31.03.2026, 12:57 ✶
Flint w całej swojej ekscentryczności, pozostawał kimś, kto wyraźnie nie próbował nikomu imponować. I to było dziwne – prawdopodobnie (nawet mimo teorii o świecie zahaczających o obłąkanie) to właśnie było jego największym dziwactwem – bo po to się pisało wiersze, żeby je czytano, po to przynosiło się ludziom opowieści, żeby ich słuchano... Właściwie wszystko, czego się dotykał należało do kategorii rzeczy, które kojarzyły się (bardzo słusznie) z celowymi próbami błyszczenia w oczach innych. On jednak robił niektóre rzeczy jakby bezwiednie, a kiedy człowiekowi wydawało się, że nauczył się jego języka i zrozumiał w jaki sposób odbierać jego zachowania i sztukę, on nagle stawał się kimś odległym. Uciekał od rodziny i przyjaciół jak morskie fale – wybierał kiedy chce niespokojnie rozbić się o ich brzeg, a kiedy uspokoić się lub cofnąć daleko – tak by innym pozostawało jedynie oczekiwanie w tęsknocie i cisza. Odpływ kiedyś się kończył. Nie każdy jednak miał cierpliwość do gonienia za czymś nieosiągalnym.
Pojawił się więc uśmiech – tryskały z niego entuzjazm i wdzięczność, które uleciały z niego dokładnie w momencie odwrócenia głowy w bok, aby podążyć za dźwiękiem czajnika z gotującą się wodą. Odpływ. Kiedy stracił tobą zainteresowanie, wymykał się jak piasek przesypujący się między palcami. Był tak zainteresowany przyrodą i światem, aby wytatuować na ciele dziesiątki pieśni pochwalnych Matki. Był jednocześnie tak ślepy, aby nie zauważyć dyskomfortu Laurenta znajdującego się w domu ludzi, którzy robili dokładnie to, co chcieli robić i nie bali się usiąść na siedzisku przy oknie w butach.
– Oh, uwielbiam herbatę – powiedział, znikając na moment w pochyleniu za kredensem, bo tam właśnie znajdował się kominek, na którym grzał im wodę. – Przetestujemy ją więc – postanowił i postawił prezent obok dwóch naszykowanych wcześniej filiżanek.
A później nastąpił przypływ.
Jego wzrok wrócił do Laurenta, żeby skrzyżować ich wspomnienia. Przepiękne tafle brązowych włosów zdobiące jego niecodzienne oblicze oprawiły jego twarz w ramkę. Flint był pełen pięknych kontrastów – opalona skóra przypominająca o latach spędzonych w słonecznym Kairze i pochodzeniu noszącym w sobie wspomnienia bezkresnych gorących pustyni, konkurowała ze srebrnymi, zimnymi tęczówkami charakterystycznych dla lokalnej choroby. Kiedy światło słońca uderzało promieniami w skórę pokrytą srebrzycą, ta zdawała się błyszczeć niczym łuska – to pewnie dlatego mężczyzna nigdy nie pogodził się z odejściem Wulfwyn. Przypominało mu o niej każdej spojrzenie w lustro.
– Oooczywiście! – Rzucił śpiewnie. – Przyznam ci nawet, Laurent, że chociaż nie robiłem tego wcześniej i ograniczałem się do pisania o podróżach w pieśniach i wierszach, chyba zmieniłem nieco nastawienie i stworzę o tym artykuł do któregoś z brytyjskich czasopism. Udało mi się w tym roku przywrócić do cyklu wiele dusz, być może wieść o tym pomogłaby mieszkańcom Londynu w zdobyciu odrobiny nadziei w obliczu… – końca świata, chciał dokończyć. List Victorii był pełen bólu i obaw, Flint nie potrafił nie myśleć o niej, kiedy tkał swoje wyobrażenia o stanie lokalnej wiary.
Pobladł, kładąc dłoń na przybrudzonym przez Scyllę blacie. Widać było, że odpłynął. Kiedy się ocknął, jego twarz na powrót przybrała rumieńców.
– Ahhh, no cóż – pogładził się po włosach, po czym zalał im tę herbatę. – Często bywasz w Londynie? Zastanawiałem się, czy nie wyrwałem cię z dobrego miejsca zapraszając do stolicy. – Miasto kojarzyło mu się z brudem – Laurent z lasami Keswick i brzegiem morza.
Nie wydawał się przejęty jego skrępowaniem. Przywykł do tego, aby dawać rzeczom, zdarzeniom, ludziom... płynąć. We własnym rytmie. Ciężko mu było pojąć powszechne definicje niezręczności.
Pojawił się więc uśmiech – tryskały z niego entuzjazm i wdzięczność, które uleciały z niego dokładnie w momencie odwrócenia głowy w bok, aby podążyć za dźwiękiem czajnika z gotującą się wodą. Odpływ. Kiedy stracił tobą zainteresowanie, wymykał się jak piasek przesypujący się między palcami. Był tak zainteresowany przyrodą i światem, aby wytatuować na ciele dziesiątki pieśni pochwalnych Matki. Był jednocześnie tak ślepy, aby nie zauważyć dyskomfortu Laurenta znajdującego się w domu ludzi, którzy robili dokładnie to, co chcieli robić i nie bali się usiąść na siedzisku przy oknie w butach.
– Oh, uwielbiam herbatę – powiedział, znikając na moment w pochyleniu za kredensem, bo tam właśnie znajdował się kominek, na którym grzał im wodę. – Przetestujemy ją więc – postanowił i postawił prezent obok dwóch naszykowanych wcześniej filiżanek.
A później nastąpił przypływ.
Jego wzrok wrócił do Laurenta, żeby skrzyżować ich wspomnienia. Przepiękne tafle brązowych włosów zdobiące jego niecodzienne oblicze oprawiły jego twarz w ramkę. Flint był pełen pięknych kontrastów – opalona skóra przypominająca o latach spędzonych w słonecznym Kairze i pochodzeniu noszącym w sobie wspomnienia bezkresnych gorących pustyni, konkurowała ze srebrnymi, zimnymi tęczówkami charakterystycznych dla lokalnej choroby. Kiedy światło słońca uderzało promieniami w skórę pokrytą srebrzycą, ta zdawała się błyszczeć niczym łuska – to pewnie dlatego mężczyzna nigdy nie pogodził się z odejściem Wulfwyn. Przypominało mu o niej każdej spojrzenie w lustro.
– Oooczywiście! – Rzucił śpiewnie. – Przyznam ci nawet, Laurent, że chociaż nie robiłem tego wcześniej i ograniczałem się do pisania o podróżach w pieśniach i wierszach, chyba zmieniłem nieco nastawienie i stworzę o tym artykuł do któregoś z brytyjskich czasopism. Udało mi się w tym roku przywrócić do cyklu wiele dusz, być może wieść o tym pomogłaby mieszkańcom Londynu w zdobyciu odrobiny nadziei w obliczu… – końca świata, chciał dokończyć. List Victorii był pełen bólu i obaw, Flint nie potrafił nie myśleć o niej, kiedy tkał swoje wyobrażenia o stanie lokalnej wiary.
Pobladł, kładąc dłoń na przybrudzonym przez Scyllę blacie. Widać było, że odpłynął. Kiedy się ocknął, jego twarz na powrót przybrała rumieńców.
– Ahhh, no cóż – pogładził się po włosach, po czym zalał im tę herbatę. – Często bywasz w Londynie? Zastanawiałem się, czy nie wyrwałem cię z dobrego miejsca zapraszając do stolicy. – Miasto kojarzyło mu się z brudem – Laurent z lasami Keswick i brzegiem morza.
Nie wydawał się przejęty jego skrępowaniem. Przywykł do tego, aby dawać rzeczom, zdarzeniom, ludziom... płynąć. We własnym rytmie. Ciężko mu było pojąć powszechne definicje niezręczności.
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr