W domu zawsze było co robić, a już zwłaszcza w takim, do którego dopiero co się wprowadziło, i co z tego, że miały do dyspozycji skrzata. Był pomocny, to prawda, ale były rzeczy, które Victoria chciała zrobić sama, poza tym spraw do ogarnięcia było dużo, więc te wolne chwile dzieliła na różne rzeczy – przygotowywanie ogrodu na zimę (na szczęście posadziła już wszystko, co należało sadzić na jesień), urządzenie pokojów wygodnie, a nie byle jak, ogarnięcie dla siebie pracowni alchemicznej, opłacenie specjalistów, by zabezpieczyć dom (bo Victoria nie zamierzała ryzykować i zapłaciła za zabezpieczenie domu przed ogniem przez pokrycie ścian i dachu specjalnym lakierem – obecnie usługa cieszyła się jakoś większym zainteresowaniem, ciekawe dlaczego…) i tak dalej. W tej konkretnie chwili skrzatka parzyła dla Victorii herbatę, a ona siedziała w salonie, otoczona różnymi księgami traktującymi o klątwołamaniu, ale też o składnikach eliksirów. Pośród tego wszystkiego, na stoliku leżała też książka, którą kupiła w Wenecji i jakieś odręczne notatki Victorii.
Rosier miał więc szczęście, bo ani Victoria, ani skrzatka nie widziały jak się potknął. Ani tak naprawdę nikt, bo dom znajdował się na niewysokim wzniesieniu porośniętym drzewami, w oddaleniu od reszty zabudowań wioski (które znajdowały się na północnym brzegu jeziora, a nie południowym, jak ten budynek), z pięknym widokiem na trawy poniżej, na których jeszcze wypasały się krowy i owce, pomimo jesiennej pogody, na jezioro, wzgórza i resztę wioski po drugiej stronie jeziora.
Victoria, zajęta wielką burzą mózgu, została z tego wyrwana pukaniem do drzwi. W pierwszej chwili myślała, że jej się cos przesłyszało, bo nie spodziewała się dzisiaj nikogo… chyba, że zapomniała…? Ale błękitny kot, który do tej pory spokojnie spał przy jakichś roślinach, czujnie uniósł głowę, co dało Lestrange do myślenia, że jednak jej się nie wydawało. Podniosła się i przeszła z salonu do szerokiego przedpokoju, w którym znajdował się też kominek (służący głownie do podróży siecią fiuu), otworzyła drzwi i… na jej twarzy zagościło zaskoczenie.
Które szybko się rozmyło wraz z kolejnymi słowami Chrisa, ale nie zdążyła mu odpowiedzieć, bo pokazał jej jajko.
Nie, to zdecydowanie nie było jej jajko.
– Panie Rosier, nie wiedziałam, że teraz zajmuje się pan dostawą zamówień – brunetka szybko odzyskała rezon i nawet lekko zmrużyła oczy w rozbawieniu. Jakoś nie wydawało jej się, że zbierał tak wszystkie paczki i roznosił do klientek, tym bardziej, że ta paczka nie była nawet rzeczami, które on szył i przecież oboje wiedzieli o tym doskonale. Czy to było to słynne wykorzystywanie okazji? A może właśnie ich stwarzanie? Odsunęła się przy tym, żeby go przepuścić, gdyby jednak chciał wejść, a nie stać w drzwiach. – Wejdziesz? – dodała jeszcze. – O co chodzi z tym jajkiem? – zapytała kiwając głową w kierunku dziwnego jaja przypominającego szyszkę, ale zdecydowanie nią nie będącego. W przejściu z przedpokoju do salonu siedział błękitny kot, który patrzył teraz ostrożnie i z zaciekawieniem na gościa. A czarnego nieszczęścia nigdzie nie było widać.