06.03.2026, 16:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.03.2026, 16:50 przez Benjy Fenwick.)
Leżałem dokładnie tak, jak mnie zostawiono, jakbym był wyjątkowo nieporadnym, bardzo niezadowolonym, unieruchomionym niedźwiedziem w zoo - na plecach, z ręką opartą gdzieś na brzegu koca i z miną człowieka, który został brutalnie zdradzony przez własną fizjologię. Sufit przez ostatnie godziny zdążył mi się już porządnie opatrzyć, do tego stopnia, że jego topologia wyryła mi się pod powiekami - miał całkiem głębokie pęknięcia w jednej części, zapewne w wyniku drgań z ulicy, niewielkie rysy biegnące od belki do belki, jakby ktoś próbował usunąć pajęczyny zbyt twardym włosiem miotły, wyschniętą plamę po wejściu wilgoci, która przypominała mi mapę jakiegoś zapomnianego archipelagu, i jedną szczególnie irytującą smugę roztartego owada, którą odkryłem dopiero po pół godzinie leżenia, ale teraz wkurwiała mnie bezustannie. Gdy człowiek nie może się ruszyć, zaczyna analizować rzeczy, które normalnie uznałby za absolutnie nieistotne - na przykład strukturę tynku… Albo dźwięk kroków na schodach… Albo to, że ktoś bezczelnie wchodzi do jego domu i od razu czuje się jak u siebie.
Drzwi otworzyły się z energią osoby, która w ogóle nie zakładała możliwości sprzeciwu. Podniosłem powoli głowę, zanim jeszcze Heather opaliła się na dobre, już wiedziałem, że jeśli ktoś potrafił wejść do czyjejś sypialni z takim entuzjazmem, to był to dokładnie ten typ człowieka i, co najgorsze, w jakimś stopniu podobało mi się to, że udowodniła mi moje założenia. Byli ludzie, którzy wchodzili do pomieszczenia jak cień, i byli tacy, którzy wpadali jak podmuch nacierającego huraganu, przewracając wszystko, co stało zbyt lekko na nogach. Ona należała do tej drugiej kategorii.
Ta mała była niezmordowana, fala uderzeniowa jej entuzjazmu niemal fizycznie dotarła do moich potrzaskanych żeber, gdy tylko ruda czupryna pojawiła się w progu. Obserwowałem, jak przechodzi przez pokój z tym swoim naturalnym przekonaniem, że wszystko tutaj w gruncie rzeczy należy do niej - bez pytania, bez wahania, z tym rodzajem naturalnej bezczelności, który u większości ludzi byłby nie do zniesienia, ale u niej… U niej działał inaczej, jakby drzwi nie były przeszkodą, tylko sugestią architektoniczną, którą można zignorować, jeśli ma się odpowiednio dużo entuzjazmu i zbyt mało instynktu samozachowawczego. Gdyby to był ktokolwiek inny, prawdopodobnie odruchowo naprawdę sięgnąłbym po sztylet ukryty pod poduszką - ten, którego tam nie było, tak na marginesie, co znowu mnie zirytowało, gdy tylko przypomniałem sobie o tym fakcie - by demonstracyjnie rzucić nim w tapetę na ścianie przy futrynie, bo nie można było bezkarnie tak zaskakiwać ludzi przyzwyczajonych do odpierania nieoczekiwanych ataków i niespodziewanych starć, ale… To była Wood, ta dziewczyna zdecydowanie była ucieleśnieniem własnej klątwy - niekontrolowanym wybuchem magicznej energii skumulowanym w drobnym ciałku - z zasady była tak nieprzewidywalna i kompletnie ignorująca wszelkie zasady BHP, że aż nie dało się na nią gniewać. Patrzyłem na te błyszczące, niebieskie jak woda oczy i czułem, jak moja irytacja topnieje, ustępując miejsca rozbawieniu, którego za wszelką cenę nie chciałem po sobie pokazać - jej obecność, mimo całego chaosu, który ze sobą przyniosła, była mi potrzebna bardziej, niż chciałem przyznać, bo przecież nie zamierzałem jojczyć. Odchyliłem głowę do tyłu, opierając ją o wezgłowie łóżka i biorąc względnie głęboki oddech, zanim otworzyłem usta.
- Tak, nie śpię. Glatuluję spostszegawczości. - Odpowiedziałem sucho, gdy postanowiła to ogłosić, niczym odkrycie stulecia. Popatrzyłem na nią z ukosa, mrużąc oczy - biła od niej ta niespożyta energia, która sprawiała, że nagle to leżenie w łóżku wydało mi się jeszcze bardziej absurdalne. Mogłem dodać, że próbowałem, ale mój organizm postanowił urządzić sobie festiwal bólu w każdym miejscu, w którym wilkołak uznał za stosowne zostawić autograf, uznałem jednak, że to byłby nadmiar informacji na początek interakcji, nawet tak niecodziennej. - Gdybym spał, jusz bym nie spał. - Skwitowałem dodatkowo, nie mogąc się powstrzymać przed wymownym uniesieniem brwi, bo chociaż z wyglądu blisko jej było do wiewiórki, robiła wokół siebie tyle zamieszania, co stado młodych hipogryfów. Mój głos zabrzmiał, jakbym jednocześnie hobbistycznie przełykał żwir, co nie było dalekie od prawdy, ponieważ gardło miałem wysuszone na wiór, a z dostępnych przekąsek zostały mi suchary.
Oczywiście, że nie spałem - to znaczy, może inaczej - spałem jak rekrut przed pierwszą bitwą, czyli praktycznie wcale, chociaż zdecydowanie wolałbym móc powiedzieć, że właśnie wyrwała mnie z heroicznego snu, w którym rozszarpywałem potwora gołymi rękami. Rzeczywistość była mniej romantyczna, każdy ruch był negocjacją z bólem, a ból był kiepskim negocjatorem. Przez sekundę zacisnąłem zęby, jakbym mógł cofnąć jękliwy odgłos, który wydałem w chwili słabości, do gardła i udawać, że go nie było. Niestety, coś w spojrzeniu jej oczu pozwoliło mi stwierdzić, że już skatalogowała wszystkie moje aktualne słabości.
- Soleczka pszyjęta. - Kącik ust drgnął mi lekko, gdy odezwała się tak, jakby właśnie nie postawiła przede mną płynnego skarbu, za który w tej chwili oddałbym połowę mojego ekwipunku. Dźwięk butelki uderzającej o blat szafki nocnej był najpiękniejszą rzeczą, jaką usłyszałem od trzech dni - ten ciężki huk szkła obiecywał coś więcej niż tylko uśmierzenie bólu - obiecywał powrót do świata żywych, w którym płyny miały smak inny niż letnia woda z rozpuszczonym proszkiem z korzenia kozłka, był idealny, prawdziwe lekarstwo dla kogoś, kto od trzech dni pił wyłącznie wywary z dziurawca i innych mchów, które smakowały jak wyciśnięta ścierka do podłogi.
Przyglądałem się jej przez chwilę, kiedy podeszła bliżej i zmierzyła mnie wzrokiem, jakby sprawdzała, czy wciąż jestem złożony z tych samych części, co ostatnio - byłem „zbyt uparty, żeby umrzeć, zbyt uszkodzony, żeby się ruszyć”, ale z zasady nie brakowało mi niczego - oparłem głowę wygodniej, starając się nadać temu wszystkiemu pozory godności, bo tej rzeczywiście trochę straciłem.
- Śmiesznie to wyglądałem, kiedy plóbowałem wstaś godzinę temu i plawie zemdlałem jak panna s taniego lomansu. - Przyznałem z kwaśnym uśmiechem, po czym przesunąłem językiem po zębach, czując metaliczny posmak. Nie było sensu udawać, że wyglądam jak człowiek w świetnej formie - bandaże mówiły same za siebie - zresztą ona i tak zdążyła zauważyć więcej, niż bym chciał. Mój głos był trochę chropowaty, ale stabilny - zawodowa duma wymagała, żeby przynajmniej brzmieć jak ktoś, kto nie został prawie przeżuty przez bestię z lasu. Nie żartowałem do końca - ja, który potrafiłem patrzeć w oczy potworowi i nie cofnąć się o cal, teraz negocjowałem z własnym organizmem o możliwość podniesienia się do pozycji siedzącej bez fajerwerków bólu.
- Tak. - Zerknąłem na własny bok, na bandaże ukryte pod kołdrą. Leżałem bez gwałtownych ruchów, patrząc na nią z tą mieszanką niedowierzania i cichej rezygnacji, którą człowiek miewa wtedy, kiedy los postanawia być zabawny jego kosztem. - Wstałem lano, chciałem byś nadal pszystojnym, młodym i bestloskim męszczyzną bes powodu zlewającym kalendasz spotkań… I nagle… - Uniosłem rękę i zrobiłem w powietrzu niewielki gest. - Pyk. - Popatrzyłem na nią z absolutną powagą. - Klasyczny pszypadek kalmisznego napadu stalszej niedołęszności. - Skrzywiłem się wymownie. Najpierw wypada dysk, potem człowiek zaczyna wpuszczać ludzi do domu bez pukania, co nie? Ułożyłem się trochę wygodniej, o ile w ogóle można było tak nazwać manewrowanie pomiędzy bólem a bólem, próbując nie marszczyć mięśni twarzy.
- Oczywiście, sze się wybieszemy. W pszyszłym tygodniu. - Powiedziałem to odruchowo, zanim zdążyłem pomyśleć, bo była w tym jakaś oczywistość - świat miał swoją logikę, a ta logika zakładała, że jeśli ktoś planował naprawdę potrzebną, interesującą wyprawę, to się na nią w końcu wybierał, nawet jeśli chwilowo wyglądał i czuł się jak kupa smoczego łajna obwiązana papierem toaletowym. Kontrast między nami nie mógł być bardziej uderzający.
Obserwowałem Heather, gdy przechadzała się po pokoju z tą naturalnością człowieka, który nie tylko nie czuł się intruzem, ale był przekonany, że to on powinien tu mieszkać od początku. Zachowywała się tak bardzo, jak u siebie, że nie byłbym zdziwiony, gdyby gdzieś za drzwiami zostawiła torbę pełną ubrań, pastę do zębów i szczotkę. Spojrzałem na resztę tego, co mi przytaszczyła - wyglądało to na najbardziej surrealistyczny zestaw ratunkowy, jaki kiedykolwiek widziałem, ale każda z tych rzeczy na swój sposób cieszyła oczy. Dziewczyna zdecydowanie potrafiła zaskoczyć - nim się obejrzałem, patrzyłem z mieszaniną rozbawienia i niedowierzania, na bukiet niezapominajek, który zmaterializował mi się tuż przed nosem. Zagapiłem się na te błękitne płatki, czując się kompletnie zbity z pantałyku, musząc jednak przyznać, że całkiem pasowały do kolorów moich sińców. To był doskonały wybór, bardzo stosowny, jedyny problem tkwił w tym, że nigdy nie wiedziałem, co robić z takimi rzeczami. Włożyć do wazonu? Użyć jako składnika do eliksiru? Zjeść? Chyba nigdy wcześniej nikt nie wręczył mi chabazi. W mojej profesji rzadko dostawało się kwiaty, chyba że post mortem - kiedy zlecenie pójdzie wyjątkowo źle, wtedy czasami kładą ci je na grobie, o ile w ogóle jest, co i po co chować - to było tak abstrakcyjne, że przez chwilę po prostu milczałem, chłonąc ten absurd.
- Dzięki? - Burknąłem, co zabrzmiało ociupinkę zbyt pytająco, jak na moje standardy, czułem się zbity z tropu, myśląc, że niewiele mogło mnie już tu dziś zaskoczyć, ale wtedy ta laurka dopełniła dzieła. Sięgnąłem po nią, jakbym miał styczność z artefaktem o nieznanej mocy, spojrzałem na te koślawe kreski, na tego wielkiego ludzika i tę czerwonowłosą istotkę obok, i coś mnie zakłuło w piersi - tym razem nie był to pazur wilkołaka ani początek dławienia się krwią z flegmą po eliksirze regenerującym. „Wracaj do zdrowia mój nowy, najlepszy kolego” - poczułem się jednocześnie o dwadzieścia lat starszy i o dwadzieścia lat młodszy, w sposób, którego absolutnie nie zamierzałem przyznać na głos, ale który doskonale pasował do tej sytuacji. Nigdy wcześniej nie dostałem laurki za to, że prawie mnie zjedzono - nigdy wcześniej tak bardzo nie chciałem móc wstać, by powiesić ją na lodówce, jak dyplom po przypałowej akcji.
- Pięknie - wychrypiałem, starając się, żeby nie brzmiało to zbyt sentymentalnie - uchwyciłaś mój... Majestat. Szczególnie ten brak szyi i fakt, że wyglądam jak prostokąt z nogami. Wreszcie ktoś oddał sprawiedliwość mojej posturze. Bardzo realistyczne. Dzięki. - Tym razem to było faktyczne podziękowanie, nie coś na kształt podziękowania. Może z Heather Wood nie był żaden Picasso, ale ten rysunek wyszedł jej całkiem fenomenalnie - zwłaszcza ta część, na której ona wyglądała, jakby paliła jej się głowa, a ja miałem końcówkę od zużytego mopa zamiast włosów i oboje spoglądaliśmy na świat martwymi punkcikami oczu, jak u much - trafnie, bardzo trafnie.
Odłożyłem laurkę na stolik nocny, tuż obok moich eliksirów, którymi rzekomo miałem się kurować - wyglądała tam komicznie, ale ani myślałem jej wyrzucać. Potem pojawiły się te „śmieszne papierosy” od Kamisia, w tym momencie uniósłbym brwi praktycznie od samej linii włosów, może nawet ponad, gdyby lewa połowa mojej twarzy nie była tak spięta od wielkiego guza po spotkaniu z futryną, który dopiero co zaczął się wchłaniać. Towarzyszyła mu również piękna śliwa.
- Nie dostałem zgody na nic intelesującego. Podobno „mam się zachowywaś jak dolosły męszczyzna i lesześ spokojnie na cztelech litelach”. - Skrzywiłem się lekko - to byłoby łatwiejsze, gdybym chociaż miał coś ciekawego do roboty, zamiast patrzenia w górę, jak debil - sufit nie zmienił się ani trochę od chwili, kiedy zacząłem się w niego gapić kilka godzin wcześniej, nadal był sufitem, nadal nie miał nic do powiedzenia w sprawie mojego losu, a ja nadal byłem w łóżku, co samo w sobie było sytuacją tak absurdalną, że zaczynałem podejrzewać, iż ktoś gdzieś popełnił poważny błąd w rachunkach świata. Nie nadawałem się na ofiarę, która cudem przeżyła konsekwencje własnego zachowania i teraz musiała uważać, by nie mrugać ze zbyt szybką częstotliwością. - To balso nieplecyzyjne polecenie, nawiasem mówiąc. Nie uwaszasz? - Prychnąłem cicho, wziąłem głębszy oddech, bo samo mówienie zaczynało być dziwnie męczące, a to dopiero naprawdę doprowadzało mnie do szału. Nie podobała mi się ta koncepcja, człowiek przez lata przyzwyczajał się do tego, że kiedy coś się działo - zlecenie, potwór, przeklęty artefakt, ruina, w której coś czekało - to on był gdzieś w środku tego zamieszania. Nie obok, nie pod kołdrą, nie w roli pacjenta, któremu ktoś z góry zaplanował plan dnia składający się z oddychania, picia świństw i nieprzemieszczania się dalej niż do brzegu łóżka.
Moje spojrzenie wróciło do papierosów.
- „Apteczne”, powiadasz. - Mruknąłem, kiwając głową w wyrazie aprobaty.
Usiadła na łóżku, z tą swoją wrodzoną gracją taranu, a ja odruchowo napiąłem mięśnie brzucha, co było błędem, bo rana po lewej stronie natychmiast zapłonęła żywym ogniem - materac ugiął się, natomiast moje poszarpane tkanki i potłuczone żebra wysłały do mózgu krótki, treściwy komunikat „nienawidzimy cię, umrzyj wreszcie, raz a solidnie”. Zacisnąłem zęby, starając się nie syknąć ponownie, ponieważ nie chciałem wyjść na całkowitego niedołęgę, zwłaszcza przy niej, tym bardziej, że widok tej butelki ognistej lądującej na szafce sprawił, że poczułem coś, czego nie czułem od lat - nagły przypływ czystej, prawdziwej, bezinteresownej sympatii. Braterskiej, nie romantycznej, nie ojcowskiej ani tym bardziej nie dziaderskiej - nie chciałem być leżącym dziadem. Naprawdę nieczęsto w swoim życiu byłem odwiedzany przez kogoś, kto nie chciał ode mnie klątwy do zdjęcia ani głowy potwora na tacy, więc nie zamierzałem zachowywać się tak, by to była pierwsza i ostatnia taka wizyta, nawet jeśli nie zamierzałem też być nienaturalnie wesolutki - Heather zachowywała się wobec mnie autentycznie, a ja instynktownie odpłacałem jej się dokładnie tym samym - od samego początku naprawdę lekko nam się integrowało, to było praktycznie niespotykane, lecz bardzo przyjemne i naturalne wrażenie duchowej więzi.
W jej pytaniu nie było sztucznego współczucia, które zwykle pojawiało się w takich sytuacjach - była ciekawość, szczera i nieokrzesana ciekawość, taka, która zwykle prowadziła ludzi w miejsca, gdzie rozsądni nie zaglądali, i chyba właśnie dlatego parsknąłem śmiechem. Nie tym wymuszonym, którym uspokaja się rodzinę przy stole, tylko tym prawdziwym, trochę chrapliwym, który zaraz przypomniał moim żebrom, że nie są zachwycone tą decyzją. Zacisnąłem zęby, jakbym właśnie usiłował wygrać konkurs na najbardziej przekonujące „nic się nie stało”, ale uśmiech nie zniknął - coś w mojej twarzy zmieniło się niemal natychmiast, bo prawda była taka, że mimo bólu, mimo tego całego upokarzającego leżenia w łóżku, historia była… Dobra. Zbyt dobra, aby jej nie przedstawić, gdy tylko złapię oddech.
Udawałem, że to nic, bo od lat udawałem, że różne rzeczy są niczym, to była jedna z moich bardziej dopracowanych umiejętności. Problem w tym, że tym razem ciało nie chciało współpracować z legendą, którą o sobie budowałem, a coś we mnie mówiło, że nieważne, jak bardzo starałbym się grać chojraka, Wood i tak by to wyłapała. Wspomnienie tamtej nocy w Little Hangleton wróciło z siłą uderzenia młota - ciemność, zapach gnijących liści i ten gardłowy skowyt, który niósł się echem między starymi drzewami wokół polany. Poruszyłem się, by zaczerpnąć głębszy wdech - ból przeszedł mi falą przez bok i plecy, przypominając mi o pazurach, o zapachu mokrej sierści, o ciężarze ciała, które przygniotło mnie do ziemi, nie zamierzałem jednak opowiadać tej historii jękiem. Przez chwilę patrzyłem na nią w milczeniu, jakbym poważnie rozważał, czy zacząć od początku, od kulminacji, od tego najgorszego fragmentu, czy od najbardziej absurdalnego, czy skrócić odpowiedź, czy opowiedzieć pełną wersję. Pytanie zawisło w powietrzu między nami, ale skoro ona siedziała na łóżku, z tym swoim bezczelnym zainteresowaniem, które wcale nie próbowało udawać subtelności, a ja nie potrzebowałem udawać bardziej straumatyzowanego niż w rzeczywistości… Odpowiedź nasunęła się sama - to była opowieść, którą zdecydowanie warto było opowiedzieć porządnie, a nie rzucać byle jak.
- Duszy pies. - Powiedziałem to z powagą, ale w oczach musiało mi coś błysnąć, bo sam usłyszałem w swoim głosie nutę niemal dziecinnego zadowolenia, jakbym właśnie ogłaszał coś naprawdę godnego podziwu. „Tak, tłukłem się z czymś, co miało więcej łap niż ja, tak - to była gruba akcja, słuchaj tera”. Przekręciłem lekko głowę na poduszce i spojrzałem na nią z tym błyskiem w oku, który pojawiał się zawsze, kiedy mogłem opowiedzieć historię, w której ktoś próbował mnie zabić. - Naplawdę duszy pies. - Uniosłem rękę kilka centymetrów nad kocem, pokazując coś, co w mojej interpretacji miało być wysokością dość imponującą, ale nieprzesadzoną - prawda była taka, że żaden gest nie oddawał do końca widoku tego cholerstwa, kiedy wyszło z lasu, jednak na potrzeby własne mogła sobie wyobrazić tamtego bydlaka. W normalnych okolicznościach taka historia kończyła się krwią, zmęczeniem i ciszą ze strony rozmówcy, ale teraz mogłem ją opowiedzieć komuś, kto traktował podobne rzeczy jak dobrą przygodę - wreszcie coś ciekawszego niż sufit i bandaże. - Okazało się, sze jest większy, szybszy i balsiej telytolialny, nisz sugelował opis. Nie ten typ psa, któlego mosna pogłaskaś, tylko ten, co od lasu wpieldala listonosza. - Krzywy uśmiech powoli rozlał mi się po twarzy. - Futlo jak szczotka dluciana, łeb jak beczka, lampy w oczach, a zęby… - Pokręciłem głową z uznaniem. - Zęby to miał piękne. Tszeba mu oddać. Gdybym nie był zajęty bronieniem własnej twarzy, pewnie bym mu pogratulował klawiszy. - Zerknąłem na nią, szczerząc własne ubytki w zębach i sprawdzając czy nadążała za skalą absurdu, zanim pozwoliłem sobie na dygresję. - Naplawdę szkoda, sze najlepsze okazy wolą od lasu glyść lękę, któla wyciąga na nie lószczkę. - Wzruszyłem lekko ramionami, na tyle, na ile pozwalało mi ciało. - Powinnaś go zobaczyś. - Stwierdziłem, ale natychmiast prychnąłem, poprawiając się sam. - To znaczy… Nie telas. - Krzywy uśmiech przemknął mi po twarzy. - Telas wygląda znacznie mniej imponująco. - Chociaż wydawało mi się, że i tak byłaby zachwycona, bo została z niego całkiem pokaźna kupka popiołu i kilka ładnych kości. - Ale wtedy… - Urwałem, wspominając tamten spopielony kształt i jego wcześniejszą formę, sama myśl o tym zwierzu wciąż niosła ze sobą coś dziwnie satysfakcjonującego, nawet jeśli spuścił mi solidny łomot. To było coś, co zawsze mnie cieszyło - nie sama przemoc, nie wyłącznie walka, lecz również ten moment, kiedy potwór przestawał być potworem, a stawał się tylko martwą kupą futra. - No, tak czy slak… Las Wisielców, późny wieczól, mgła, piątek tszynastego, ten klimat, całkiem fajna splawa. Wleszcie coś, co nie było syfem po poszalach. Muszę pszyznaś, typ zlobił na mnie wlaszenie. Szadko kiedy coś plóbuje zjeść dwie osoby na las s takim zaangaszowaniem. A on zdecydowanie to w sobie miał. - Problem z tak dużymi psami polegał jednak na tym, że kiedy już się na ciebie zdecydują, robią to z równie dużym entuzjazmem. - Ploblem w tym, sze nie chciał patyka. Zanim padł, zdąszył mnie uznaś za samodzielną zabawkę. - Krótki śmiech wyrwał mi się z gardła, zanim zdążyłem go zatrzymać. - Walnął mnie tak, sze przez chwilę byłem pewien, sze zobaczę lyje pszodków pszed oczami. - A tego bym nie chciał - śmierć śmiercią, ale spotkania z martwymi krewniakami to inna sprawa. Przesunąłem dłonią po brzuchu, tam gdzie pod bandażami kryło się kilka pamiątek. - W pewnym momencie wypieldolił mnie w powietsze. - Zatoczyłem w powietrzu powolny, nieco przesadzony łuk, jakby to miało oddać skalę zjawiska, w praktyce różnica była głównie semantyczna. - Takim pięknym łukiem. Jakby mnie wystszelił s katapulty. - Uśmiechnąłem się szerzej, z tą niezdrową satysfakcją, którą mają tylko ludzie, którzy przeżyli coś głupiego, palcami stuknąwszy lekko w koc. - Tlochę mnie pszy tym lospakował. - Powiedziałem to takim tonem, jakim mówiło się o rozerwanym płaszczu, nie o rozdartych trzech warstwach ubrań i strukturze skóry aż do wnętrza brzucha. - No i wiesz, co jest piękne w takich sytuacjach? - Uniosłem lekko palec. - Adlenalina. - Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, błyskając ukruszonym kłem. - Bo kiedy ktoś sięga do twojego wnętsza, by wyciągnąś s ciebie leaksję, nagle lobisz się balso zmotywowana. - Parsknąłem cicho. - Potem jusz było szybko. - Moje spojrzenie zrobiło się twardsze, ale wciąż spokojne. - Zabiliśmy go. Upieldoliliśmy łeb dla zleceniodawcy. Spaliliśmy tluchło. - Powiedziałem to z prostą satysfakcją rzemieślnika, który wykonał robotę, spojrzałem na sufit, przypominając sobie moment, kiedy bestia w końcu runęła w ściółkę. - Tylko moje zdychanie nie było planowane. - Przez chwilę patrzyłem na jej minę, a następnie prychnąłem cicho, odruchowo bagatelizując to, że w rzeczywistości w tamtym momencie krew zaczęła się lać ze mnie w ilościach, które nie wyglądały dobrze w statystykach przeżywalności. - Ale telepoltacja to piękny wynalazek. - Kącik ust uniósł się lekko. - Naplawdę docenia się ją w momentach, kiedy stoi się w lesie s otwartym bokiem i dochodzi do wniosku, sze jednak wolałoby się wyklwawiaś w domu. - Zamilkłem na chwilę, przypominając sobie tamten moment. - Chociasz usdlowiciele niby nie polecają tego w momencie, w któlym twoje wnętszności plóbują zostaś na miejscu. Ponoć „moszesz się jeszcze balsiej uzewnętszniś”. - Powiedziałem to z absolutną powagą. - No, ale jak nie masz wyjścia, to masz motywację. No i zlobyłem. Hop. - Uniosłem rękę i pstryknąłem palcami. - Do oglódka. Zostawiając za sobą całkiem imponujący ślad klwi, ale zelo flaków. Nawet loskluczyłem sobie dszwi. - Na moment w moim głosie pojawiła się czysta satysfakcja. - A potem niezbyt duszo pamiętam, ale obudziłem się i wylądowałem tutaj, zamiast w piachu. - Zmarszczyłem lekko brwi. - Bo widzisz… - Zrobiłem krótką pauzę. - Podobno mąsz nie ma plawa umielaś w pielwszym miesiącu małszeństwa. - Rozłożyłem lekko ręce. - Tak pszynajmniej zostałem poinfolmowany. - Przez chwilę patrzyłem na nią uważnie, na niezapominajki, na butelkę ognistej, na jej twarz, po czym westchnąłem ciężko. - Zupełnie jakbym zlobił to specjalnie. - Spojrzałem na nią z miną człowieka, który doznał głębokiej niesprawiedliwości, chociaż było to podszyte całkiem głęboką autoironią. - Nie wiedziałem, sze istnieją takie zapisy. Jestem klątwołamaczem, nie księgowym. - To już było wtrącenie, które musiałem dodać. - Człowiek myśli, sze podpisuje lomantyczny dokument. - Ponownie westchnąłem, była w tym pewna teatralność.
Przez chwilę milczałem, a potem wskazałem ręką na swój bok.
- Nie docenia się dziś poświęcenia zawodowego, chyba sze dotyczy to… Plywatnej plaktyki. - Spojrzałem na stolik z autentyczną niechęcią. - Najwidoczniej zdobyłem najlepszy mosliwy pakiet. - Lekko się skrzywiłem. - Smalowanie. Nasączanie od wewnątsz. Wiązanie taśmami. - Zerknąłem na nią z boku. - Legulalnie. - Westchnąłem. - Jak pieczeń. - Uniosłem dłoń i machnąłem nią w stronę drzwi, porównanie do kawałka wołowiny było, moim zdaniem, całkiem trafne, bo musiałem się również obracać, by nie nabawić się odleżyn i takich innych. Skrzywiła się na zapach moich leków, a ja parsknąłem śmiechem, który natychmiast zamienił się w bolesne rzężenie, nawet jeśli je też usiłowałem stłumić wymownym chrząknięciem. „Capiło”? To mało powiedziane - pachniało jak mokry pies, który wytarzał się w bagnie i zdechł na brzegu dwa tygodnie temu.
- Eliksily, maści, bandasze… - Pauza. - Jeśli istnieje jakaś metoda leczenia, moja plywatna ochlona zdlowia ją zna, ale balso stalannie dopuszcza tylko te najbalsiej, ekhm, skuteczne , jak to tam gówno. I jeszcze inne gówno. I jeszcze palę gówien. - Oparłem głowę wygodniej o poduszkę i spojrzałem na nią jeszcze raz, z tą samą wymowną iskierką w oczach. Była blisko, przesycona zapachem wiatru i wolności, której mi tak brakowało. Nie wiedziałem, że - w ujęciu uzdrowicielskim - odpowiedzialność polegała na byciu marynowanym w wyciągach z ziół i innych paskudnych rzeczach, ale Heather, będąc narzeczoną magomedyka, z pewnością aż za dobrze wiedziała, iż uzdrowiciele mieli jakąś sadystyczną satysfakcję z powtarzania tego, że im coś gorzej smakowało i pachniało, tym rzekomo lepiej działało.
Musiałem przyznać w duchu, że jej reakcja była jedną z najbardziej uczciwych, jakie widziałem. Większość ludzi próbowała udawać, że eliksiry pachną jak ziołowy ogród albo świeżo ścięta łąka, ona powiedziała po prostu prawdę. Moja własna cierpliwość do wąchania tych rzeczy skończyła się jakieś dziesięć porcji temu - mniej więcej wtedy, gdy zacząłem nadawać imiona pająkom na suficie - ale, niestety, nikt w tym domu nie szanował racjonalnych komentarzy. Miło było, że Heather postanowiła coś z tym zrobić.
- Nie wiem, czy wiesz, ale według niektólych definicji dolosły męszczyzna powinien mieś możliwość podejmowania głupich decyzji samodzielnie. - Pochyliłem się nieco w jej stronę, ściszając głos, chociaż wciąż brzmiał on jak tarcie żwiru o metal. - Tylko musimy uwaszaś, bo jak moja sona zobaczy nieautolysowany towal, to nawet wydłuszone godziny placy zakładu Ollivandelów - a czytałem w ogłoszeniu, że teraz siedzieli od ósmej do dwudziestej drugiej, żeby wyrobić się z zamówieniami po ostatnich wydarzeniach z pożarami - nie pomogą mi w odzyskaniu lószczki połamanej w dupie.Ona nie uznaje „altelnatywnych metod znieczulenia”. A ja bym jednak wolał jeszcze kiedyś szuciś jakieś nolmalne zaklęcie, zwłaszcza jak jusz faktycznie wyjdziemy na tę wycieczkę. - Uśmiechnąłem się do niej, tym razem już bez cienia gderania - może ta interakcja była niecodzienna, ale w tym sterylnym, nudnym pokoju, była także dokładnie tym, czego potrzebowałem, żeby nie zwariować do reszty.
Drzwi otworzyły się z energią osoby, która w ogóle nie zakładała możliwości sprzeciwu. Podniosłem powoli głowę, zanim jeszcze Heather opaliła się na dobre, już wiedziałem, że jeśli ktoś potrafił wejść do czyjejś sypialni z takim entuzjazmem, to był to dokładnie ten typ człowieka i, co najgorsze, w jakimś stopniu podobało mi się to, że udowodniła mi moje założenia. Byli ludzie, którzy wchodzili do pomieszczenia jak cień, i byli tacy, którzy wpadali jak podmuch nacierającego huraganu, przewracając wszystko, co stało zbyt lekko na nogach. Ona należała do tej drugiej kategorii.
Ta mała była niezmordowana, fala uderzeniowa jej entuzjazmu niemal fizycznie dotarła do moich potrzaskanych żeber, gdy tylko ruda czupryna pojawiła się w progu. Obserwowałem, jak przechodzi przez pokój z tym swoim naturalnym przekonaniem, że wszystko tutaj w gruncie rzeczy należy do niej - bez pytania, bez wahania, z tym rodzajem naturalnej bezczelności, który u większości ludzi byłby nie do zniesienia, ale u niej… U niej działał inaczej, jakby drzwi nie były przeszkodą, tylko sugestią architektoniczną, którą można zignorować, jeśli ma się odpowiednio dużo entuzjazmu i zbyt mało instynktu samozachowawczego. Gdyby to był ktokolwiek inny, prawdopodobnie odruchowo naprawdę sięgnąłbym po sztylet ukryty pod poduszką - ten, którego tam nie było, tak na marginesie, co znowu mnie zirytowało, gdy tylko przypomniałem sobie o tym fakcie - by demonstracyjnie rzucić nim w tapetę na ścianie przy futrynie, bo nie można było bezkarnie tak zaskakiwać ludzi przyzwyczajonych do odpierania nieoczekiwanych ataków i niespodziewanych starć, ale… To była Wood, ta dziewczyna zdecydowanie była ucieleśnieniem własnej klątwy - niekontrolowanym wybuchem magicznej energii skumulowanym w drobnym ciałku - z zasady była tak nieprzewidywalna i kompletnie ignorująca wszelkie zasady BHP, że aż nie dało się na nią gniewać. Patrzyłem na te błyszczące, niebieskie jak woda oczy i czułem, jak moja irytacja topnieje, ustępując miejsca rozbawieniu, którego za wszelką cenę nie chciałem po sobie pokazać - jej obecność, mimo całego chaosu, który ze sobą przyniosła, była mi potrzebna bardziej, niż chciałem przyznać, bo przecież nie zamierzałem jojczyć. Odchyliłem głowę do tyłu, opierając ją o wezgłowie łóżka i biorąc względnie głęboki oddech, zanim otworzyłem usta.
- Tak, nie śpię. Glatuluję spostszegawczości. - Odpowiedziałem sucho, gdy postanowiła to ogłosić, niczym odkrycie stulecia. Popatrzyłem na nią z ukosa, mrużąc oczy - biła od niej ta niespożyta energia, która sprawiała, że nagle to leżenie w łóżku wydało mi się jeszcze bardziej absurdalne. Mogłem dodać, że próbowałem, ale mój organizm postanowił urządzić sobie festiwal bólu w każdym miejscu, w którym wilkołak uznał za stosowne zostawić autograf, uznałem jednak, że to byłby nadmiar informacji na początek interakcji, nawet tak niecodziennej. - Gdybym spał, jusz bym nie spał. - Skwitowałem dodatkowo, nie mogąc się powstrzymać przed wymownym uniesieniem brwi, bo chociaż z wyglądu blisko jej było do wiewiórki, robiła wokół siebie tyle zamieszania, co stado młodych hipogryfów. Mój głos zabrzmiał, jakbym jednocześnie hobbistycznie przełykał żwir, co nie było dalekie od prawdy, ponieważ gardło miałem wysuszone na wiór, a z dostępnych przekąsek zostały mi suchary.
Oczywiście, że nie spałem - to znaczy, może inaczej - spałem jak rekrut przed pierwszą bitwą, czyli praktycznie wcale, chociaż zdecydowanie wolałbym móc powiedzieć, że właśnie wyrwała mnie z heroicznego snu, w którym rozszarpywałem potwora gołymi rękami. Rzeczywistość była mniej romantyczna, każdy ruch był negocjacją z bólem, a ból był kiepskim negocjatorem. Przez sekundę zacisnąłem zęby, jakbym mógł cofnąć jękliwy odgłos, który wydałem w chwili słabości, do gardła i udawać, że go nie było. Niestety, coś w spojrzeniu jej oczu pozwoliło mi stwierdzić, że już skatalogowała wszystkie moje aktualne słabości.
- Soleczka pszyjęta. - Kącik ust drgnął mi lekko, gdy odezwała się tak, jakby właśnie nie postawiła przede mną płynnego skarbu, za który w tej chwili oddałbym połowę mojego ekwipunku. Dźwięk butelki uderzającej o blat szafki nocnej był najpiękniejszą rzeczą, jaką usłyszałem od trzech dni - ten ciężki huk szkła obiecywał coś więcej niż tylko uśmierzenie bólu - obiecywał powrót do świata żywych, w którym płyny miały smak inny niż letnia woda z rozpuszczonym proszkiem z korzenia kozłka, był idealny, prawdziwe lekarstwo dla kogoś, kto od trzech dni pił wyłącznie wywary z dziurawca i innych mchów, które smakowały jak wyciśnięta ścierka do podłogi.
Przyglądałem się jej przez chwilę, kiedy podeszła bliżej i zmierzyła mnie wzrokiem, jakby sprawdzała, czy wciąż jestem złożony z tych samych części, co ostatnio - byłem „zbyt uparty, żeby umrzeć, zbyt uszkodzony, żeby się ruszyć”, ale z zasady nie brakowało mi niczego - oparłem głowę wygodniej, starając się nadać temu wszystkiemu pozory godności, bo tej rzeczywiście trochę straciłem.
- Śmiesznie to wyglądałem, kiedy plóbowałem wstaś godzinę temu i plawie zemdlałem jak panna s taniego lomansu. - Przyznałem z kwaśnym uśmiechem, po czym przesunąłem językiem po zębach, czując metaliczny posmak. Nie było sensu udawać, że wyglądam jak człowiek w świetnej formie - bandaże mówiły same za siebie - zresztą ona i tak zdążyła zauważyć więcej, niż bym chciał. Mój głos był trochę chropowaty, ale stabilny - zawodowa duma wymagała, żeby przynajmniej brzmieć jak ktoś, kto nie został prawie przeżuty przez bestię z lasu. Nie żartowałem do końca - ja, który potrafiłem patrzeć w oczy potworowi i nie cofnąć się o cal, teraz negocjowałem z własnym organizmem o możliwość podniesienia się do pozycji siedzącej bez fajerwerków bólu.
- Tak. - Zerknąłem na własny bok, na bandaże ukryte pod kołdrą. Leżałem bez gwałtownych ruchów, patrząc na nią z tą mieszanką niedowierzania i cichej rezygnacji, którą człowiek miewa wtedy, kiedy los postanawia być zabawny jego kosztem. - Wstałem lano, chciałem byś nadal pszystojnym, młodym i bestloskim męszczyzną bes powodu zlewającym kalendasz spotkań… I nagle… - Uniosłem rękę i zrobiłem w powietrzu niewielki gest. - Pyk. - Popatrzyłem na nią z absolutną powagą. - Klasyczny pszypadek kalmisznego napadu stalszej niedołęszności. - Skrzywiłem się wymownie. Najpierw wypada dysk, potem człowiek zaczyna wpuszczać ludzi do domu bez pukania, co nie? Ułożyłem się trochę wygodniej, o ile w ogóle można było tak nazwać manewrowanie pomiędzy bólem a bólem, próbując nie marszczyć mięśni twarzy.
- Oczywiście, sze się wybieszemy. W pszyszłym tygodniu. - Powiedziałem to odruchowo, zanim zdążyłem pomyśleć, bo była w tym jakaś oczywistość - świat miał swoją logikę, a ta logika zakładała, że jeśli ktoś planował naprawdę potrzebną, interesującą wyprawę, to się na nią w końcu wybierał, nawet jeśli chwilowo wyglądał i czuł się jak kupa smoczego łajna obwiązana papierem toaletowym. Kontrast między nami nie mógł być bardziej uderzający.
Obserwowałem Heather, gdy przechadzała się po pokoju z tą naturalnością człowieka, który nie tylko nie czuł się intruzem, ale był przekonany, że to on powinien tu mieszkać od początku. Zachowywała się tak bardzo, jak u siebie, że nie byłbym zdziwiony, gdyby gdzieś za drzwiami zostawiła torbę pełną ubrań, pastę do zębów i szczotkę. Spojrzałem na resztę tego, co mi przytaszczyła - wyglądało to na najbardziej surrealistyczny zestaw ratunkowy, jaki kiedykolwiek widziałem, ale każda z tych rzeczy na swój sposób cieszyła oczy. Dziewczyna zdecydowanie potrafiła zaskoczyć - nim się obejrzałem, patrzyłem z mieszaniną rozbawienia i niedowierzania, na bukiet niezapominajek, który zmaterializował mi się tuż przed nosem. Zagapiłem się na te błękitne płatki, czując się kompletnie zbity z pantałyku, musząc jednak przyznać, że całkiem pasowały do kolorów moich sińców. To był doskonały wybór, bardzo stosowny, jedyny problem tkwił w tym, że nigdy nie wiedziałem, co robić z takimi rzeczami. Włożyć do wazonu? Użyć jako składnika do eliksiru? Zjeść? Chyba nigdy wcześniej nikt nie wręczył mi chabazi. W mojej profesji rzadko dostawało się kwiaty, chyba że post mortem - kiedy zlecenie pójdzie wyjątkowo źle, wtedy czasami kładą ci je na grobie, o ile w ogóle jest, co i po co chować - to było tak abstrakcyjne, że przez chwilę po prostu milczałem, chłonąc ten absurd.
- Dzięki? - Burknąłem, co zabrzmiało ociupinkę zbyt pytająco, jak na moje standardy, czułem się zbity z tropu, myśląc, że niewiele mogło mnie już tu dziś zaskoczyć, ale wtedy ta laurka dopełniła dzieła. Sięgnąłem po nią, jakbym miał styczność z artefaktem o nieznanej mocy, spojrzałem na te koślawe kreski, na tego wielkiego ludzika i tę czerwonowłosą istotkę obok, i coś mnie zakłuło w piersi - tym razem nie był to pazur wilkołaka ani początek dławienia się krwią z flegmą po eliksirze regenerującym. „Wracaj do zdrowia mój nowy, najlepszy kolego” - poczułem się jednocześnie o dwadzieścia lat starszy i o dwadzieścia lat młodszy, w sposób, którego absolutnie nie zamierzałem przyznać na głos, ale który doskonale pasował do tej sytuacji. Nigdy wcześniej nie dostałem laurki za to, że prawie mnie zjedzono - nigdy wcześniej tak bardzo nie chciałem móc wstać, by powiesić ją na lodówce, jak dyplom po przypałowej akcji.
- Pięknie - wychrypiałem, starając się, żeby nie brzmiało to zbyt sentymentalnie - uchwyciłaś mój... Majestat. Szczególnie ten brak szyi i fakt, że wyglądam jak prostokąt z nogami. Wreszcie ktoś oddał sprawiedliwość mojej posturze. Bardzo realistyczne. Dzięki. - Tym razem to było faktyczne podziękowanie, nie coś na kształt podziękowania. Może z Heather Wood nie był żaden Picasso, ale ten rysunek wyszedł jej całkiem fenomenalnie - zwłaszcza ta część, na której ona wyglądała, jakby paliła jej się głowa, a ja miałem końcówkę od zużytego mopa zamiast włosów i oboje spoglądaliśmy na świat martwymi punkcikami oczu, jak u much - trafnie, bardzo trafnie.
Odłożyłem laurkę na stolik nocny, tuż obok moich eliksirów, którymi rzekomo miałem się kurować - wyglądała tam komicznie, ale ani myślałem jej wyrzucać. Potem pojawiły się te „śmieszne papierosy” od Kamisia, w tym momencie uniósłbym brwi praktycznie od samej linii włosów, może nawet ponad, gdyby lewa połowa mojej twarzy nie była tak spięta od wielkiego guza po spotkaniu z futryną, który dopiero co zaczął się wchłaniać. Towarzyszyła mu również piękna śliwa.
- Nie dostałem zgody na nic intelesującego. Podobno „mam się zachowywaś jak dolosły męszczyzna i lesześ spokojnie na cztelech litelach”. - Skrzywiłem się lekko - to byłoby łatwiejsze, gdybym chociaż miał coś ciekawego do roboty, zamiast patrzenia w górę, jak debil - sufit nie zmienił się ani trochę od chwili, kiedy zacząłem się w niego gapić kilka godzin wcześniej, nadal był sufitem, nadal nie miał nic do powiedzenia w sprawie mojego losu, a ja nadal byłem w łóżku, co samo w sobie było sytuacją tak absurdalną, że zaczynałem podejrzewać, iż ktoś gdzieś popełnił poważny błąd w rachunkach świata. Nie nadawałem się na ofiarę, która cudem przeżyła konsekwencje własnego zachowania i teraz musiała uważać, by nie mrugać ze zbyt szybką częstotliwością. - To balso nieplecyzyjne polecenie, nawiasem mówiąc. Nie uwaszasz? - Prychnąłem cicho, wziąłem głębszy oddech, bo samo mówienie zaczynało być dziwnie męczące, a to dopiero naprawdę doprowadzało mnie do szału. Nie podobała mi się ta koncepcja, człowiek przez lata przyzwyczajał się do tego, że kiedy coś się działo - zlecenie, potwór, przeklęty artefakt, ruina, w której coś czekało - to on był gdzieś w środku tego zamieszania. Nie obok, nie pod kołdrą, nie w roli pacjenta, któremu ktoś z góry zaplanował plan dnia składający się z oddychania, picia świństw i nieprzemieszczania się dalej niż do brzegu łóżka.
Moje spojrzenie wróciło do papierosów.
- „Apteczne”, powiadasz. - Mruknąłem, kiwając głową w wyrazie aprobaty.
Usiadła na łóżku, z tą swoją wrodzoną gracją taranu, a ja odruchowo napiąłem mięśnie brzucha, co było błędem, bo rana po lewej stronie natychmiast zapłonęła żywym ogniem - materac ugiął się, natomiast moje poszarpane tkanki i potłuczone żebra wysłały do mózgu krótki, treściwy komunikat „nienawidzimy cię, umrzyj wreszcie, raz a solidnie”. Zacisnąłem zęby, starając się nie syknąć ponownie, ponieważ nie chciałem wyjść na całkowitego niedołęgę, zwłaszcza przy niej, tym bardziej, że widok tej butelki ognistej lądującej na szafce sprawił, że poczułem coś, czego nie czułem od lat - nagły przypływ czystej, prawdziwej, bezinteresownej sympatii. Braterskiej, nie romantycznej, nie ojcowskiej ani tym bardziej nie dziaderskiej - nie chciałem być leżącym dziadem. Naprawdę nieczęsto w swoim życiu byłem odwiedzany przez kogoś, kto nie chciał ode mnie klątwy do zdjęcia ani głowy potwora na tacy, więc nie zamierzałem zachowywać się tak, by to była pierwsza i ostatnia taka wizyta, nawet jeśli nie zamierzałem też być nienaturalnie wesolutki - Heather zachowywała się wobec mnie autentycznie, a ja instynktownie odpłacałem jej się dokładnie tym samym - od samego początku naprawdę lekko nam się integrowało, to było praktycznie niespotykane, lecz bardzo przyjemne i naturalne wrażenie duchowej więzi.
W jej pytaniu nie było sztucznego współczucia, które zwykle pojawiało się w takich sytuacjach - była ciekawość, szczera i nieokrzesana ciekawość, taka, która zwykle prowadziła ludzi w miejsca, gdzie rozsądni nie zaglądali, i chyba właśnie dlatego parsknąłem śmiechem. Nie tym wymuszonym, którym uspokaja się rodzinę przy stole, tylko tym prawdziwym, trochę chrapliwym, który zaraz przypomniał moim żebrom, że nie są zachwycone tą decyzją. Zacisnąłem zęby, jakbym właśnie usiłował wygrać konkurs na najbardziej przekonujące „nic się nie stało”, ale uśmiech nie zniknął - coś w mojej twarzy zmieniło się niemal natychmiast, bo prawda była taka, że mimo bólu, mimo tego całego upokarzającego leżenia w łóżku, historia była… Dobra. Zbyt dobra, aby jej nie przedstawić, gdy tylko złapię oddech.
Udawałem, że to nic, bo od lat udawałem, że różne rzeczy są niczym, to była jedna z moich bardziej dopracowanych umiejętności. Problem w tym, że tym razem ciało nie chciało współpracować z legendą, którą o sobie budowałem, a coś we mnie mówiło, że nieważne, jak bardzo starałbym się grać chojraka, Wood i tak by to wyłapała. Wspomnienie tamtej nocy w Little Hangleton wróciło z siłą uderzenia młota - ciemność, zapach gnijących liści i ten gardłowy skowyt, który niósł się echem między starymi drzewami wokół polany. Poruszyłem się, by zaczerpnąć głębszy wdech - ból przeszedł mi falą przez bok i plecy, przypominając mi o pazurach, o zapachu mokrej sierści, o ciężarze ciała, które przygniotło mnie do ziemi, nie zamierzałem jednak opowiadać tej historii jękiem. Przez chwilę patrzyłem na nią w milczeniu, jakbym poważnie rozważał, czy zacząć od początku, od kulminacji, od tego najgorszego fragmentu, czy od najbardziej absurdalnego, czy skrócić odpowiedź, czy opowiedzieć pełną wersję. Pytanie zawisło w powietrzu między nami, ale skoro ona siedziała na łóżku, z tym swoim bezczelnym zainteresowaniem, które wcale nie próbowało udawać subtelności, a ja nie potrzebowałem udawać bardziej straumatyzowanego niż w rzeczywistości… Odpowiedź nasunęła się sama - to była opowieść, którą zdecydowanie warto było opowiedzieć porządnie, a nie rzucać byle jak.
- Duszy pies. - Powiedziałem to z powagą, ale w oczach musiało mi coś błysnąć, bo sam usłyszałem w swoim głosie nutę niemal dziecinnego zadowolenia, jakbym właśnie ogłaszał coś naprawdę godnego podziwu. „Tak, tłukłem się z czymś, co miało więcej łap niż ja, tak - to była gruba akcja, słuchaj tera”. Przekręciłem lekko głowę na poduszce i spojrzałem na nią z tym błyskiem w oku, który pojawiał się zawsze, kiedy mogłem opowiedzieć historię, w której ktoś próbował mnie zabić. - Naplawdę duszy pies. - Uniosłem rękę kilka centymetrów nad kocem, pokazując coś, co w mojej interpretacji miało być wysokością dość imponującą, ale nieprzesadzoną - prawda była taka, że żaden gest nie oddawał do końca widoku tego cholerstwa, kiedy wyszło z lasu, jednak na potrzeby własne mogła sobie wyobrazić tamtego bydlaka. W normalnych okolicznościach taka historia kończyła się krwią, zmęczeniem i ciszą ze strony rozmówcy, ale teraz mogłem ją opowiedzieć komuś, kto traktował podobne rzeczy jak dobrą przygodę - wreszcie coś ciekawszego niż sufit i bandaże. - Okazało się, sze jest większy, szybszy i balsiej telytolialny, nisz sugelował opis. Nie ten typ psa, któlego mosna pogłaskaś, tylko ten, co od lasu wpieldala listonosza. - Krzywy uśmiech powoli rozlał mi się po twarzy. - Futlo jak szczotka dluciana, łeb jak beczka, lampy w oczach, a zęby… - Pokręciłem głową z uznaniem. - Zęby to miał piękne. Tszeba mu oddać. Gdybym nie był zajęty bronieniem własnej twarzy, pewnie bym mu pogratulował klawiszy. - Zerknąłem na nią, szczerząc własne ubytki w zębach i sprawdzając czy nadążała za skalą absurdu, zanim pozwoliłem sobie na dygresję. - Naplawdę szkoda, sze najlepsze okazy wolą od lasu glyść lękę, któla wyciąga na nie lószczkę. - Wzruszyłem lekko ramionami, na tyle, na ile pozwalało mi ciało. - Powinnaś go zobaczyś. - Stwierdziłem, ale natychmiast prychnąłem, poprawiając się sam. - To znaczy… Nie telas. - Krzywy uśmiech przemknął mi po twarzy. - Telas wygląda znacznie mniej imponująco. - Chociaż wydawało mi się, że i tak byłaby zachwycona, bo została z niego całkiem pokaźna kupka popiołu i kilka ładnych kości. - Ale wtedy… - Urwałem, wspominając tamten spopielony kształt i jego wcześniejszą formę, sama myśl o tym zwierzu wciąż niosła ze sobą coś dziwnie satysfakcjonującego, nawet jeśli spuścił mi solidny łomot. To było coś, co zawsze mnie cieszyło - nie sama przemoc, nie wyłącznie walka, lecz również ten moment, kiedy potwór przestawał być potworem, a stawał się tylko martwą kupą futra. - No, tak czy slak… Las Wisielców, późny wieczól, mgła, piątek tszynastego, ten klimat, całkiem fajna splawa. Wleszcie coś, co nie było syfem po poszalach. Muszę pszyznaś, typ zlobił na mnie wlaszenie. Szadko kiedy coś plóbuje zjeść dwie osoby na las s takim zaangaszowaniem. A on zdecydowanie to w sobie miał. - Problem z tak dużymi psami polegał jednak na tym, że kiedy już się na ciebie zdecydują, robią to z równie dużym entuzjazmem. - Ploblem w tym, sze nie chciał patyka. Zanim padł, zdąszył mnie uznaś za samodzielną zabawkę. - Krótki śmiech wyrwał mi się z gardła, zanim zdążyłem go zatrzymać. - Walnął mnie tak, sze przez chwilę byłem pewien, sze zobaczę lyje pszodków pszed oczami. - A tego bym nie chciał - śmierć śmiercią, ale spotkania z martwymi krewniakami to inna sprawa. Przesunąłem dłonią po brzuchu, tam gdzie pod bandażami kryło się kilka pamiątek. - W pewnym momencie wypieldolił mnie w powietsze. - Zatoczyłem w powietrzu powolny, nieco przesadzony łuk, jakby to miało oddać skalę zjawiska, w praktyce różnica była głównie semantyczna. - Takim pięknym łukiem. Jakby mnie wystszelił s katapulty. - Uśmiechnąłem się szerzej, z tą niezdrową satysfakcją, którą mają tylko ludzie, którzy przeżyli coś głupiego, palcami stuknąwszy lekko w koc. - Tlochę mnie pszy tym lospakował. - Powiedziałem to takim tonem, jakim mówiło się o rozerwanym płaszczu, nie o rozdartych trzech warstwach ubrań i strukturze skóry aż do wnętrza brzucha. - No i wiesz, co jest piękne w takich sytuacjach? - Uniosłem lekko palec. - Adlenalina. - Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, błyskając ukruszonym kłem. - Bo kiedy ktoś sięga do twojego wnętsza, by wyciągnąś s ciebie leaksję, nagle lobisz się balso zmotywowana. - Parsknąłem cicho. - Potem jusz było szybko. - Moje spojrzenie zrobiło się twardsze, ale wciąż spokojne. - Zabiliśmy go. Upieldoliliśmy łeb dla zleceniodawcy. Spaliliśmy tluchło. - Powiedziałem to z prostą satysfakcją rzemieślnika, który wykonał robotę, spojrzałem na sufit, przypominając sobie moment, kiedy bestia w końcu runęła w ściółkę. - Tylko moje zdychanie nie było planowane. - Przez chwilę patrzyłem na jej minę, a następnie prychnąłem cicho, odruchowo bagatelizując to, że w rzeczywistości w tamtym momencie krew zaczęła się lać ze mnie w ilościach, które nie wyglądały dobrze w statystykach przeżywalności. - Ale telepoltacja to piękny wynalazek. - Kącik ust uniósł się lekko. - Naplawdę docenia się ją w momentach, kiedy stoi się w lesie s otwartym bokiem i dochodzi do wniosku, sze jednak wolałoby się wyklwawiaś w domu. - Zamilkłem na chwilę, przypominając sobie tamten moment. - Chociasz usdlowiciele niby nie polecają tego w momencie, w któlym twoje wnętszności plóbują zostaś na miejscu. Ponoć „moszesz się jeszcze balsiej uzewnętszniś”. - Powiedziałem to z absolutną powagą. - No, ale jak nie masz wyjścia, to masz motywację. No i zlobyłem. Hop. - Uniosłem rękę i pstryknąłem palcami. - Do oglódka. Zostawiając za sobą całkiem imponujący ślad klwi, ale zelo flaków. Nawet loskluczyłem sobie dszwi. - Na moment w moim głosie pojawiła się czysta satysfakcja. - A potem niezbyt duszo pamiętam, ale obudziłem się i wylądowałem tutaj, zamiast w piachu. - Zmarszczyłem lekko brwi. - Bo widzisz… - Zrobiłem krótką pauzę. - Podobno mąsz nie ma plawa umielaś w pielwszym miesiącu małszeństwa. - Rozłożyłem lekko ręce. - Tak pszynajmniej zostałem poinfolmowany. - Przez chwilę patrzyłem na nią uważnie, na niezapominajki, na butelkę ognistej, na jej twarz, po czym westchnąłem ciężko. - Zupełnie jakbym zlobił to specjalnie. - Spojrzałem na nią z miną człowieka, który doznał głębokiej niesprawiedliwości, chociaż było to podszyte całkiem głęboką autoironią. - Nie wiedziałem, sze istnieją takie zapisy. Jestem klątwołamaczem, nie księgowym. - To już było wtrącenie, które musiałem dodać. - Człowiek myśli, sze podpisuje lomantyczny dokument. - Ponownie westchnąłem, była w tym pewna teatralność.
Przez chwilę milczałem, a potem wskazałem ręką na swój bok.
- Nie docenia się dziś poświęcenia zawodowego, chyba sze dotyczy to… Plywatnej plaktyki. - Spojrzałem na stolik z autentyczną niechęcią. - Najwidoczniej zdobyłem najlepszy mosliwy pakiet. - Lekko się skrzywiłem. - Smalowanie. Nasączanie od wewnątsz. Wiązanie taśmami. - Zerknąłem na nią z boku. - Legulalnie. - Westchnąłem. - Jak pieczeń. - Uniosłem dłoń i machnąłem nią w stronę drzwi, porównanie do kawałka wołowiny było, moim zdaniem, całkiem trafne, bo musiałem się również obracać, by nie nabawić się odleżyn i takich innych. Skrzywiła się na zapach moich leków, a ja parsknąłem śmiechem, który natychmiast zamienił się w bolesne rzężenie, nawet jeśli je też usiłowałem stłumić wymownym chrząknięciem. „Capiło”? To mało powiedziane - pachniało jak mokry pies, który wytarzał się w bagnie i zdechł na brzegu dwa tygodnie temu.
- Eliksily, maści, bandasze… - Pauza. - Jeśli istnieje jakaś metoda leczenia, moja plywatna ochlona zdlowia ją zna, ale balso stalannie dopuszcza tylko te najbalsiej, ekhm, skuteczne , jak to tam gówno. I jeszcze inne gówno. I jeszcze palę gówien. - Oparłem głowę wygodniej o poduszkę i spojrzałem na nią jeszcze raz, z tą samą wymowną iskierką w oczach. Była blisko, przesycona zapachem wiatru i wolności, której mi tak brakowało. Nie wiedziałem, że - w ujęciu uzdrowicielskim - odpowiedzialność polegała na byciu marynowanym w wyciągach z ziół i innych paskudnych rzeczach, ale Heather, będąc narzeczoną magomedyka, z pewnością aż za dobrze wiedziała, iż uzdrowiciele mieli jakąś sadystyczną satysfakcję z powtarzania tego, że im coś gorzej smakowało i pachniało, tym rzekomo lepiej działało.
Musiałem przyznać w duchu, że jej reakcja była jedną z najbardziej uczciwych, jakie widziałem. Większość ludzi próbowała udawać, że eliksiry pachną jak ziołowy ogród albo świeżo ścięta łąka, ona powiedziała po prostu prawdę. Moja własna cierpliwość do wąchania tych rzeczy skończyła się jakieś dziesięć porcji temu - mniej więcej wtedy, gdy zacząłem nadawać imiona pająkom na suficie - ale, niestety, nikt w tym domu nie szanował racjonalnych komentarzy. Miło było, że Heather postanowiła coś z tym zrobić.
- Nie wiem, czy wiesz, ale według niektólych definicji dolosły męszczyzna powinien mieś możliwość podejmowania głupich decyzji samodzielnie. - Pochyliłem się nieco w jej stronę, ściszając głos, chociaż wciąż brzmiał on jak tarcie żwiru o metal. - Tylko musimy uwaszaś, bo jak moja sona zobaczy nieautolysowany towal, to nawet wydłuszone godziny placy zakładu Ollivandelów - a czytałem w ogłoszeniu, że teraz siedzieli od ósmej do dwudziestej drugiej, żeby wyrobić się z zamówieniami po ostatnich wydarzeniach z pożarami - nie pomogą mi w odzyskaniu lószczki połamanej w dupie.Ona nie uznaje „altelnatywnych metod znieczulenia”. A ja bym jednak wolał jeszcze kiedyś szuciś jakieś nolmalne zaklęcie, zwłaszcza jak jusz faktycznie wyjdziemy na tę wycieczkę. - Uśmiechnąłem się do niej, tym razem już bez cienia gderania - może ta interakcja była niecodzienna, ale w tym sterylnym, nudnym pokoju, była także dokładnie tym, czego potrzebowałem, żeby nie zwariować do reszty.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)