05.03.2026, 19:09 ✶
Noc z 11 na 12 października. Proroczy sen.
Do listu dołączono kartę Pustelnika.
Peregrinusie,
Przypuszczam, że spodziewałeś się tego listu w takiej czy innej formie. Przypuszczam także, że spodziewałeś się go wcześniej. Widzisz, wtedy, gdy powinienem go wysłać, było dla mnie zbyt wcześnie. Zaryzykowałem, licząc, że dla ciebie nie okaże się zbyt późno.
Próbowałem upchnąć swoje wyjaśnienia równaniem opisującym dylatację czasu. Dziwna to bowiem rzecz, czas. Wiesz, że zawsze byłem zapalonym zwolennikiem teorii kwantowej, postulującej absolutyzm czasu jako zjawiska niepodlegającego kwantyzacji. Niespecjalnie entuzjastycznie podchodziłem jednak do tych, którzy czas postrzegali za produkt uboczny splątania kwantowego. Westchnąłem na widok ostatniego eseju w Prorokowaniu Przyszłości, który ekstrapolował dookoła równania Wheelera-Dewitta. Myślałem, żeby napisać do ciebie już wtedy. Wszechświat opisany funkcją falową, która nie ewoluuje w czasie... Nawet ja poczułem niesmak, a przecież nie należę do grona relatywistów. Bronię kwantowców, owszem, ale wierzę, i zawsze wierzyłem przecież, że odkrycie właściwości czasu zbliży nas do poznania daru jasnowidzenia bardziej, aniżeli ignorowanie go w modelach teoretycznych. Choć czas wydaje się najbardziej plastycznym ze wszystkich wymiarów, pozostaje tym najbardziej dla nas niezbywalnym. Tym, który da się zakrzywić, wypaczyć, ale nigdy utracić. W tym jednym względzie zawsze kusiło mnie mimo wszystko iść w stronę teorii względności. W tym, że czas stanowi składową geometrii wszechświata, nie zaś oddzielny parametr, wyzuty z wszelkiego przywiązania. Ostatnio wystarczy, że mrugnę, a zdaje mi się, jak gdyby w sekundę upłynął cały miesiąc. Być może przegapiłem więc odpowiedni czas.
Gdybym mógł, spałbym z otwartymi oczami. Zastanawiam się, co znowu mi umknie, gdy przymknę powieki. Kiedy się obudzę... A może gdzie? Czas i przestrzeń są ze sobą w końcu w teorii względności powiązane. Dzisiejszej nocy obudziłem się nad włoskim wybrzeżem. Zachód słońca nad brzegiem morza nie zgasł, ale miodem spływającym z nieboskłonu przemienił się w złociste oczy kruka, który z krzykiem wzniósł się i pomknął na zachód ku płonącej wyspie. Światło świata zgasło, bryzgając czarne sklepienie mrowiem gwiazd wyznaczających kurs podróżnikom, aż łupiąc użyczonym okiem powracającego ptaszyska, dostrzegłem znajomą postać. Ciebie. Stałeś pośród ruin na wzgórzu głaskanym morską bryzą. Nagle zjawił się obok okutany całunem pustelnik dzierżący latarnię. Pikując w dół, zrozumiałem, że jego twarz okazała się twarzą młodzieńca, a chwyt na lampionie zdawał się niepewny, gdy wskazywał miejsce między szczątkami kamiennych ścian. Ziemię rozjarzył na moment błękit ukrytych run, a odsłonięte w ten sposób przejście łagodnie prowadziło w dół, ku majaczącej na końcu łagodnej łunie.
Zszedłeś z nim w dół.
Zrób co zechcesz z tą wizją. Jest wyłącznie tylko gestem dobrej woli, nie zamierzałem dzielić się z nią z nikim innym. Formalnie chciałbym przeprosić cię zresztą za sytuację, która miała miejsce na weselu Paracelsusa Blacka. Nie potrafię opisać zażenowania, jakie czuję na samo wspomnienie. Potrzebowałem szybkiej wymówki, a że nie znam zbyt wielu celebrytów, mimowolnie sięgnąłem więc po nazwisko należące do twojego mentora. Niewiele myśląc, przedstawiłem się jako jego asystent. Nie byłem świadomy, że przyjdzie mi impersonować właśnie ciebie. Wiedz, że nie chciałem popełnić wobec ciebie afrontu. Jeżeli zaś o wizję chodzi. Pustelnik... Zawsze tę kartę lubiłem, być może dlatego właśnie, że nie miała nigdy należeć do mnie. Zatem weź ją w swoją pieczę, Peregrinusie. Zabrałem ci przypadkiem twarz, weź sobie moją w zamian. Niech wymiana będzie równoważną.
Pozdrów przy okazji swoją kuzynkę. Powiedz jej, że nigdy nie chciałem jej kruczych oczu.
Przypuszczam, że spodziewałeś się tego listu w takiej czy innej formie. Przypuszczam także, że spodziewałeś się go wcześniej. Widzisz, wtedy, gdy powinienem go wysłać, było dla mnie zbyt wcześnie. Zaryzykowałem, licząc, że dla ciebie nie okaże się zbyt późno.
Próbowałem upchnąć swoje wyjaśnienia równaniem opisującym dylatację czasu. Dziwna to bowiem rzecz, czas. Wiesz, że zawsze byłem zapalonym zwolennikiem teorii kwantowej, postulującej absolutyzm czasu jako zjawiska niepodlegającego kwantyzacji. Niespecjalnie entuzjastycznie podchodziłem jednak do tych, którzy czas postrzegali za produkt uboczny splątania kwantowego. Westchnąłem na widok ostatniego eseju w Prorokowaniu Przyszłości, który ekstrapolował dookoła równania Wheelera-Dewitta. Myślałem, żeby napisać do ciebie już wtedy. Wszechświat opisany funkcją falową, która nie ewoluuje w czasie... Nawet ja poczułem niesmak, a przecież nie należę do grona relatywistów. Bronię kwantowców, owszem, ale wierzę, i zawsze wierzyłem przecież, że odkrycie właściwości czasu zbliży nas do poznania daru jasnowidzenia bardziej, aniżeli ignorowanie go w modelach teoretycznych. Choć czas wydaje się najbardziej plastycznym ze wszystkich wymiarów, pozostaje tym najbardziej dla nas niezbywalnym. Tym, który da się zakrzywić, wypaczyć, ale nigdy utracić. W tym jednym względzie zawsze kusiło mnie mimo wszystko iść w stronę teorii względności. W tym, że czas stanowi składową geometrii wszechświata, nie zaś oddzielny parametr, wyzuty z wszelkiego przywiązania. Ostatnio wystarczy, że mrugnę, a zdaje mi się, jak gdyby w sekundę upłynął cały miesiąc. Być może przegapiłem więc odpowiedni czas.
Gdybym mógł, spałbym z otwartymi oczami. Zastanawiam się, co znowu mi umknie, gdy przymknę powieki. Kiedy się obudzę... A może gdzie? Czas i przestrzeń są ze sobą w końcu w teorii względności powiązane. Dzisiejszej nocy obudziłem się nad włoskim wybrzeżem. Zachód słońca nad brzegiem morza nie zgasł, ale miodem spływającym z nieboskłonu przemienił się w złociste oczy kruka, który z krzykiem wzniósł się i pomknął na zachód ku płonącej wyspie. Światło świata zgasło, bryzgając czarne sklepienie mrowiem gwiazd wyznaczających kurs podróżnikom, aż łupiąc użyczonym okiem powracającego ptaszyska, dostrzegłem znajomą postać. Ciebie. Stałeś pośród ruin na wzgórzu głaskanym morską bryzą. Nagle zjawił się obok okutany całunem pustelnik dzierżący latarnię. Pikując w dół, zrozumiałem, że jego twarz okazała się twarzą młodzieńca, a chwyt na lampionie zdawał się niepewny, gdy wskazywał miejsce między szczątkami kamiennych ścian. Ziemię rozjarzył na moment błękit ukrytych run, a odsłonięte w ten sposób przejście łagodnie prowadziło w dół, ku majaczącej na końcu łagodnej łunie.
Zszedłeś z nim w dół.
Zrób co zechcesz z tą wizją. Jest wyłącznie tylko gestem dobrej woli, nie zamierzałem dzielić się z nią z nikim innym. Formalnie chciałbym przeprosić cię zresztą za sytuację, która miała miejsce na weselu Paracelsusa Blacka. Nie potrafię opisać zażenowania, jakie czuję na samo wspomnienie. Potrzebowałem szybkiej wymówki, a że nie znam zbyt wielu celebrytów, mimowolnie sięgnąłem więc po nazwisko należące do twojego mentora. Niewiele myśląc, przedstawiłem się jako jego asystent. Nie byłem świadomy, że przyjdzie mi impersonować właśnie ciebie. Wiedz, że nie chciałem popełnić wobec ciebie afrontu. Jeżeli zaś o wizję chodzi. Pustelnik... Zawsze tę kartę lubiłem, być może dlatego właśnie, że nie miała nigdy należeć do mnie. Zatem weź ją w swoją pieczę, Peregrinusie. Zabrałem ci przypadkiem twarz, weź sobie moją w zamian. Niech wymiana będzie równoważną.
Pozdrów przy okazji swoją kuzynkę. Powiedz jej, że nigdy nie chciałem jej kruczych oczu.
Alexander
Do listu dołączono kartę Pustelnika.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat