06.03.2026, 19:22 ✶
Nie potrafiłem wysnuć żadnego logicznego wniosku ani połączyć wątków, które stale mi uciekały - jedna sekunda przeciągała się w nieskończoność, pozwalając mi złapać myśl, w kolejnej to ja łapałem się na zupełnej dezorientacji. Przez chwilę miałem wrażenie, że to wszystko było wyłącznie kolejnym fragmentem wyjątkowo realistycznego snu, i że jeśli zaraz jakimś cudem otworzę i zamknę oczy, mrugając, wtedy cofnę się do tej dziwnej pustki sprzed chwili, mogąc wybrać nową ścieżkę, którą podążę z powrotem… Gdzie?
Do lasu, korytarza, a może do pociągu? Na zieloną łąkę pełną dzikich kwiatów? Albo do małego miasteczka z białymi domkami? Bo przecież to właśnie tam byłem, zanim zacząłem śnić, musiałem tak bardzo zmęczyć się podróżą, by ostatkiem sił skrócić sobie drogę przez jakieś pole, nie za bardzo pamiętając całą resztę tego, co zrobiłem, zanim usnąłem na miękkim łóżku, pod tymi wszystkimi kocami. To tłumaczyłoby wszystko wokół mnie. Musiałem nieprzezornie uchylić okno - w końcu nigdy nie zostawiałem otwartych drzwi, nawet tych balkonowych, ale zdarzało mi się rozszczelnić jakiś lufcik - a wdzierające się do środka podmuchy wiatru halnego sprawiały, że było mi jednocześnie gorąco i lodowato pod grubymi pierzynami.
Byłem w górach - prawda? Może to jednak nie był sen, skoro pamiętałem takie szczegóły - gdzieś głęboko we mnie tliło się przekonanie, że czymkolwiek się zajmowałem, dotyczyło to mojej kuzynki, a jej rodzinna posiadłość znajdowała się właśnie w bliskim sąsiedztwie najwyższych szczytów górskich Snowdonii. Co prawda, nie mogłem potwierdzić, że pobliska wioska słynęła z małych, białych domków - te raczej kojarzyły mi się śródziemnomorsko, nie jak coś, co mogło występować w Walii - ani, że dojeżdżał tam jakiś dalekobieżny pociąg, lecz jednocześnie nie byłem w stanie tego całkowicie wykluczyć. W końcu ostatni raz przybyłem tam w deszczu, w nocy, przez kilka dni nie opuszczając terenów prywatnych, nie wybierając się na spacery w kierunku siedzib innych ludzi. Nie miałem zbyt szerokiej wiedzy na temat tamtejszej topografii - nie przyjeżdżałem tam na wakacje, nie spędzałem czasu z tą częścią rodziny, poza tym na wiele lat opuściłem tereny Wielkiej Brytanii, a teraz…
Wystarczyła ta cholerna, dłużąca się w nieskończoność sekunda, rozciągająca się na kilka urywanych, palących oddechów, żebym doszedł do wniosku, podświadomie i z nieprzyjemną pewnością, że tym razem naprawdę się obudziłem, właśnie tam - w górach, nawet jeśli jeszcze nie do końca wiedziałem, co się stało. Coś się wydarzyło - to było jasne - coś realnego, co gorsza, zbyt brutalnego, żeby mózg, nawet tak wprawiony w przetwarzaniu makabry jak mój, mógł na poczekaniu wymyślić jakąś wersję wydarzeń. Musiałem sam połączyć kropki - ciemność, szum drzew, chłód jesiennej nocy, światło księżyca…
A potem ta sekunda minęła i ponownie urwał mi się wątek. Zasnąłem… A może to wszystko to był sen - jeden z tych najbardziej nieludzkich koszmarów, w których jedna pętla przechodziła w kolejną, łącząc się w chaotyczną całość, przez którą człowiek zaczynał kwestionować wszystko wokół siebie, zastanawiając się, co tak naprawdę jest rzeczywistością. Las? Korytarz? Pociąg? Łąka? Góry?
Do lasu, korytarza, a może do pociągu? Na zieloną łąkę pełną dzikich kwiatów? Albo do małego miasteczka z białymi domkami? Bo przecież to właśnie tam byłem, zanim zacząłem śnić, musiałem tak bardzo zmęczyć się podróżą, by ostatkiem sił skrócić sobie drogę przez jakieś pole, nie za bardzo pamiętając całą resztę tego, co zrobiłem, zanim usnąłem na miękkim łóżku, pod tymi wszystkimi kocami. To tłumaczyłoby wszystko wokół mnie. Musiałem nieprzezornie uchylić okno - w końcu nigdy nie zostawiałem otwartych drzwi, nawet tych balkonowych, ale zdarzało mi się rozszczelnić jakiś lufcik - a wdzierające się do środka podmuchy wiatru halnego sprawiały, że było mi jednocześnie gorąco i lodowato pod grubymi pierzynami.
Byłem w górach - prawda? Może to jednak nie był sen, skoro pamiętałem takie szczegóły - gdzieś głęboko we mnie tliło się przekonanie, że czymkolwiek się zajmowałem, dotyczyło to mojej kuzynki, a jej rodzinna posiadłość znajdowała się właśnie w bliskim sąsiedztwie najwyższych szczytów górskich Snowdonii. Co prawda, nie mogłem potwierdzić, że pobliska wioska słynęła z małych, białych domków - te raczej kojarzyły mi się śródziemnomorsko, nie jak coś, co mogło występować w Walii - ani, że dojeżdżał tam jakiś dalekobieżny pociąg, lecz jednocześnie nie byłem w stanie tego całkowicie wykluczyć. W końcu ostatni raz przybyłem tam w deszczu, w nocy, przez kilka dni nie opuszczając terenów prywatnych, nie wybierając się na spacery w kierunku siedzib innych ludzi. Nie miałem zbyt szerokiej wiedzy na temat tamtejszej topografii - nie przyjeżdżałem tam na wakacje, nie spędzałem czasu z tą częścią rodziny, poza tym na wiele lat opuściłem tereny Wielkiej Brytanii, a teraz…
Wystarczyła ta cholerna, dłużąca się w nieskończoność sekunda, rozciągająca się na kilka urywanych, palących oddechów, żebym doszedł do wniosku, podświadomie i z nieprzyjemną pewnością, że tym razem naprawdę się obudziłem, właśnie tam - w górach, nawet jeśli jeszcze nie do końca wiedziałem, co się stało. Coś się wydarzyło - to było jasne - coś realnego, co gorsza, zbyt brutalnego, żeby mózg, nawet tak wprawiony w przetwarzaniu makabry jak mój, mógł na poczekaniu wymyślić jakąś wersję wydarzeń. Musiałem sam połączyć kropki - ciemność, szum drzew, chłód jesiennej nocy, światło księżyca…
A potem ta sekunda minęła i ponownie urwał mi się wątek. Zasnąłem… A może to wszystko to był sen - jeden z tych najbardziej nieludzkich koszmarów, w których jedna pętla przechodziła w kolejną, łącząc się w chaotyczną całość, przez którą człowiek zaczynał kwestionować wszystko wokół siebie, zastanawiając się, co tak naprawdę jest rzeczywistością. Las? Korytarz? Pociąg? Łąka? Góry?
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)