06.03.2026, 16:05 ✶
Czarownica odruchowo odchyliła głowę na bok, nim się zorientowała, że tego dnia nie spoczywa na jej ramionach kaskada włosów, w które mógł się zaplątać smoczognik. Co za wygodne upięcie. Drobne łapki wczepiły się w jej ramię, łaskocząc z początku lekko.
— Stęskniony jesteś chociaż troszeczkę? — zapytała zwierzątko przymilnie, lecz w żadnym razie nie szczebiocząco, jak to czasem rozczulone ciocie robią niemowlakom.
Długość spaceru nie wadziła jej wcale, szczególnie w tym towarzystwie i takim szlakiem. Rozwijały się ścieżki dzieciństwa, a choć Helloise nie potrafiłaby dokładnie wskazać, które drzewo zniknęło, a które strzeliło w górę, to nakładały się na siebie obrazy obecne ze wspomnieniami, i potrafiła mglistym instynktem wyczuć, gdzie zaszła zmiana. Nie odzywała się wiele po drodze, nie było potrzeby burzyć melodii lasu swoimi mądrościami. Te zostawiała dla ludzi.
Gdy się zatrzymali, czarownica zerknęła pobieżnie na czerwone refleksy między drzewami, po czym odebrała od Leviathana wiadro. Ubrała rękawice, a gdy tylko poczuła grubą warstwę skóry ograniczającą zręczne, precyzyjne palce biegłe w rzemiośle, pojawiła się w jej głowie myśl: czy bardzo bolałoby, gdyby łapała salamandry bez rękawic? Czasem z lenistwa poprawiała przecież kociołek nad ogniem samymi czubkami palców. Jeden rzut oka na Leviathana wystarczył, aby stwierdzić, że mężczyzna skrzywi się na samo wspomnienie tego pomysłu. Zachowała więc myśl dla siebie, obdarzając go tylko tajemniczym uśmiechem, który poszerzył się w rozbawieniu, gdy Levi ściągnął smoczka do jego nowej kryjówki w jej szacie.
— Odbierasz mu całą przyjemność. — Wrzuciła pieprz do drugiej kieszeni. — Dlaczego nie pozwalasz swojej bestii zapolować, Levi? — wymruczała prowokująco, po czym puściła oczko do smoczognika i ostatni raz pogłaskała łuskowaty łebek. — Zrobię, co w mojej mocy. Prowadź — dodała, kierując uwagę na zadanie.
— Stęskniony jesteś chociaż troszeczkę? — zapytała zwierzątko przymilnie, lecz w żadnym razie nie szczebiocząco, jak to czasem rozczulone ciocie robią niemowlakom.
Długość spaceru nie wadziła jej wcale, szczególnie w tym towarzystwie i takim szlakiem. Rozwijały się ścieżki dzieciństwa, a choć Helloise nie potrafiłaby dokładnie wskazać, które drzewo zniknęło, a które strzeliło w górę, to nakładały się na siebie obrazy obecne ze wspomnieniami, i potrafiła mglistym instynktem wyczuć, gdzie zaszła zmiana. Nie odzywała się wiele po drodze, nie było potrzeby burzyć melodii lasu swoimi mądrościami. Te zostawiała dla ludzi.
Gdy się zatrzymali, czarownica zerknęła pobieżnie na czerwone refleksy między drzewami, po czym odebrała od Leviathana wiadro. Ubrała rękawice, a gdy tylko poczuła grubą warstwę skóry ograniczającą zręczne, precyzyjne palce biegłe w rzemiośle, pojawiła się w jej głowie myśl: czy bardzo bolałoby, gdyby łapała salamandry bez rękawic? Czasem z lenistwa poprawiała przecież kociołek nad ogniem samymi czubkami palców. Jeden rzut oka na Leviathana wystarczył, aby stwierdzić, że mężczyzna skrzywi się na samo wspomnienie tego pomysłu. Zachowała więc myśl dla siebie, obdarzając go tylko tajemniczym uśmiechem, który poszerzył się w rozbawieniu, gdy Levi ściągnął smoczka do jego nowej kryjówki w jej szacie.
— Odbierasz mu całą przyjemność. — Wrzuciła pieprz do drugiej kieszeni. — Dlaczego nie pozwalasz swojej bestii zapolować, Levi? — wymruczała prowokująco, po czym puściła oczko do smoczognika i ostatni raz pogłaskała łuskowaty łebek. — Zrobię, co w mojej mocy. Prowadź — dodała, kierując uwagę na zadanie.
dotknij trawy