06.03.2026, 19:26 ✶
Biel... Biel domków w oddali, które nigdy nie istniały, biel prześcieradeł stających się całunem, biel kłów błyskających w świetle księżyca, biel moich własnych knykci, gdy zaciskałem palce, i biel mdłego światła, które zwiastowało nadejście kolejnej fali gorąca. Biel kości wystającej z szarpanego mięsa, której nie chciałem widzieć. Biel lilii na pogrzebie, którego jeszcze nie odprawiono.
Czerń... Czerń lasu, który próbował mnie pochłonąć, czerń pod moimi powiekami, gdzie mimowolnie uciekałem przed bólem, czerń gęstego futra i czerń otchłani, w którą wpadałem za każdym razem, kiedy moje serce gubiło rytm. Czerń nocy, która nie chciała się skończyć.
Czerwień... Czerwień posoki wsiąkającej w materac, czerwień zaognionych ran, czerwień polany płynącej zwierzęco-ludzką posoką i czerwień zachodzącego słońca nad londyńskimi przedmieściami. Czerwień gniewu, który nie był wyłącznie mój, a który teraz pulsował w moich skroniach na równi z krwią, jak i ona, nie znajdując ujścia na zewnątrz.
Zieleń... Zieleń mchu, w który wciśnięto mi potylicę, zieleń łąki z majaczeń, zieleń gnijących liści pod paznokciami i zieleń igliwia wbijającego się w otwarte rany. Zieleń lasu, który mnie przeżuł i wypluł, zostawiając mi w ustach metaliczny posmak krwi i żywicy wymieszanej z gorącą śliną.
Srebro... Srebro pajęczyn oplatających sufit, srebro zimnego potu perlącego się na skroniach i srebro księżycowej poświaty zalewającej polanę trupiobladym światłem. Srebrzyste smugi ostrzy przecinających mrok i srebro ciszy, która nastała tuż po tym, jak zamilkł skowyt potwora.
Żółć… Żółć siarki, żółć goryczy podchodzącej do gardła, gdy żołądek boleśnie się kurczył, żółć piachu pod powiekami, drażniącego oczy aż do łez, żółć nie radosnego światła słońca, lecz chorobliwego światła świec i odcienia starego pergaminu, na którym spisano wyrok śmierci, żółć ropy zbierającej się tam, gdzie pazury zdesperowanej, nienawistnej bestii, o równie żółtych ślepiach, zostawiły swoje ślady. Żółć mdłych ścian pociągu, który wywoził mnie z krainy żywych, i żółć wyschniętych traw, na których zostawiłem swoją godność.
I purpura... Głęboka, wręcz królewska barwa siniaków rozlewających się pod tkanką, purpura obrzęku, który dławił moje mięśnie, nie pozwalając im na najmniejszy ruch. To nie była szlachetna barwa, kojarząca się z aksamitem, lecz odcień agonii, wykwitający na moich bokach niczym kwiaty ciemierników, świadectwo siły, która nie chciała mnie zmienić, a jedynie rozerwać na strzępy. Ból miał kolor purpury i pulsował w miejscach, gdzie kiedyś miałem gładką skórę, a teraz ziały postrzępione wyrwy cudzej nienawiści.
Czerń... Czerń lasu, który próbował mnie pochłonąć, czerń pod moimi powiekami, gdzie mimowolnie uciekałem przed bólem, czerń gęstego futra i czerń otchłani, w którą wpadałem za każdym razem, kiedy moje serce gubiło rytm. Czerń nocy, która nie chciała się skończyć.
Czerwień... Czerwień posoki wsiąkającej w materac, czerwień zaognionych ran, czerwień polany płynącej zwierzęco-ludzką posoką i czerwień zachodzącego słońca nad londyńskimi przedmieściami. Czerwień gniewu, który nie był wyłącznie mój, a który teraz pulsował w moich skroniach na równi z krwią, jak i ona, nie znajdując ujścia na zewnątrz.
Zieleń... Zieleń mchu, w który wciśnięto mi potylicę, zieleń łąki z majaczeń, zieleń gnijących liści pod paznokciami i zieleń igliwia wbijającego się w otwarte rany. Zieleń lasu, który mnie przeżuł i wypluł, zostawiając mi w ustach metaliczny posmak krwi i żywicy wymieszanej z gorącą śliną.
Srebro... Srebro pajęczyn oplatających sufit, srebro zimnego potu perlącego się na skroniach i srebro księżycowej poświaty zalewającej polanę trupiobladym światłem. Srebrzyste smugi ostrzy przecinających mrok i srebro ciszy, która nastała tuż po tym, jak zamilkł skowyt potwora.
Żółć… Żółć siarki, żółć goryczy podchodzącej do gardła, gdy żołądek boleśnie się kurczył, żółć piachu pod powiekami, drażniącego oczy aż do łez, żółć nie radosnego światła słońca, lecz chorobliwego światła świec i odcienia starego pergaminu, na którym spisano wyrok śmierci, żółć ropy zbierającej się tam, gdzie pazury zdesperowanej, nienawistnej bestii, o równie żółtych ślepiach, zostawiły swoje ślady. Żółć mdłych ścian pociągu, który wywoził mnie z krainy żywych, i żółć wyschniętych traw, na których zostawiłem swoją godność.
I purpura... Głęboka, wręcz królewska barwa siniaków rozlewających się pod tkanką, purpura obrzęku, który dławił moje mięśnie, nie pozwalając im na najmniejszy ruch. To nie była szlachetna barwa, kojarząca się z aksamitem, lecz odcień agonii, wykwitający na moich bokach niczym kwiaty ciemierników, świadectwo siły, która nie chciała mnie zmienić, a jedynie rozerwać na strzępy. Ból miał kolor purpury i pulsował w miejscach, gdzie kiedyś miałem gładką skórę, a teraz ziały postrzępione wyrwy cudzej nienawiści.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)