To, że Lestrange opiekowali się ogrodem, o niczym jeszcze nie świadczyło. Jedna z zarządczyń, Lorelei Lestrange, również na botanice nie znała się wcale, ale w niczym to przecież nie przeszkadzało, skoro były osoby, które ten temat interesował bardziej, jak właśnie Victorię, która ukochała sobie kwiaty i rośliny, od małego znajdując mnóstwo radości, gdy mogła pokopać trochę w ziemi. Ciemnowłosa przyjęła z pewnym spokojem, że sporą część ich rodziny nie obeszła wiadomość, jaką Lorelei wysłała do nich wszystkich. Wiedziała, że tematem zainteresował się Louvain, bo pierwszego dnia, gdy wybuchło im to w twarz, napisał do niej niemal paniczną wiadomość i nawet pokręcił się po ogrodzie w jej towarzystwie, ale chyba szybko stracił zainteresowanie tematem, a innych młodych tu wcale nie widziała, zresztą widoczne to było przy stole, gdy wypłynęła rozmowa. Victoria zaglądała tu w wolnych chwilach, których co prawda nie miała zbyt dużo, ale sprawa róż niezwykle ją martwiła.
– Wyrosły w ciągu jednej nocy. Jednego dnia ich nie było, a kolejnego wszyscy dostaliśmy wiadomość od cioci Lorci i wyglądało to właśnie… tak – czyli, że rozrosły się po dosłownie całym ogrodzie, biorąc go na własność. Zatrzymała się, gdy Laurence chciał przyjrzeć się bliżej kwiatom i łodygom, kolcom i liściom. Wyglądały klasycznie, to znaczy jak u każdej róży, za wyjątkiem koloru płatków. – Moim zdaniem ma to coś wspólnego z anomaliami, jakie można było zaobserwować w ciągu lata… Wiesz, o tym, że rośliny w różnych częściach Anglii nagle na przykład rosły do niespotykanych rozmiarów, albo atakowały kogoś… – jak miało miejsce u Abbottów bodaj w lipcu. – Te na nikogo się nie rzuciły, po prostu rozrosły się w ciągu kilku godzin, gdy akurat nikt nie patrzył i ani myślą się stąd wynieść – dodała szybko, by nie było wątpliwości, że ich róże nie są agresywne… A przynajmniej nie były agresywne póki co. – Hm… Niee… ale nie do końca. Nie wiem jak to wyjaśnić, ale… wiesz, pierwszego dnia byłam tutaj i odwiedziłam oranżerię, a tam stała sobie taka bardzo stara donica i w niej jedna róża – tu kiwnęła głową w kierunku najbliższego krzaczka, by kuzyn miał pewność, że mówi właśnie o nich. – Wzięłam ją ze sobą do domu, bo to wręcz idealne do zbadania, nie trzeba nic rozkopywać, przycinać, uszkodzić, bo wszystko jest już gotowe. A jakieś półtorej tygodnia później znowu trafiłam do oranżerii… i tam znowu stała taka super stara donica, a w niej jedna samotna róża – więc czy można to było nazwać rozrastaniem się? Niezupełnie. Ale działo się tu coś zdecydowanie dziwnego.