07.03.2026, 17:47 ✶
Zjadanie nie wykluczało się z szacunkiem. Posiłków swoich Helloise nie traktowała jak odpadu: była wdzięczna ziemi, na której wzrastały jej warzywa i strączki, i wdzięczna kurom, które pozbawiała jaj. Brakiem szacunku było marnotrawstwo, przelewanie krwi bez celu, dla samego widoku posoki wsiąkającej w ziemię. Helloise jadła tyle, ile potrzebowała. Dokładała starań, aby nic w jej kuchni nie szło na zmarnowanie. Jadała do syta i jadła bez wyrzutów.
— Ach, jestem pod wrażeniem — westchnęła, mrużąc oczy. Na ustach czarownicy zatańczyło widmo uśmiechu. — Znajdziesz zarządcę w tym przeklętym przez Bogów mieście, w którym człowieka od człowieka nie dzieli więcej niż… jeden pośredniczący uścisk ręki? — skończyła z prowokująco zaczepną nutą. Być może zadała w ten sposób cios swojemu nimbowi tajemniczości. Być moża wyjrzała wówczas zza eterycznej mgiełki leśnego sekretu twarz kogoś, kto miał korzenie w tym świecie i komu zdarzyło się ścisnąć poufale kilka rąk.
Montbel mile wiedźmie pochlebił, chcąc ją poznawać. Lubiła bawić się koncepcją poznawania — nawet jeśli czasem to znaczyło, że ktoś pozna ją ze strony, z której sama nigdy siebie poznać nie miała mieć szansy. Nigdy nie dowie się, jak odżywcza jest jej krew i ile sił można z niej wyczerpać. Nie odczyta linii na swoich rękach ani nie znajdzie w gwiazdach ścieżek swojego przeznaczenia. Widzący zaglądali pod jej podszewkę i mogła tylko zgadywać, co też widzą w niej, jakie niedostępne tajemnice rozkradają z jej jestestwa. Mogła śledzić ich reakcje — ale nigdy spojrzeć ich zmysłami w siebie samą.
Być może Gabriel miał rację, gdy wyczuwał od niej długie lata, których nigdy nie przeżyła. Dusza Helloise dostrojona była do głosu prastarego gaju i od tylu lat czarownica słuchała go, że zabrała w siebie jakąś część, jakby już teraz las formował ją, aby pewnego dnia stała się jego częścią. Lecz czy rzeczywiście dało się posmakować Knieję w niej?
I czy ona sama mogła Montbela poznać? Dawno już temu nauczyła się, że wampiry nie są zrobione z marmuru. Można zanurzyć w ich ciałach pazury bez obaw, że popękają. Wiedziała, że znają i cierpienie, i przyjemność, i łaknienie.
Spodziewała się, że Gabriel od razu wbije w nią chciwie zęby, jak to zrobiła zeszłego lata Lucy. Oczekiwała, że pokaże jej, jak głodny naprawdę jest. Przygotowała się na ból, oczekiwała go w czujnym napięciu, a zamiast tego — miękkość chłodnych ust. Wydała z siebie pomruk pomiędzy zdziwieniem a przyjemnością, uzupełniającymi się wybornie.
— Więc to prawda — mówiła cicho, ledwo poruszając wargami, jakby zbyt gwałtowny ruch miał spłoszyć wampira niczym dzikie zwierzę, gdy przecież chciała utrzymać go jak najdłużej blisko — że lepiej smakują, gdy są zadowolone?
— Ach, jestem pod wrażeniem — westchnęła, mrużąc oczy. Na ustach czarownicy zatańczyło widmo uśmiechu. — Znajdziesz zarządcę w tym przeklętym przez Bogów mieście, w którym człowieka od człowieka nie dzieli więcej niż… jeden pośredniczący uścisk ręki? — skończyła z prowokująco zaczepną nutą. Być może zadała w ten sposób cios swojemu nimbowi tajemniczości. Być moża wyjrzała wówczas zza eterycznej mgiełki leśnego sekretu twarz kogoś, kto miał korzenie w tym świecie i komu zdarzyło się ścisnąć poufale kilka rąk.
Montbel mile wiedźmie pochlebił, chcąc ją poznawać. Lubiła bawić się koncepcją poznawania — nawet jeśli czasem to znaczyło, że ktoś pozna ją ze strony, z której sama nigdy siebie poznać nie miała mieć szansy. Nigdy nie dowie się, jak odżywcza jest jej krew i ile sił można z niej wyczerpać. Nie odczyta linii na swoich rękach ani nie znajdzie w gwiazdach ścieżek swojego przeznaczenia. Widzący zaglądali pod jej podszewkę i mogła tylko zgadywać, co też widzą w niej, jakie niedostępne tajemnice rozkradają z jej jestestwa. Mogła śledzić ich reakcje — ale nigdy spojrzeć ich zmysłami w siebie samą.
Być może Gabriel miał rację, gdy wyczuwał od niej długie lata, których nigdy nie przeżyła. Dusza Helloise dostrojona była do głosu prastarego gaju i od tylu lat czarownica słuchała go, że zabrała w siebie jakąś część, jakby już teraz las formował ją, aby pewnego dnia stała się jego częścią. Lecz czy rzeczywiście dało się posmakować Knieję w niej?
I czy ona sama mogła Montbela poznać? Dawno już temu nauczyła się, że wampiry nie są zrobione z marmuru. Można zanurzyć w ich ciałach pazury bez obaw, że popękają. Wiedziała, że znają i cierpienie, i przyjemność, i łaknienie.
Spodziewała się, że Gabriel od razu wbije w nią chciwie zęby, jak to zrobiła zeszłego lata Lucy. Oczekiwała, że pokaże jej, jak głodny naprawdę jest. Przygotowała się na ból, oczekiwała go w czujnym napięciu, a zamiast tego — miękkość chłodnych ust. Wydała z siebie pomruk pomiędzy zdziwieniem a przyjemnością, uzupełniającymi się wybornie.
— Więc to prawda — mówiła cicho, ledwo poruszając wargami, jakby zbyt gwałtowny ruch miał spłoszyć wampira niczym dzikie zwierzę, gdy przecież chciała utrzymać go jak najdłużej blisko — że lepiej smakują, gdy są zadowolone?
dotknij trawy