Większość animagów nie miała jak wybrać zwierzę, w które się zmieniali – to się po prostu działo przy pierwszej przemianie i później już nie dało się tego zmienić, ale prawda była taka, że ten wybór był możliwy, tylko trzeba było wiedzieć, jak się do tego zabrać. McGonagall wiedzieli o tym doskonale, wynosząc transmutację na zupełnie inny poziom, jakby ich forma była tylko plasteliną, którą można było wepchnąć w formę. Wiedzieli o tym również specjaliści z Uagadou, gdzie normalnie na lekcjach w szkole uczono dzieci animagii. Nadal niewielu się to udawało, ale odsetek i tak był większy niż w innych częściach świata. Wybór kociej formy był dla Guinevere całkowicie przemyślany. Koty były świętym zwierzęciem w starożytnym Egipcie, były symbolem, a te były dla panny McGonagall ważne odkąd tylko pamiętała. Miesiącami przyglądała się kotom, studiowała ich anatomię, nawet rysowała je – w miejscu, czy w ruchu, uczyła się ich zachowania, zwyczajów i była gotowa na pierwszą przemianę w kota. Była zresztą jej preferowaną, chociaż tak całkowicie najczęściej można było zaobserwować niepełne, pośrednie formy, jak chociażby kocie oczy w zupełnie ludzkiej formie.
Więc zupełnie jakby była prawdziwym kotem, a nie tylko udawańcem, krążyła koło sterty drewna. To, co właśnie robiła, mogłaby pewnie zrobić też za pomocą magii, ale część magicznych stworzeń (w tym szkodników) inaczej reagowała widząc czarodzieja, a inaczej widząc… kota. I z tego właśnie powodu skończyła w kociej formie, drepcząc i kombinując jak wyłowić cholernego chochlika, który chichocząc i brzęcząc skrył się pomiędzy drewnem. Czuły koci słuch wyłapał zbliżające się doń kroki, a gdy Helloise pojawiła się w zasięgu wzroku, to i złote oczy na momencik się na nią przesunęły… ale nie zawołała jej po imieniu (a do Ginny nie od razu dotarło, że Hela chyba nigdy nie widziała jej w tej formie), na co kot lekko przekrzywił głowę… ale szybko wróciła spojrzeniem do drewnianych beleczek, wśród których ukrywał się szkodnik. Widziała go, a dokładniej to koci wzrok rejestrował te drobne ruchy, które wykonywał mały, złośliwy ludzik, który chyba zauważył, że kot to już nie jest jego jedyny problem…
To był moment. Ciche pyknięcie zrywanej koniczyny – przenikliwy pisk przypominający papuzi szczebiot – kocie ciałko naprężyło się i skoczyło w górę, lądując na górze sterty, odwróciła się niema od razu, a wyciągnięta, prawa łapka już miała uderzyć w szparę i wtedy właśnie chochlik postanowił salwować się ucieczką, wylatując przez szparę i śmiejąc się w bardzo irytujący sposób. Był jeden, one były dwie… poleciał więc w inną stronę, najpewniej się skryć. A kot? Kot mrużąc oczy odprowadzał go spojrzeniem i dwoma mocniejszymi uderzeniami ogona o drewniany klocek, nim głośniej wypuścił powietrze przez nos i… do głowy Ginny wpadło właśnie coś absolutnie fantastycznego, skoro Helloise jeszcze się nie zorientowała, że nie ma do czynienia z prawdziwym kotem!
Zeskoczyła na podłoże, po którym jeszcze przed chwilą krążyła i bez cienia żalu, złości czy jakiegokolwiek strachu zbliżyła się do kucającej czarownicy, witając ją cichym „miau?”. Patrzyła na nią, nie na kwiat koniczyny.