06.03.2026, 19:27 ✶
Przez gęstą, purpurową mgłę przebił się nowy dźwięk - nie był to świst lokomotywy, skowyt bestii ani szelest liści, lecz jęk sprężyn materaca uginającego się pod czyjąś obecnością. W tej mętnej jasności, która nie była już do końca nasyconą czerwienią wina, nie żółcią słońca i nie srebrem księżyca, lecz odcieniem popiołu, poczułem nagle obok siebie ciężar czyjejś obecności - realny, nieurojony, odmienny od nacisku łap niewidzialnej bestii na mojej piersi - blisko, niemal na wyciągnięcie ręki, chociaż moja dłoń wciąż wydawała się martwa, uwięziona w splotach wilgotnej pościeli. Do moich nozdrzy poniósł się zapach, który nie był krwią ani żywicą - coś domowego, znajomego, co na ułamek sekundy szarpnęło moją świadomością, próbując wyciągnąć ją na powierzchnię. Otworzyłem oczy tylko na ułamek sekundy, ledwie rozchylając powieki, choć nawet ten ruch wydał mi się prawie niemożliwy do udźwignięcia, a jednak…
Sypialnia nie była już lasem, chociaż zapach mchu i krwi wciąż wisiał w powietrzu, gryząc w nozdrza. Nie było już purpury, nie było złota ślepi, został tylko ten stalowy, bezlitosny poblask - świat nie był biały, jak barwa lilii w kaplicy kowenu, zielony ani żółty niczym schnąca łąka, czy czarny jak las nocą, miał barwę stali - brudnej, niepewnej barwy świtu, który wdzierał się do pokoju bez pytania, wyciągając kontury z niebytu. Przez szparę w zasłonach sączyła się mdła, mglista mleczność jesiennego poranka, bezlitosna i chłodna, obnażająca każdy pyłek kurzu wirujący w powietrzu. Ta szarość była jednak o stokroć gorsza od czerni - nie dawała schronienia, tylko wywlekała na światło dzienne wszystko, co dotychczas pozostawało rozmyte, ukazując ruinę powstałą poprzez noc, obnażając kontury rzeczywistości. Czy to ja sprowadziłem ją do naszego domu?
Zanim jednak zdołałem złożyć to pytanie gdzieś indziej, niż w myślach, otaczająca nas poświata zaczęła drżeć i gęstnieć, na powrót przybierając bardziej ołowiany odcień. Moje palce, które przed chwilą czuły miękkość domowej pościeli, znów zaczęły zatapiać się w wyimaginowanym mchu. Świt okazał się tylko krótkim antraktem - popielatość poranka zaczęła brudzić się purpurą bólu i żółcią moich majaczeń, a sufit sypialni ponownie zaczął obrastać zgniłobrązowymi gałęziami. Odpłynąłem w czerń, nie zdążywszy zrozumieć niczego.
Sypialnia nie była już lasem, chociaż zapach mchu i krwi wciąż wisiał w powietrzu, gryząc w nozdrza. Nie było już purpury, nie było złota ślepi, został tylko ten stalowy, bezlitosny poblask - świat nie był biały, jak barwa lilii w kaplicy kowenu, zielony ani żółty niczym schnąca łąka, czy czarny jak las nocą, miał barwę stali - brudnej, niepewnej barwy świtu, który wdzierał się do pokoju bez pytania, wyciągając kontury z niebytu. Przez szparę w zasłonach sączyła się mdła, mglista mleczność jesiennego poranka, bezlitosna i chłodna, obnażająca każdy pyłek kurzu wirujący w powietrzu. Ta szarość była jednak o stokroć gorsza od czerni - nie dawała schronienia, tylko wywlekała na światło dzienne wszystko, co dotychczas pozostawało rozmyte, ukazując ruinę powstałą poprzez noc, obnażając kontury rzeczywistości. Czy to ja sprowadziłem ją do naszego domu?
Zanim jednak zdołałem złożyć to pytanie gdzieś indziej, niż w myślach, otaczająca nas poświata zaczęła drżeć i gęstnieć, na powrót przybierając bardziej ołowiany odcień. Moje palce, które przed chwilą czuły miękkość domowej pościeli, znów zaczęły zatapiać się w wyimaginowanym mchu. Świt okazał się tylko krótkim antraktem - popielatość poranka zaczęła brudzić się purpurą bólu i żółcią moich majaczeń, a sufit sypialni ponownie zaczął obrastać zgniłobrązowymi gałęziami. Odpłynąłem w czerń, nie zdążywszy zrozumieć niczego.
Koniec sesji
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)