04.03.2026, 21:57 ✶
Albo nie spodziewał się, że ktokolwiek tutaj przyjdzie, albo nie przejmował się już pozorami – tyle można było powiedzieć po butelce ginu stojącej na stoliku nocnym obok pustej szklanki ze śladem zwilżonych pomadą ust.
Nie, Dolohov nie miał problemów z alkoholem, które zmuszałby jego bliskich do zastanawiania się nad jego stanem zdrowia, ale wyraźnie pił wtedy, kiedy przytłaczał go jakiś ciężar i nie ułatwiał mu zaśnięcia. Tak też musiało być i tym razem, a zresztą… W ogóle nie wyglądał, jakby spało mu się dobrze. Niby powieki miał zamknięte, ale oddychał niespokojnie, a oczy obracały mu się w te i we wte, jakby czegoś szukał – albo doglądał tego czegoś w zaświatach. Pewnie i w tym stanie szkoda było go budzić, bo niezwykle czysty miał umysł, jak na tak silną percepcję skupioną na rzeczach niedostrzegalnych do innych i nawet najgorsza forma odpoczynku pomagała temu stanowi rzeczy się utrzymać, ale… cóż, to nie był sen głęboki i prysł jak bańka mydlana, kiedy wizja skończyła się, rzucając mu ledwie ochłap zdarzenia, którego ani trochę nie rozmiał.
Pierwszy ruchem, jaki wykonał było poniesienie się do siadu. Prawą ręką wsparł się z tyłu, a głowę pochylił, oglądając Peregrinusa (szybko dostrzeżonego mimo ciemności – bo był obiektem w ruchu) zza woalki grubych rzęs i czystej, nieułożonej jeszcze grzywki. Przesunął wzrok na zegar wiszący na ścianie, później znów na wieszcza siłującego się z kopertą. Jego mina nie wyrażała zbyt wiele, ewidentnie nie dobudził się jeszcze i połowicznie tkwił wciąż tam, gdzie wędrował w śnie.
Mijały sekundy, a on wciąż nic nie mówił, chociaż mowa ciała wskazywała na to, że chciał się odezwać.
– Myślałem – powiedział cicho, powstrzymując ziewnięcie – że o tej godzinie będziesz już w drodze. – Zmrużył oczy, badawczo przyglądając się twarzy Peregrinusa, a przynajmniej temu co mógł w niej dostrzec bez światła. On sam, wciąż częściowo nieobecny, wydawał się nad czymś głęboko zastanawiać. Nie pomyślał nawet o złapaniu go za rękę czy rozejrzeniu się wokół. Potarł palcami rozgrzaną twarz, utwierdzając samego siebie w przekonaniu o prawdziwości tego co widzi. – Śniłeś mi się właśnie. A może raczej twoja podróż.
Nie, Dolohov nie miał problemów z alkoholem, które zmuszałby jego bliskich do zastanawiania się nad jego stanem zdrowia, ale wyraźnie pił wtedy, kiedy przytłaczał go jakiś ciężar i nie ułatwiał mu zaśnięcia. Tak też musiało być i tym razem, a zresztą… W ogóle nie wyglądał, jakby spało mu się dobrze. Niby powieki miał zamknięte, ale oddychał niespokojnie, a oczy obracały mu się w te i we wte, jakby czegoś szukał – albo doglądał tego czegoś w zaświatach. Pewnie i w tym stanie szkoda było go budzić, bo niezwykle czysty miał umysł, jak na tak silną percepcję skupioną na rzeczach niedostrzegalnych do innych i nawet najgorsza forma odpoczynku pomagała temu stanowi rzeczy się utrzymać, ale… cóż, to nie był sen głęboki i prysł jak bańka mydlana, kiedy wizja skończyła się, rzucając mu ledwie ochłap zdarzenia, którego ani trochę nie rozmiał.
Pierwszy ruchem, jaki wykonał było poniesienie się do siadu. Prawą ręką wsparł się z tyłu, a głowę pochylił, oglądając Peregrinusa (szybko dostrzeżonego mimo ciemności – bo był obiektem w ruchu) zza woalki grubych rzęs i czystej, nieułożonej jeszcze grzywki. Przesunął wzrok na zegar wiszący na ścianie, później znów na wieszcza siłującego się z kopertą. Jego mina nie wyrażała zbyt wiele, ewidentnie nie dobudził się jeszcze i połowicznie tkwił wciąż tam, gdzie wędrował w śnie.
Mijały sekundy, a on wciąż nic nie mówił, chociaż mowa ciała wskazywała na to, że chciał się odezwać.
– Myślałem – powiedział cicho, powstrzymując ziewnięcie – że o tej godzinie będziesz już w drodze. – Zmrużył oczy, badawczo przyglądając się twarzy Peregrinusa, a przynajmniej temu co mógł w niej dostrzec bez światła. On sam, wciąż częściowo nieobecny, wydawał się nad czymś głęboko zastanawiać. Nie pomyślał nawet o złapaniu go za rękę czy rozejrzeniu się wokół. Potarł palcami rozgrzaną twarz, utwierdzając samego siebie w przekonaniu o prawdziwości tego co widzi. – Śniłeś mi się właśnie. A może raczej twoja podróż.
with all due respect, which is none