Aranżowane związki miały to do siebie, że wypalały albo nie. Powiedziałby ktoś, że to zupełnie tak samo jak w tych nie aranżowanych i była to prawda, ale aranżowane trudniej było zerwać – i to była zasadnicza różnica. Aranżowane związki częściej dochodziły do małżeństwa, bo mało kogo interesowało dopasowanie pary, gdy chodziło o interes rodzin. Victoria mogłaby powiedzieć o tym dużo, bo miała na swoim koncie dwa takie aranżowane związki; pierwszy był absolutnym niewypałem i katastrofą, bo nie znosiła wybranka swojej rodziny tak bardzo, że nie była w stanie wytrzymać z nim ani minuty dłużej, niż było to konieczne. Drugi był cholernym rollercoasterem emocjonalno-uczuciowym, od nienawiści i niechęci po przyjaźń… albo coś w tym stylu, ale było to niezwykle trudne i Victorię pozostawiło z niskim poczuciem własnej wartości. I nie miało to żadnego związku z byciem nudnym czy nie, z byciem duszą towarzystwa, albo przeciwnie. Lestrange wierzyła, że gdy trafi się na odpowiednią osobę, to ta jest w stanie zrozumieć nawet najdziwniejsze zainteresowania. Czarnowłosą też pewnie niektórzy mogliby uznać za nudną: dla rozrywki czytała księgi poszerzające wiedzę, naukowe, a nie poezję czy beletrystykę (zdarzało jej się, chociaż rzadko i raczej nie wybierała tych tytułów sama z siebie), a jej hobby było warzenie eliksirów i zajmowanie się kwiatami (lub ogólnie roślinami). No i koty. Lubiła koty. Mogło by się więc wydawać, że daleko jej do bycia przebojową, ale nie stroniła od kontaktu z ludźmi czy rozmów, nawet jeśli nie była pierwsza do zaczynania rozmów z nieznajomymi. Daleka była więc od oceniania Deirdre po wyglądzie.
Czy Victoria spodziewała się, że tak będzie wyglądać praca autora? Niedawno sama zadawała sobie to pytanie i musiała szczerze odpowiedzieć, że nie. I mimo tego nie żałowała; jasne, miewała momenty zwątpienia, zastanawiała się przez jakiś czas, czy całkiem nie zmienić kierunku kariery, na razie jednak postanowiła to zostawić, bo gdy kryzys przeminął, uznała, że ma to swoje benefity, jak choćby uprawnienia, które posiadała. Dostęp do miejsc i rzeczy, których nie mogłaby robić bez odznaki. Czy nie tak samo było z uzdrowicielami? Lepiej było mieć dyplom niż nie, ułatwiał sporo rzeczy, nawet jeśli pewnie niektórzy prześlizgiwali się przez studia cudem.
– Próbowałam już chyba wszystkiego i nic nie pomaga na to zimno – dodała jeszcze, czując, że powinna się wytłumaczyć, bo co prawda nie wiedziała co dokładnie było wpisane w jej karcie pacjenta, ale od tamtego czasu nikt nie robił z nią medycznego wywiadu na ten temat. Victoria zdawała się nie zauważać zdenerwowania panny Malfoy – przyszła po pomoc, by ją ktoś obejrzał, nie oczekiwała wielkiej elokwencji ze strony osoby, która miała ją zbadać i zadecydować co dalej. No i nie sądziła, że to jej obecność tak wpływała na uzdrowicielkę.
Grzecznie wykonywała polecenia, nie wzdrygnąwszy się ani razu, gdy instrument został przyłożony do jej ciała podczas badania, a po wszystkim ubrała się ostrożnie i nie przeszkadzała, gdy ta pisała w jej karcie.
– Czy to klasyczny eliksir rozkurczowy? Zwykle sama warzę swoje lekarstwa – tak, miała pytania, ale pewnie nie takie, których można się było spodziewać. Faktycznie jednak Victoria w większości sama warzyła dla siebie eliksiry, a jeśli miała zażywać rozkurczowy, to chciała wiedzieć, jaki przygotować… – I, jeśli dobrze zrozumiałam, mam po nim kaszleć więcej? Żeby wyrzucić z siebie ten pył…? – na Matkę, czyli naprawdę mogła mieć płuca obklejone tym gównem? – Czy to znaczy, że będę kaszleć pyłem?