to, że podda się atawistycznej potrzebie grzebania w ziemi patykiem. Cóż, zgodnie z prawidłami improwizacji nie powinien się wycofywać. Na szczęście nie był tutaj sam.