08.03.2026, 14:17 ✶
To byłoby zabawne w głowie Dolohova – zbieranie się do wyjazdu z jego sypialni, chociaż dzisiaj nie spali razem – ale wciąż tkwił gdzieś na pograniczu wybudzenia i nawet zimna ręka przesuwająca palcami po zmęczonych oczach nie pomagała wyrwać się z tego stanu tak szybko jak by tego chciał. Jego ciało było gotowe do przeciągnięcia się i flegmatycznego sięgnięcia po paczkę papierosów mającego rozpocząć poranny rytuał wstawania, a nie zastanawiania się nad tym, czemu u licha Peregrinus wyglądał, jakby zbił ulubiony wazon swojej matki. Nic się tu przecież nie wydarzyło, a gdyby to nie był prawdziwy Peregrinus, tylko znowu jakaś zmora nawiedzająca budynek, powątpiewał aby udało jej się naśladować młodszego wieszcza z taką dokładnością.
Na nieme pytanie dotyczące alkoholu nawet nie odpowiedział – machnął jedynie ręką, że to nic ważnego i wydawał się w tym geście szczery. A później zaśmiał się głupkowato, przymykając oczy. Nie przerwał mu mimo wyraźnego rozbawienia i powoli docierającego do niego komizmu sprzed kilku sekund. Tak, zaryzykowałby stwierdzenie, że niektóre zachowania Trelawneya były nie do podrobienia.
– Ktoś, kto cię nie zna pomyślałby pewnie, że próbujesz wzbudzić moją zazdrość. – Tak naprawdę to ktoś, kto nie znał ich obojga. Bo pomijając to, że Peregrinus unikał takich zaczepek, Dolohov nie po to spędził czterdzieści lat życia na samouwielbieniu, żeby zwątpić w siebie akurat teraz i dopuścić do dyskusji myśl, że ktokolwiek śmiałby go w ten sposób zdradzić. Zwyczajnie łatwo wyłapywał w wypowiedziach wszelakie błędy umożliwiające mu zmiażdżenie oponenta. Nie dało się tego tak po prostu wyłączyć, nawet kiedy po drugiej stronie stołu siedziała osoba śniąca ci się nie tylko w snach proroczych. – Nie wydaje mi się – powiedział przez ziewnięcie, powoli wyciągając nogi spod pierzyny i opuszczając je na podłogę – żeby to była jakaś ważna wskazówka, bardziej moment, w którym dociera do ciebie, że to o to chodziło. – Wreszcie wstał, zrównując ich spojrzenia i zaczesując włosy na bok. Przypominał teraz bardziej siebie z okładek gazet, ale do idealnego podobieństwa brakowało wciąż pół tuzina kosmetyków. – Próbowałem cię złapać, ale nie mogłem. Dane mi było jedynie wsłuchać się we fragment wypowiedzi o tym, że sedno tkwi w powrocie, a później ziemia pod twoimi stopami się rozstąpiła i kobiecy chichot zagłuszył mi cokolwiek mówił ten twój nieudany wyjec. – Kontynuując wypowiedź odwrócił się do Peregrinusa plecami, zajęty krótkim spacerem do toaletki, z której wyciągnął maleńkie opakowanie prezentowe. – Chciałem dać ci to po powrocie, ale skoro mnoży mi się konkurencja... – Zbliżył się do niego, wyciągając z pudełeczka srebrny łańcuszek z zawieszką przedstawiającą księżyc w sierpie. Widoczna część tarczy księżyca wyglądała na kosztowną w swoich detalach przy tak miniaturowym rozmiarze, a reszta koła, wykonana z bursztynu, miała zapewne zdaniem Dolohova komplementować zwykle noszone przez niego akcesoria. Zapinanie mu tego teraz na szyi było pewnie głupiutkie, z czego wieszcz dobrze zdawał sobie sprawę, ale i tak zrobił to, mocno demaskując się w tym, jak ciężko znosił u swoich partnerów rzeczy, które nie orbitowały wokół niego samego. Cóż z tego, iż rozumiał ich sens i na nie pozwalał? Że nie był tyranem ani nie więził tu nikogo, a nawet postrzegał chwile rozłąki za zdrowe? Można przecież było żyć z czymś w zgodzie nawet jeżeli czasami drapało cię w gardle i musiałeś zapić to szklaneczką ginu.
Może to i lepiej, że dał mu to teraz? Gest był gwarancją bezpieczeństwa przedmiotu – teraz na pewno nie zje tego w nocy.
Nie dał mu przejrzeć się w lustrze. Cały czas stał naprzeciw i złapał nawet za materiał jesiennej kurtki, przesuwając nim pomiędzy opuszkami palców i myśląc nad czymś.
– Może gdybym dostał odrobinę motywacji, przypomniałbym sobie więcej szczegółów albo dokładny cytat. – Oczywistym było, że powie mu go tak czy siak. Zresztą, już do tego dążył, nie próżnując w wykorzystaniu – jak myślał – sekund zanim Trelawney stąd wyjdzie. Opuścił mu kołnierz, po pierwsze żeby ukryć tenże łańcuszek pod ubraniami, ale po drugie – żeby pocałować bok odsłoniętej szyi raz za razem, wędrując ustami w kierunku ucha. Zdecydowanie się już rozbudził, narzucając scenie gwałtowny rytm samym swoim jestestwem – niektórym ludziom z łatwością przychodziło robienie tego, czego chcieli i Dolohov był jednym z nich, nie ograniczając się nawet w chwili, kiedy przekazywał mu szeptem dokładną treść przepowiedni.
Na nieme pytanie dotyczące alkoholu nawet nie odpowiedział – machnął jedynie ręką, że to nic ważnego i wydawał się w tym geście szczery. A później zaśmiał się głupkowato, przymykając oczy. Nie przerwał mu mimo wyraźnego rozbawienia i powoli docierającego do niego komizmu sprzed kilku sekund. Tak, zaryzykowałby stwierdzenie, że niektóre zachowania Trelawneya były nie do podrobienia.
– Ktoś, kto cię nie zna pomyślałby pewnie, że próbujesz wzbudzić moją zazdrość. – Tak naprawdę to ktoś, kto nie znał ich obojga. Bo pomijając to, że Peregrinus unikał takich zaczepek, Dolohov nie po to spędził czterdzieści lat życia na samouwielbieniu, żeby zwątpić w siebie akurat teraz i dopuścić do dyskusji myśl, że ktokolwiek śmiałby go w ten sposób zdradzić. Zwyczajnie łatwo wyłapywał w wypowiedziach wszelakie błędy umożliwiające mu zmiażdżenie oponenta. Nie dało się tego tak po prostu wyłączyć, nawet kiedy po drugiej stronie stołu siedziała osoba śniąca ci się nie tylko w snach proroczych. – Nie wydaje mi się – powiedział przez ziewnięcie, powoli wyciągając nogi spod pierzyny i opuszczając je na podłogę – żeby to była jakaś ważna wskazówka, bardziej moment, w którym dociera do ciebie, że to o to chodziło. – Wreszcie wstał, zrównując ich spojrzenia i zaczesując włosy na bok. Przypominał teraz bardziej siebie z okładek gazet, ale do idealnego podobieństwa brakowało wciąż pół tuzina kosmetyków. – Próbowałem cię złapać, ale nie mogłem. Dane mi było jedynie wsłuchać się we fragment wypowiedzi o tym, że sedno tkwi w powrocie, a później ziemia pod twoimi stopami się rozstąpiła i kobiecy chichot zagłuszył mi cokolwiek mówił ten twój nieudany wyjec. – Kontynuując wypowiedź odwrócił się do Peregrinusa plecami, zajęty krótkim spacerem do toaletki, z której wyciągnął maleńkie opakowanie prezentowe. – Chciałem dać ci to po powrocie, ale skoro mnoży mi się konkurencja... – Zbliżył się do niego, wyciągając z pudełeczka srebrny łańcuszek z zawieszką przedstawiającą księżyc w sierpie. Widoczna część tarczy księżyca wyglądała na kosztowną w swoich detalach przy tak miniaturowym rozmiarze, a reszta koła, wykonana z bursztynu, miała zapewne zdaniem Dolohova komplementować zwykle noszone przez niego akcesoria. Zapinanie mu tego teraz na szyi było pewnie głupiutkie, z czego wieszcz dobrze zdawał sobie sprawę, ale i tak zrobił to, mocno demaskując się w tym, jak ciężko znosił u swoich partnerów rzeczy, które nie orbitowały wokół niego samego. Cóż z tego, iż rozumiał ich sens i na nie pozwalał? Że nie był tyranem ani nie więził tu nikogo, a nawet postrzegał chwile rozłąki za zdrowe? Można przecież było żyć z czymś w zgodzie nawet jeżeli czasami drapało cię w gardle i musiałeś zapić to szklaneczką ginu.
Może to i lepiej, że dał mu to teraz? Gest był gwarancją bezpieczeństwa przedmiotu – teraz na pewno nie zje tego w nocy.
Nie dał mu przejrzeć się w lustrze. Cały czas stał naprzeciw i złapał nawet za materiał jesiennej kurtki, przesuwając nim pomiędzy opuszkami palców i myśląc nad czymś.
– Może gdybym dostał odrobinę motywacji, przypomniałbym sobie więcej szczegółów albo dokładny cytat. – Oczywistym było, że powie mu go tak czy siak. Zresztą, już do tego dążył, nie próżnując w wykorzystaniu – jak myślał – sekund zanim Trelawney stąd wyjdzie. Opuścił mu kołnierz, po pierwsze żeby ukryć tenże łańcuszek pod ubraniami, ale po drugie – żeby pocałować bok odsłoniętej szyi raz za razem, wędrując ustami w kierunku ucha. Zdecydowanie się już rozbudził, narzucając scenie gwałtowny rytm samym swoim jestestwem – niektórym ludziom z łatwością przychodziło robienie tego, czego chcieli i Dolohov był jednym z nich, nie ograniczając się nawet w chwili, kiedy przekazywał mu szeptem dokładną treść przepowiedni.
with all due respect, which is none