05.03.2026, 16:20 ✶
W domu, w którym Helloise dorastała, od małego poznawało się szacunek do zwierzęcia. Czarownica zawsze miała go więc również do tych, którzy zwierzętami się opiekowali — piękny to gest wziąć pod swoje skrzydła potrzebującą istotę. W idee, w które raz uwierzyła, była bardzo zaangażowana. Naturalne więc było dla niej zaoferować swoją pomoc Ostoi — darmo tworzyła leki dla zwierząt i wykonywała od czasu do czasu inne drobne zadania, jeśli tylko leżały w jej mocy. Wpisywała się w definicję wolontariusza, ale nie myślała tak o sobie. Helloise pomagała, ale nie postrzegała tego jako oddawania jakiejś pracy.
Po Spalonej Nocy długo jej tu nie było, lecz po Mabon — gdy wstąpiły w nią nowe siły — zjawiła się ponownie. Już poprzedniego tygodnia zaszła do McGonagallów raz, aby posłuchać wieści i dowiedzieć się, czego trzeba. Teraz wracała — frunęła na miotle obciążonej koszykiem potrzebnych mikstur oraz świecami na bezsenność, o które nikt jej po prawdzie nie prosił, lecz słyszała wystarczająco o runie, aby przyszło jej do głowy je dołożyć.
Godzina lotu w deszczu przemoczyła pelerynę czarownicy: mimo kaptura warkocz był ciężki od wilgoci, a dookoła głowy powstała aureolka odstających spuszonych kędziorów. Tak oto zmokła Helloise wylądowała na podwórzu Ostoi — i cóż z tego, że wylądowała w sam środek kałuży? Spod warstw zaschniętego błota i tak nie widać było, że te kozaki z zadartymi noskami zrobiono oryginalnie z czerwonej skóry. Zaklęcie maskujące miotłę zamigotało i zgasło, gdy kobieta odczepiła od niej kosz i zagłębiła się w podwórze. Słyszała odgłosy pracy w szopie, ale nie tam skierowała się najpierw. Zamierzała wstąpić do domu McGonagallów, oddać kosz i dopiero bez tego ciężaru włóczyć się dookoła w poszukiwaniu zajęcia.
Nigdy nie trzeba jej było jednak wiele, aby zmienić plany. Wystarczył choćby… kotek. Rzadko ostatnimi czasy widywała koty. Niemal wszystkie zniknęły z Doliny. Żadne przybłędy nie wnosiły już do jej chaty mysich trupków ani nie gapiły się podejrzliwie na kurczaki.
Ten rudy kot odznaczał się wśród szaroburego deszczowego krajobrazu, więc od razu ściągnął ją w swoją stronę. Czarownica odstawiła cichutko pod zadaszeniem miotłę i koszyk, nie spuszczając zwierzątka z oczu. Potrafiła rozpoznać, kiedy koty się na coś czaiły. Robiły się wtedy skupione, wykalkulowane i szalenie cierpliwe. Helloise również potrafiła być cierpliwa. O ile jeszcze kota nie spłoszyła, kucnęła na krawędzi wiaty, przy stercie drewna, żeby lepiej jej było obserwować kocie łowy. Ręką bezwiednie sięgnęła w tył, poza schowek, przeczesała trawę i odnalazła pod palcami sztywną, długą łodyżkę koniczyny zakończoną białym kwiatkiem. Zerwała ją tuż przy ziemi. Jeśli przypadkiem spłoszyła swoją obecnością niedoszłą ofiarę rudzielca, mogła zaoferować mu zaraz w zamian inne łowy.
Po Spalonej Nocy długo jej tu nie było, lecz po Mabon — gdy wstąpiły w nią nowe siły — zjawiła się ponownie. Już poprzedniego tygodnia zaszła do McGonagallów raz, aby posłuchać wieści i dowiedzieć się, czego trzeba. Teraz wracała — frunęła na miotle obciążonej koszykiem potrzebnych mikstur oraz świecami na bezsenność, o które nikt jej po prawdzie nie prosił, lecz słyszała wystarczająco o runie, aby przyszło jej do głowy je dołożyć.
Godzina lotu w deszczu przemoczyła pelerynę czarownicy: mimo kaptura warkocz był ciężki od wilgoci, a dookoła głowy powstała aureolka odstających spuszonych kędziorów. Tak oto zmokła Helloise wylądowała na podwórzu Ostoi — i cóż z tego, że wylądowała w sam środek kałuży? Spod warstw zaschniętego błota i tak nie widać było, że te kozaki z zadartymi noskami zrobiono oryginalnie z czerwonej skóry. Zaklęcie maskujące miotłę zamigotało i zgasło, gdy kobieta odczepiła od niej kosz i zagłębiła się w podwórze. Słyszała odgłosy pracy w szopie, ale nie tam skierowała się najpierw. Zamierzała wstąpić do domu McGonagallów, oddać kosz i dopiero bez tego ciężaru włóczyć się dookoła w poszukiwaniu zajęcia.
Nigdy nie trzeba jej było jednak wiele, aby zmienić plany. Wystarczył choćby… kotek. Rzadko ostatnimi czasy widywała koty. Niemal wszystkie zniknęły z Doliny. Żadne przybłędy nie wnosiły już do jej chaty mysich trupków ani nie gapiły się podejrzliwie na kurczaki.
Ten rudy kot odznaczał się wśród szaroburego deszczowego krajobrazu, więc od razu ściągnął ją w swoją stronę. Czarownica odstawiła cichutko pod zadaszeniem miotłę i koszyk, nie spuszczając zwierzątka z oczu. Potrafiła rozpoznać, kiedy koty się na coś czaiły. Robiły się wtedy skupione, wykalkulowane i szalenie cierpliwe. Helloise również potrafiła być cierpliwa. O ile jeszcze kota nie spłoszyła, kucnęła na krawędzi wiaty, przy stercie drewna, żeby lepiej jej było obserwować kocie łowy. Ręką bezwiednie sięgnęła w tył, poza schowek, przeczesała trawę i odnalazła pod palcami sztywną, długą łodyżkę koniczyny zakończoną białym kwiatkiem. Zerwała ją tuż przy ziemi. Jeśli przypadkiem spłoszyła swoją obecnością niedoszłą ofiarę rudzielca, mogła zaoferować mu zaraz w zamian inne łowy.
dotknij trawy