– Ślizgon, Puchonka i Krukon… A żadnemu Gryfonowi nic się nie stało? Hmmm? – to ją najbardziej interesowało – że brakowało czwartego punktu, a nie jakieś kible zjadające uczniów, czy stwory z Zakazanego Lasu. Tak, było to absurdalne, zakazywać czegoś, a potem wysyłać tam dzieci w ramach odrabiania szlabanu, ale magiczny świat widział już chyba dziwniejsze rzeczy, a Ginny, która nasłuchała się o szkole od ojca, jakoś nawet nie mrugnęła, a przecież było to niebezpieczne. Z drugiej strony nie wzięła odpowiedzi Cathala na poważnie. – Zresztą brzmi to jak niezły wstęp do żartu. Ślizgon, Puchonka i Krukon wchodzą do baru… – zwiesiła głos zostawiając to zdanie takie niedokończone.
– Myślałam, że w takich sklepach sprzedaje się już wyklute ptaki, a nie… nie jajka – mruknęła i zerknęła zresztą na Cala kontrolnie, ale akurat to co mówił już jak żart nie brzmiało. – Przyszło mi też do głowy, że może jakieś złote jajko – albo ziemniak – miałoby jeszcze sens, ale takie zwęglone… hmm – ostatecznie jednak wzruszyła ramionami i trochę pożałowała tego gestu, bo zaraz syknęła cicho i odruchowo złapała się lewą dłonią za prawe ramię, jakby to miało uśmierzyć ten nagły ból.
– Brzmi znajomo, co? – faktycznie Cal już dłuższy czas ślęczał nad napisami i szło to źle do tego stopnia, że czasami naprawdę trzeba go było od pracy odciągać siłą. – Ale nie sądzę, Blackwoodzi wydają się na tyle sztywni, że nie przyszłyby im do głowy podobne głupoty – nie to co Ginny, która potrafiła myśleć dość nieszablonowo, ale większość to były żarty, których wcale by nie zrobiła. Szanowała cudzą pracę, tak jak szanowała cudze granice i choć nie brała życia i świata bardzo na poważnie, tak jednocześnie dość pokornie przyjmowała to, co stawało jej na drodze. – Nie denerwuj się na zapas, złość piękności szkodzi – dodała jeszcze, nim cofnęła się pamięcią do Deir el-Bahari, które prawdopodobnie uratowało jej życie, bo to dla pracy tam, przy Świątyni Milionów Lat, w jej poczuciu dużo ważniejszej, zrezygnowała z wykopalisk w Izraelu, gdzie znaleziono nieaktywnego golema… a gdy już udało im się go aktywować (Ginny była już wtedy w Egipcie), wpadł w szał i wymordował połowę ekipy. Guinevere była z tych osób, które uważały, że nic nie dzieje się bez przyczyny. – Mmm, w Deir el-Bahari było sporo mugoli, ale na szczęście przynajmniej przez jakiś czas nam nie przeszkadzali, chyba dobre dwa albo nawet i trzy miesiące badali jakieś dekoracje na malunku ptasiego kupra, bo tylko tyle z niego zostało. Co rano zakładaliśmy się, czy w końcu dojdą do porozumienia czy nie, czy ptasia dupa w końcu odkryje swoje tajemnice, czy zostaną pogrzebane na zawsze. Przez długi czas duża grupa upierała się, że to żuraw, ale była też frakcja antyżurawia – skojarzyło jej się to z długim ślęczeniem nad pozbawionym sensu wierszykiem, albo znakami, które w którymś miejscu mogły się zatrzeć, kompletnie zmieniając znaczenie pozostawionych w dawnych czasach słów. – To był sekretarz, jakbyś się zastanawiał. Żaden żuraw – kawał bezcennej historii, ale w obliczu historii o ptasim kuprze – było w tym coś zabawnego i niepoważnego. A była to sama prawda.
– Tak? – zapytała równie niewinnie, co się przed momentem uśmiechała. – A jakie? – co prawda nie zamknęła go w labiryncie specjalnie (w tym też siebie) i chciała się stąd wydostać, ale prawdę powiedziawszy nie miałaby nic przeciwko, by faktycznie zobaczyć go bez koszuli. Tak jak i Cathal, tak i ona nie należała do tych nieśmiałych osób, które łatwo było spłoszyć podobnymi tekstami, miała za to w sobie trochę taktu i starała się nie narzucać, nawet jeśli ktoś jej się podobał, chyba, że wyczuwała z drugiej strony jakieś przyzwolenie.
I faktycznie chwilę później zobaczyli wyjście z labiryntu, na co Nefret odetchnęła i raz jeszcze spojrzała na swoje wahadełko, a dopiero potem na Cala… i ostatecznie narzuciła sobie łańcuszek z powrotem na szyję. Nie była pewna, czy to podziała, ale najwyraźniej tak. Ostatecznie szła za przeczuciem.
– Bałam się, że będziemy tam błądzić trochę dłużej.