05.03.2026, 16:09 ✶
Brenna nie była ateistką – trudno być ateistą w czarodziejskim świecie. Ale trudno było być i jednostką głęboko wierzącą, jeśli pracowałeś w policji i stykałeś się każdego dnia z rzeczami… różnymi. W gruncie rzeczy większość gliniarzy szybko stawała się cyniczna i zrezygnowana bądź robiła swoją pracę po łebkach. Brenna zachowała pogodę ducha, ale w tym duchu nie zostało jakoś wiele miejsca na żarliwą wiarę.
– W takim razie miałaś szczęście, że cię nie dopadły. W najlepszym razie wyssałyby z ciebie młodość, w najgorszym… nie tylko zamieniły w pył ciało, ale może i skradły ducha – westchnęła, nijak nie komentując modlitw Helloise za Voldemorta. Ona też nie rozumiała, nie pojmowała, nie mogła pojąć pewnych rzeczy. I jedną z nich była modlitwa za tego, przez którego te potwory krążyły po Kniei, bo nic ani nikt nie miał jej przekonać, że to nie jego wina. – Nie znam się na znakach, Helloise. Przekazałam to, czego się dowiedziałam tym, którzy mogą wiedzieć więcej. A co do rytuału, jeśli da się go nauczyć i coś jest wart, będę próbowała. - Czy miała szansę powtórzyć zaklęcie, o którym pisał Hjalmar? Czy w ogóle miało ono przenieść jakiś skutek, czy to była błędna ścieżka? Czy dziecko cokolwiek przekaże? Nie zamierzała jednak udawać, że jest czegokolwiek pewna.
– Czy to bluźnierstwo zastanawianie się, czy postępowanie ludzi jej w jakiś sposób nie skrzywdziło? Po drugiej stronie śmierciożercy zostawili za sobą ponoć szlak spalonej ziemi, a w Stonehange... Nie wiem czy zrobiło to przelanie krwi przez arcykapłankę, czy coś innego, ale coś się tam... zepsuło. Trzeba było to naprawić.
Nie miała pojęcia, co widział Leviathan i co mu powiedziano. Wiedziała głównie, że rytuał odprawiany przez Macmillanównę poszedł bardzo nie tak, że bogini nie wydawała się szczęśliwa z tego, że krwią spływały ołtarze, i wiedziała, co działo się tam później, gdy posłano tam funkcjonariuszy i paru specjalistów. Miała dziwne wrażenie po tych wszystkich wściekłych duchach i po nagłym odżyciu okolicy, gdy to wszystko oczyszczono, że jednak składane tam ofiary nikomu nie były miłe.
– Ale nie będę mówić czegoś, co ci niemiłe, bo nie znam się na boskich sprawach. I nie ma sprawy. Chętnie pomodlę się w takiej intencji – zgodziła się, bez większych oporów, bo w pewnym sensie dostała to, czego chciała: wiedziała przynajmniej mniej więcej, co „autor miał na myśli”, zostawiając czaszki pod ich domem. I chociaż Helloise mogła kłamać i to wciąż było niepokojące, chyba przynajmniej na razie Brenna mogła potraktować jej działania jako stosunkowo nieszkodliwe.
– W takim razie miałaś szczęście, że cię nie dopadły. W najlepszym razie wyssałyby z ciebie młodość, w najgorszym… nie tylko zamieniły w pył ciało, ale może i skradły ducha – westchnęła, nijak nie komentując modlitw Helloise za Voldemorta. Ona też nie rozumiała, nie pojmowała, nie mogła pojąć pewnych rzeczy. I jedną z nich była modlitwa za tego, przez którego te potwory krążyły po Kniei, bo nic ani nikt nie miał jej przekonać, że to nie jego wina. – Nie znam się na znakach, Helloise. Przekazałam to, czego się dowiedziałam tym, którzy mogą wiedzieć więcej. A co do rytuału, jeśli da się go nauczyć i coś jest wart, będę próbowała. - Czy miała szansę powtórzyć zaklęcie, o którym pisał Hjalmar? Czy w ogóle miało ono przenieść jakiś skutek, czy to była błędna ścieżka? Czy dziecko cokolwiek przekaże? Nie zamierzała jednak udawać, że jest czegokolwiek pewna.
– Czy to bluźnierstwo zastanawianie się, czy postępowanie ludzi jej w jakiś sposób nie skrzywdziło? Po drugiej stronie śmierciożercy zostawili za sobą ponoć szlak spalonej ziemi, a w Stonehange... Nie wiem czy zrobiło to przelanie krwi przez arcykapłankę, czy coś innego, ale coś się tam... zepsuło. Trzeba było to naprawić.
Nie miała pojęcia, co widział Leviathan i co mu powiedziano. Wiedziała głównie, że rytuał odprawiany przez Macmillanównę poszedł bardzo nie tak, że bogini nie wydawała się szczęśliwa z tego, że krwią spływały ołtarze, i wiedziała, co działo się tam później, gdy posłano tam funkcjonariuszy i paru specjalistów. Miała dziwne wrażenie po tych wszystkich wściekłych duchach i po nagłym odżyciu okolicy, gdy to wszystko oczyszczono, że jednak składane tam ofiary nikomu nie były miłe.
– Ale nie będę mówić czegoś, co ci niemiłe, bo nie znam się na boskich sprawach. I nie ma sprawy. Chętnie pomodlę się w takiej intencji – zgodziła się, bez większych oporów, bo w pewnym sensie dostała to, czego chciała: wiedziała przynajmniej mniej więcej, co „autor miał na myśli”, zostawiając czaszki pod ich domem. I chociaż Helloise mogła kłamać i to wciąż było niepokojące, chyba przynajmniej na razie Brenna mogła potraktować jej działania jako stosunkowo nieszkodliwe.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.