07.03.2026, 00:23 ✶
Jesteś moją motywacją.
Słowa Jessiego sprawiły, że policzki Hannibala poróżowiały lekko.
- Przestań - burknął, wbrew wszystkim zasadom, jakie wpajano mu w teatrze, komplementy przyjmuj z pewnością siebie albo skromnie, ale zawsze z uśmiechem! Z jakiegoś powodu wcale nie miał ochoty się uśmiechać, choć miło było słyszeć od kogoś, że się jest jego motywacją. Zwłaszcza od najlepszego kumpla - Jak jestem dla ciebie taki ważny, to daj mi odpisać - spojrzał znacząco na pergamin Jessiego, ale ten niestety zawierał może o jeden akapit więcej, niż jego własny.
Wizja zamieszkania gdzieś we trzech, on, Jessie i Jonathan, była tyleż kusząca, co nierealna. Może w lesie, jak te księżniczki z mugolskich bajek? Hannibal nigdy nie mieszkał w lesie. Czy musiałby rąbać drwa? Któraś z nich, tych księżniczek znaczy, chyba śpiewała do zwierzątek, może on też by mógł?
Czy Jessie umiałby rąbać drwa?
Albo może w jakiejś zabitej dechami mieścinie? Nikt nie znałby tam ani jego ani Jonathana i mogliby z Kellym udawać, że są braćmi, a Jonathan jest ojcem ich obu, i zajmować się jakimiś całkiem zwyczajnymi rzeczami. Może łowieniem ryb.
Zerknął na przyjaciela. Albo nie. Może rzemiosłem.
Westchnął. Jessie pewnie nie zostawiłby dla niego swojej mamy i rodzeństwa, a Jonathan nie rzuciłby nowej pracy w Ministerstwie, żeby opiekować się wydziedziczonym Hannibalem, ale miło było pomarzyć.
Ploteczki o niedoszłym szlabanie Jessiego i o jego łazienkowej przygodzie już całkiem zepchnęły odrabianie pracy domowej na dalszy plan.
- Dziewczyny… - mruknął Hannibal, rozdarty między poglądem, że zawsze są z nimi kłopoty, no bo faktycznie, trzeba się było nimi opiekować, a w dodatku te, z którymi byli w klasach w ogóle nie zachowywały się tak dystyngowanie i nie były dla niego takie miłe, jak panie z The Globe, a tym, że nieraz dobrze było trzymać z nimi sztamę, bo przecież a to woźnego przekonają, żeby szlabanu nie dawał, a to pomogą przyszyć oderwany guzik. No i były ładne. Ładniejsze, niż chłopcy. Niż większość chłopców. Przeważnie.
- Dziewczęcy d… co? Nie! - Hannibal zapomniał na chwilę o szeptaniu, jego głos załamał się na ostatnim słowie rumieniec, który dopiero zdążył zejść z jego twarzy, powrócił w pełnej krasie.
Bibliotekarka trzasnęła przenoszoną właśnie księgą w biurko głośniej, niż to było konieczne.
- Panowie, to jest biblioteka, a nie kawiarnia! Tu się uczy, a nie plotkuje!
Selwyn zamrugał i przełknął ślinę razem z cisnącą się na usta odpowiedzią, że przecież oni nie plotkują. Wbił wzrok w stół i poczekał, aż czarownica znów zniknie między regałami.
- Nawet jej nie widziałem, jak niby miałaby… - szepnął, gestykulując dziko ręką zamiast dokończyć. Szept był podwójnie bezpieczny, od słusznego gniewu strażniczki biblioteki i od niespodziewanych, upokarzających wybryków jego zdradzieckiej krtani. Pozwolił mu odzyskać trochę pewności siebie.
- Chwila, moment… czy to znaczy, że ty i Electra teraz chodzicie ze sobą? - uśmiechnął się, oddając docinek za docinek, chociaż myśl o tym, że Jessie miałby mieć dziewczynę wzbudziła w nim niejasną obawę.