06.03.2026, 19:26 ✶
Zegar na ścianie - o ile to był zegar, a nie miarowe kapanie wody w podziemnej jaskini - wybijał rytm, którego nie potrafiłem policzyć. Raz, dwa, cisza. Raz, dwa, szarpnięcie. „Wdech, wydech” - powtarzałem sobie, ale zapominałem, co następuje po czym. Byłem rozdarty między pragnieniem przeżycia a błaganiem o to, by ta pętla wreszcie się przerwała, nawet jeśli ceną miała być nicość. Czy wydech był tym momentem, w którym dusza opuszczała ciało? Czy to możliwe, by las mnie wypuścił? Czy to możliwe, bym wrócił z tamtej strony granicy? Nie, to nie miało sensu. Każdy oddech był walką z niewidzialnym ciężarem, który siedział mi na piersiach, wpatrując się we mnie ślepiami bez ludzkich źrenic. Nie potrafiłem odróżnić tekstury koca od tekstury sierści. Każdy wdech był walką o odrobinę tlenu w powietrzu nasyconym zapachem palonego mięsa i wilgotnej ziemi. Widziałem przed oczami białe domki z moich snów, ale ich okna były teraz puste i czarne, jak oczodoły trupa. Wszystko, co znałem, rozpadało się, ustępując miejsca dzikiej, nieokiełznanej naturze, która domagała się swojej własności. W uszach wciąż słyszałem gwizd lokomotywy, który powoli zmienił się w długie, przeciągłe wycie - to nie był wiatr w kominie, to był skowyt głodu, który nie został nasycony, i który nie pozwalał zapomnieć mi o brutalności starcia - był jak echo każdego kłapnięcia szczęk i warkotu wydzierającego się z głębi gardła, każda jego fala niosła ze sobą wspomnienie miażdżonego ciała, które teraz, w tym dziwnym bezruchu, próbowało nieudolnie poskładać się w całość.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)