07.03.2026, 18:31 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.03.2026, 18:55 przez Lorraine Malfoy.)
No tak. Koniec zabawy. Fridę można było rzucić w kąt, jak szmacianą laleczkę, kiedy już znudziła się zabawa, bo przecież "dorośli mają do omówienia tematy"... Jacy dorośli? Przez chwilę Lorraine widziała przed sobą tylko duże, rozkapryszone dziecko, bo Anthony zachowywał się tak, jak gdyby urodził się wczoraj. Nawet smarkaci gówniarze z Nokturnu wiedzieli lepiej od niego, żeby nie kraść łakoci młodszemu rodzeństwu, bo zaraz będzie ryk. Oto nastąpiła wymiana. Wymiętoszony przez dziecięce łapki karmelek w zamian za złotego galeona. Lorraine przyglądała się wymianie Anthony'ego z Fridą w dziwnym napięciu. Widziała zawahanie dziewczynki, która stanęła przy niej sztywno, bocząc się na cały świat i straszliwą niesprawiedliwość ważnych transakcji biznesowych (bo jak to tak, nie można mieć i karmelka, i galeona!), a oczy jej szkliły się niebezpiecznie w obietnicy łez. Ale że Frida była bardzo dzielną małą ghoulką, żadnej łezki nie uroniła, no, może tylko parę razy pociągnęła noskiem. Nagle pożałowała wymiany. Co z tego, że wiedziała, że za galeona można było kupić co najmniej dwadzieścia (tyle, co miała paluszków) lodowych myszek. W końcu lodowych myszek na pewno już dzisiaj nie kupi, a takiego karmelka mogła zjeść od razu. Znaczy po obiedzie, ale to wciąż szybciej niż myszki. No i na pewno mama nie pozwoli jej zjeść wszystkich... Raz Frida zjadła trzy i potem była strasznie chora. Podobno była cała zielona na buzi jak tata, który przez pomyłkę wypił cały kubek wody, w której moczył pędzle zamiast kawy obok. Ale było śmiechu! Znaczy jak tata był zielony, a nie ona. Ale karmelek zniknął w kieszeni nieznajomego pana, to znaczy, Anthony'ego, a Frida nie do końca wiedziała jak mu powiedzieć, że dealu jednak wcale nie chce.
Podała galeona Lorraine, nie wiedząc, co innego mogłaby z nim właściwie zrobić.
Lorraine nie rozumiała, jakim cudem można być jednocześnie zasłużonym dyplomatą, wprawnym w rozwiązywaniu konfliktów, a jednocześnie czuć się tak bezradnym w konfrontacji z dzieckiem. Przecież Anthony był takim mądrym człowiekiem. Mówił tak wieloma językami... Być może nie należał do niech język małych dziewczynek. Tylko że Frida nie mówiła. Frida milczała. Więc milczała i Lorraine. Zacisnęła opiekuńczo dłonie na ramionach Fridy, nie poruszywszy się z miejsca.
Może powinna raczej zapytywać się o to, jakim trzeba być człowiekiem, żeby chcieć uciszyć pozbawioną głosu dziewczynkę?
Lorraine widziała we Fridzie samą siebie. Całe jej życie było przecież utkane z takich właśnie wymian. Wymian, z których ktoś inny wychodził bogatszy, a ona zostawała z poczuciem, że powinna być wdzięczna za samą możliwość uczestniczenia w transakcji. Dziewczynka oddała coś, co było dla niej realne – karmelek, który mogłaby zjeść po obiedzie, słodycz konkretną, namacalną i dziecięco ważną – w zamian za coś abstrakcyjnego, potencjalnie bardziej wartościowego, lecz odległego i niepewnego w czasie. Galeon mógł być obiektywnie lepszą inwestycją. Ale w tej chwili był tylko ciężkim, zimnym krążkiem, który nie był w stanie zaspokoić żadnej potrzeby dziecka. W tym geście Lorraine zobaczyła całe swoje życie. Lata oddawania natychmiastowych potrzeb – czułości, bezpieczeństwa, uznania – w zamian za obietnice, które miały się kiedyś spełnić. Miały się spełnić, jeśli tylko okaże się wystarczająco cierpliwa. Wystarczająco lojalna. Wystarczająco ofiarna. Różnica polegała na tym, że Lorraine dokonywała tych wymian świadomie i ze swego rodzaju fatalistycznym spokojem, podczas gdy Frida stała przed nią z dziecięcym wahaniem, czując instynktownie, że coś w tej transakcji jest nie w porządku. Coś jest nie tak.
Lorraine całe życie trwała w przekonaniu, że relacje międzyludzkie oparte są na transakcjonalności. A jednak wymiany, które powinny być równoważnymi, rzadko były takimi w rzeczywistości. Pozwalała się więc wykorzystywać w zamian za ułudę uczucia. Wierzyła przecież, że musi dawać bezinteresownie całą siebie, aby na takowe zasłużyć. Wierzyła, że jej miłość nie jest wartą więcej nad złamanego knuta. To wszystko było w porządku, gdy chodziło o Lorraine. Tak, to wszystko było w porządku dla Lorraine. Ale nie dla Fridy. Lorraine zrozumiała, że nie chce, żeby jej mała córeczka myślała, że to jest w porządku. Nie przeszkadzało jej bycie spotkaniem biznesowym wciśniętym między obiad a kolację. Zadowolała się resztkami uczucia tak długo, że nauczyła się nimi sycić. Jeszcze kilka miesięcy temu byłaby najszczęśliwszą dziewczyną na świecie, gdyby zobaczyła Anthony'ego czekającego na nią pośród ławek kowenu. A teraz... Teraz czuła ulgę, że ocalał, że jest bezpieczny, ale nic ponadto. On widział w swoim geście moment pojednania dwóch światów, do których należała Lorraine. Być może było na to zbyt wcześnie, a może zbyt późno, bo ona widziała tylko konieczność ostatecznego ich rozdzielenia.
"Sprzedałeś swój obraz?", spytała pustym głosem Baldwina, przekonana, że zawalił się właśnie świat, jaki znała. Nigdy nie czuła się tak zdradzona, jak w tamtej chwili, kiedy myślała, że jej brat naprawdę poważył się sprzedać dzieło swych rąk za pieniądze. Oddać je w zamian za złoty laur, który zwieńczył jego piękną skroń. Wyznawcy mugolskiego boga w koronie cierniowej w tym jednym mieli rację, pomyślała wówczas Lorraine, nie można było przehandlować boskości za pieniądz, i tak po prostu żyć dalej. Przecież to było tak, jak gdyby wyzbył się tego, co było mu najdroższe. A robiąc to, złamałby za jednym zamachem nie tylko swoje serce, ale także to bijące w jej piersi. Uciekła więc, żeby nie rozpaść się na oczach wszystkich. "Nie sprzedałem, słyszysz?", uspokajał ją potem Baldwin. Odległe echo jego słów powróciło do Lorraine, zastanawiającej się, czy nie rozbić głowy o fresk, jaki zostawił na ścianie bawialni Anthony'ego. Jakże zdeterminowana się wtedy wydawała. Teraz oczom jej daleko było jednak od tamtego chorobliwego blasku. Zamiast tego pojawiło w nich postanowienie, chłodne i dojrzałe. A potem Lorraine się zaśmiała. Zaśmiała się dokładnie tak, jak śmiał się jej ojciec. Radośnie. Ostro. Pogardliwie. Nieświadoma była podobieństwa, a jednak nigdy nie był piękniejsza niż wtedy, kiedy przywdziewała pogardę.
W tej jednej wymianie zawarło się bowiem wszystko, czym pogardzała. Zrozumiała, że nie tego chce dla Fridy. Nie chce tego dla Baldwina. A może i dłużej nie chce już tego dla samej siebie. Nie tego. Nigdy tego.
Zanim jednak zdążyła coś powiedzieć, podszedł do nich Baldwin, a Lorraine uśmiechnęła się mimowolnie. W przestrzeni kowenu wyglądał co najmniej porządnie, oceniła zadowolona. Zaczesane włosy, uprasowana koszula do prostej szaty, żadnych plam po farbie na spodniach... Wyciągnął nawet dłoń na przywitanie, o ile oczywiście Anthony zechciał ją uścisnąć. Jeśli to zrobił, mógł poczuć blizny po ranach na wnętrzu dłoni. Lorraine, wciąż milcząc, pozwoliła mężczyznom wymienić uprzejmości. Nie zaprotestowała, gdy Baldwin wziął Fridę na ręce. Dziewczynka natychmiast objęła go za szyję i wtuliła buzię w jego jasne włosy. Odwróciła się jednak w stronę Lorraine, gdy ta zwróciła się do niej po imieniu.
– Muszę jeszcze coś tutaj załatwić. Pójdziesz do domu z tatą, dobrze? – utuliła czule dziewczynkę, uspokajając dłonie poprawieniem wiązania wstążeczek przy dziecinnej sukience. Czerpała zadowolenie z tego, że kierowana matczyną zapobiegliwością, naprawiła zawczasu jasny kubraczek, który był jak znalazł na chłodniejsze, jesienne poranki. Twarz Lorraine wydawała się łagodnieć, gdy zwracała się do dziewczynki, uwzględniając ją w rozmowie jak dorosłą. – Dopilnuj, żeby wszyscy wzięli się do pracy, zanim wrócę. Musimy wysprzątać główną izbę, żeby znowu było tam ładnie. Obejmujesz za mnie dowództwo... Obiecuję, że wrócę jak najszybciej. – Nachyliła się bliżej dziecka, nie potrafiąc powstrzymać się przed połaskotaniem Fridy w nos swymi długimi włosami, gdy zasłoniła konspiracyjnie jej uszko. – Z karmelkami – wyszeptała ze śmiertelną powagą w głosie. Bo chociaż wzdragała się na samą myśl o wizycie w cukierni, dla maleńkiej ghoulki gotowa była zdobyć się na podobne poświęcenie. – Pokaż tacie pieniążek, jaki dostałaś – dodała już głośniej, wymieniając przy tym spojrzenia z Baldwinem, który trzymał dziecko na rękach. Rozmowa bez słów, jakich przeprowadzili w życiu wiele. Jakże byli do siebie podobni w tej chwili. Baldwin przechylił lekko głowę, w dobrze znanym manieryzmie, ale Lorraine zacisnęła usta. – Na ofiarę dla potrzebujących – podkreśliła, wskazując brodą w stronę kasetki na datki przy wejściu do kowenu.
Nie było z nią dyskusji.
"Projekt jadłodajni brzmi wybornie. Czy w tym zakresie planujesz wesprzeć lokalne miejsce z odpowiednim zapleczem? Zważ, że nie mam na myśli Wiwerna, ale dotarły do mnie słuchy, że to drugie miejsce również przetrwało pożogę."
– Według ciebie Nokturn ogranicza się do dwóch garkuchni? – spytała z niedowierzaniem przemieszanym z rozbawieniem. Z łatwością dostosowała jednak tembr swego głosu, aby wybrzmiał naturalnie. W tej chwili Lorraine nie patrzyła na Anthony'ego. Obejrzała się przez ramię, żeby odprowadzić spojrzeniem Baldwina i Fridę, kierujących się w stronę wyjścia. – Świadoma jestem istnienia tej śmiesznej rywalizacji między Wiwernem a Rejwachem, jeśli do tego nawiązujesz. – Nie mówiła głośno, ale też nie unikała nazywania rzeczy po imieniu. Uniosła delikatnie rękę na pożegnanie, żeby pomachać rodzinie. Upewniła się, że darowany Fridzie pieniążek trafił do urny na datki dla biednych, zanim odwróciła się z powrotem do Anthony'ego. – Nie zamierzam narażać się bez potrzeby żadnemu. To nie służy interesom. Nie trzeba jednak być szczególnym znawcą natury ludzkiej, żeby dostrzec, że w przeciwieństwie do draba z Wiwerna, stary Tarp ma serce po właściwej stronie. Inaczej już dawno wyegzorcyzmowałby tego jazgoczącego ducha z lutnią. – Lorraine przewróciła wymownie oczami, przeżegnawszy się, gdy przechodzili w pobliżu ołtarza. – Zaangażował się w pomysł zorganizowania jadłodajni jeszcze przed pożarami. Zaproponowałam mu wcześniej podobną inicjatywę w związku z obchodami Mabon... Zmuszona zostałam jednak do przeorganizowania dotychczasowych planów. – Wzruszyła delikatnie ramionami. – Pytałam też innych zaufanych mi ludzi. Kilku chce wykazać się solidarnością wobec ofiar, sami bowiem ucierpieli w pożarach. Opowiem ci...
Po czym zniknęli w głębi kowenu.
Podała galeona Lorraine, nie wiedząc, co innego mogłaby z nim właściwie zrobić.
Lorraine nie rozumiała, jakim cudem można być jednocześnie zasłużonym dyplomatą, wprawnym w rozwiązywaniu konfliktów, a jednocześnie czuć się tak bezradnym w konfrontacji z dzieckiem. Przecież Anthony był takim mądrym człowiekiem. Mówił tak wieloma językami... Być może nie należał do niech język małych dziewczynek. Tylko że Frida nie mówiła. Frida milczała. Więc milczała i Lorraine. Zacisnęła opiekuńczo dłonie na ramionach Fridy, nie poruszywszy się z miejsca.
Może powinna raczej zapytywać się o to, jakim trzeba być człowiekiem, żeby chcieć uciszyć pozbawioną głosu dziewczynkę?
Lorraine widziała we Fridzie samą siebie. Całe jej życie było przecież utkane z takich właśnie wymian. Wymian, z których ktoś inny wychodził bogatszy, a ona zostawała z poczuciem, że powinna być wdzięczna za samą możliwość uczestniczenia w transakcji. Dziewczynka oddała coś, co było dla niej realne – karmelek, który mogłaby zjeść po obiedzie, słodycz konkretną, namacalną i dziecięco ważną – w zamian za coś abstrakcyjnego, potencjalnie bardziej wartościowego, lecz odległego i niepewnego w czasie. Galeon mógł być obiektywnie lepszą inwestycją. Ale w tej chwili był tylko ciężkim, zimnym krążkiem, który nie był w stanie zaspokoić żadnej potrzeby dziecka. W tym geście Lorraine zobaczyła całe swoje życie. Lata oddawania natychmiastowych potrzeb – czułości, bezpieczeństwa, uznania – w zamian za obietnice, które miały się kiedyś spełnić. Miały się spełnić, jeśli tylko okaże się wystarczająco cierpliwa. Wystarczająco lojalna. Wystarczająco ofiarna. Różnica polegała na tym, że Lorraine dokonywała tych wymian świadomie i ze swego rodzaju fatalistycznym spokojem, podczas gdy Frida stała przed nią z dziecięcym wahaniem, czując instynktownie, że coś w tej transakcji jest nie w porządku. Coś jest nie tak.
Lorraine całe życie trwała w przekonaniu, że relacje międzyludzkie oparte są na transakcjonalności. A jednak wymiany, które powinny być równoważnymi, rzadko były takimi w rzeczywistości. Pozwalała się więc wykorzystywać w zamian za ułudę uczucia. Wierzyła przecież, że musi dawać bezinteresownie całą siebie, aby na takowe zasłużyć. Wierzyła, że jej miłość nie jest wartą więcej nad złamanego knuta. To wszystko było w porządku, gdy chodziło o Lorraine. Tak, to wszystko było w porządku dla Lorraine. Ale nie dla Fridy. Lorraine zrozumiała, że nie chce, żeby jej mała córeczka myślała, że to jest w porządku. Nie przeszkadzało jej bycie spotkaniem biznesowym wciśniętym między obiad a kolację. Zadowolała się resztkami uczucia tak długo, że nauczyła się nimi sycić. Jeszcze kilka miesięcy temu byłaby najszczęśliwszą dziewczyną na świecie, gdyby zobaczyła Anthony'ego czekającego na nią pośród ławek kowenu. A teraz... Teraz czuła ulgę, że ocalał, że jest bezpieczny, ale nic ponadto. On widział w swoim geście moment pojednania dwóch światów, do których należała Lorraine. Być może było na to zbyt wcześnie, a może zbyt późno, bo ona widziała tylko konieczność ostatecznego ich rozdzielenia.
"Sprzedałeś swój obraz?", spytała pustym głosem Baldwina, przekonana, że zawalił się właśnie świat, jaki znała. Nigdy nie czuła się tak zdradzona, jak w tamtej chwili, kiedy myślała, że jej brat naprawdę poważył się sprzedać dzieło swych rąk za pieniądze. Oddać je w zamian za złoty laur, który zwieńczył jego piękną skroń. Wyznawcy mugolskiego boga w koronie cierniowej w tym jednym mieli rację, pomyślała wówczas Lorraine, nie można było przehandlować boskości za pieniądz, i tak po prostu żyć dalej. Przecież to było tak, jak gdyby wyzbył się tego, co było mu najdroższe. A robiąc to, złamałby za jednym zamachem nie tylko swoje serce, ale także to bijące w jej piersi. Uciekła więc, żeby nie rozpaść się na oczach wszystkich. "Nie sprzedałem, słyszysz?", uspokajał ją potem Baldwin. Odległe echo jego słów powróciło do Lorraine, zastanawiającej się, czy nie rozbić głowy o fresk, jaki zostawił na ścianie bawialni Anthony'ego. Jakże zdeterminowana się wtedy wydawała. Teraz oczom jej daleko było jednak od tamtego chorobliwego blasku. Zamiast tego pojawiło w nich postanowienie, chłodne i dojrzałe. A potem Lorraine się zaśmiała. Zaśmiała się dokładnie tak, jak śmiał się jej ojciec. Radośnie. Ostro. Pogardliwie. Nieświadoma była podobieństwa, a jednak nigdy nie był piękniejsza niż wtedy, kiedy przywdziewała pogardę.
W tej jednej wymianie zawarło się bowiem wszystko, czym pogardzała. Zrozumiała, że nie tego chce dla Fridy. Nie chce tego dla Baldwina. A może i dłużej nie chce już tego dla samej siebie. Nie tego. Nigdy tego.
Zanim jednak zdążyła coś powiedzieć, podszedł do nich Baldwin, a Lorraine uśmiechnęła się mimowolnie. W przestrzeni kowenu wyglądał co najmniej porządnie, oceniła zadowolona. Zaczesane włosy, uprasowana koszula do prostej szaty, żadnych plam po farbie na spodniach... Wyciągnął nawet dłoń na przywitanie, o ile oczywiście Anthony zechciał ją uścisnąć. Jeśli to zrobił, mógł poczuć blizny po ranach na wnętrzu dłoni. Lorraine, wciąż milcząc, pozwoliła mężczyznom wymienić uprzejmości. Nie zaprotestowała, gdy Baldwin wziął Fridę na ręce. Dziewczynka natychmiast objęła go za szyję i wtuliła buzię w jego jasne włosy. Odwróciła się jednak w stronę Lorraine, gdy ta zwróciła się do niej po imieniu.
– Muszę jeszcze coś tutaj załatwić. Pójdziesz do domu z tatą, dobrze? – utuliła czule dziewczynkę, uspokajając dłonie poprawieniem wiązania wstążeczek przy dziecinnej sukience. Czerpała zadowolenie z tego, że kierowana matczyną zapobiegliwością, naprawiła zawczasu jasny kubraczek, który był jak znalazł na chłodniejsze, jesienne poranki. Twarz Lorraine wydawała się łagodnieć, gdy zwracała się do dziewczynki, uwzględniając ją w rozmowie jak dorosłą. – Dopilnuj, żeby wszyscy wzięli się do pracy, zanim wrócę. Musimy wysprzątać główną izbę, żeby znowu było tam ładnie. Obejmujesz za mnie dowództwo... Obiecuję, że wrócę jak najszybciej. – Nachyliła się bliżej dziecka, nie potrafiąc powstrzymać się przed połaskotaniem Fridy w nos swymi długimi włosami, gdy zasłoniła konspiracyjnie jej uszko. – Z karmelkami – wyszeptała ze śmiertelną powagą w głosie. Bo chociaż wzdragała się na samą myśl o wizycie w cukierni, dla maleńkiej ghoulki gotowa była zdobyć się na podobne poświęcenie. – Pokaż tacie pieniążek, jaki dostałaś – dodała już głośniej, wymieniając przy tym spojrzenia z Baldwinem, który trzymał dziecko na rękach. Rozmowa bez słów, jakich przeprowadzili w życiu wiele. Jakże byli do siebie podobni w tej chwili. Baldwin przechylił lekko głowę, w dobrze znanym manieryzmie, ale Lorraine zacisnęła usta. – Na ofiarę dla potrzebujących – podkreśliła, wskazując brodą w stronę kasetki na datki przy wejściu do kowenu.
Nie było z nią dyskusji.
"Projekt jadłodajni brzmi wybornie. Czy w tym zakresie planujesz wesprzeć lokalne miejsce z odpowiednim zapleczem? Zważ, że nie mam na myśli Wiwerna, ale dotarły do mnie słuchy, że to drugie miejsce również przetrwało pożogę."
– Według ciebie Nokturn ogranicza się do dwóch garkuchni? – spytała z niedowierzaniem przemieszanym z rozbawieniem. Z łatwością dostosowała jednak tembr swego głosu, aby wybrzmiał naturalnie. W tej chwili Lorraine nie patrzyła na Anthony'ego. Obejrzała się przez ramię, żeby odprowadzić spojrzeniem Baldwina i Fridę, kierujących się w stronę wyjścia. – Świadoma jestem istnienia tej śmiesznej rywalizacji między Wiwernem a Rejwachem, jeśli do tego nawiązujesz. – Nie mówiła głośno, ale też nie unikała nazywania rzeczy po imieniu. Uniosła delikatnie rękę na pożegnanie, żeby pomachać rodzinie. Upewniła się, że darowany Fridzie pieniążek trafił do urny na datki dla biednych, zanim odwróciła się z powrotem do Anthony'ego. – Nie zamierzam narażać się bez potrzeby żadnemu. To nie służy interesom. Nie trzeba jednak być szczególnym znawcą natury ludzkiej, żeby dostrzec, że w przeciwieństwie do draba z Wiwerna, stary Tarp ma serce po właściwej stronie. Inaczej już dawno wyegzorcyzmowałby tego jazgoczącego ducha z lutnią. – Lorraine przewróciła wymownie oczami, przeżegnawszy się, gdy przechodzili w pobliżu ołtarza. – Zaangażował się w pomysł zorganizowania jadłodajni jeszcze przed pożarami. Zaproponowałam mu wcześniej podobną inicjatywę w związku z obchodami Mabon... Zmuszona zostałam jednak do przeorganizowania dotychczasowych planów. – Wzruszyła delikatnie ramionami. – Pytałam też innych zaufanych mi ludzi. Kilku chce wykazać się solidarnością wobec ofiar, sami bowiem ucierpieli w pożarach. Opowiem ci...
Po czym zniknęli w głębi kowenu.