• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[09.10.1972] And the sky is made of velvet

[09.10.1972] And the sky is made of velvet
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#5
10.03.2026, 13:08  ✶  
Uśmiech… Człowiek w moim wieku, z wieloma różnymi doświadczeniami, widział już różne jego odmiany - uśmiech ulgi, uśmiech zmęczenia, uśmiech ludzi, którzy próbują przekonać samych siebie, że wszystko jest w porządku - ten u Prudence był inny, zauważyłam to praktycznie od razu, jeszcze zanim spytałam, co go spowodowało.
- Filiżanki pękają - kiwnęłam głową, spokojnie, prawie mimochodem - ptaki zmieniają kierunek lotu. Psy zaczynają szczekać w środku nocy bez powodu. - Mogłabym tak wymieniać bez końca, ale wystarczyło, że w tym jednym nie było między nami niezgody - faktycznie - nic nigdy nie działo się bez przyczyny, nawet jeśli czasami poznawaliśmy ją dopiero po latach albo wcale.
Od samego początku dnia wiedziałam, że coś musiało być na rzeczy, zbyt wiele drobnych zdarzeń zakłóciło naturalny bieg mojej rutyny, nakłaniając mnie do tego kontaktu, wspomniana filiżanka była wyłącznie wisienką na torcie, czubkiem deseru lodowego, pod którego powierzchnią, głęboko we wnętrzu, kryły się jeszcze inne znaki. Zawsze zresztą lubiłam twierdzić, iż przed najistotniejszymi wydarzeniami, tymi wpływającymi w jakiś sposób na dynamikę naszych rodzinnych relacji, zawsze pojawiały się jakieś dyskretne omeny, mające zwiastować zmiany w dotychczasowej równowadze sił, a dziś dostrzegałam je od samego rana, praktycznie aż do tej pory. Może dlatego nie spieszyłam się z pochopnymi wnioskami dotyczącymi zachowania wnuczki - nie próbowałam zgadywać, co się stało, choć mogłam mieć pewne różnorodne domysły - zdecydowanie wolałam poczekać na naturalny rozwój sytuacji. Przyglądałam się jej z tym cichym, uważnym zainteresowaniem, które miało w sobie tyle samo czułości, co ciekawości, dopóki nie wymieniłyśmy uścisku, który sam w sobie również całkiem sporo mi powiedział - był zupełnie inny, niż ten przed paroma dniami, w moim korytarzu - ten teraz był ciepły, mocny, wyrazisty, pełen pozytywnej energii, którą Prudence emanowała, niczym kociołek na rozżarzonym palenisku.
Dopiero odsuwając się od wnuczki, poczułam znowu znajomy chłód październikowego wieczoru na karku, mocniej otulając się chustą, którą trzymałam na ramionach i poprawiając fartuch przeznaczony do pracy w ogrodzie. Zazwyczaj nie byłabym chętna, by skorzystać z propozycji pomocy z rabatami, którą mi złożyła, przywykłam do samodzielnego zajmowania się takimi rzeczami, jednak dzisiaj było inaczej - wiedziałam, że w Prudie wibrowały pokłady zupełnie innej energii, niż podczas naszego wspólnego czasu na przełomie miesięcy, który spędziłyśmy w czterech ścianach, podczas zupełnie innej aury pogodowej. Warto było zatem, by dobrze wykorzystała te zasoby, a ja akurat miałam na to idealne rozwiązanie - szałwia do okadzeń lubiła, gdy zbierało się ją z odpowiednim nastawieniem - Matka Natura zdecydowanie potrafiła dobrać właściwą oprawę, zapewne porozumiewawczo uśmiechając się do nas z góry. Dziś na zewnątrz było znacznie ładniej niż wtedy, kiedy widziałyśmy się po raz ostatni, pogodnie i rześko, co sprzyjało oddychaniu pełną piersią.
To była ta pora roku, kiedy wszystko powoli cichło, ale zanim to nastąpiło, ziemia jeszcze oddawała ostatnie zapachy lata - z zarośniętego sadu obok niezamieszkałego domu, tego tuż za bocznym płotem mojej własnej posesji, ciągnęła na przykład nuta wilgotnych liści i fermentująca słodycz późnych owoców, których nikt nie zebrał, mieszająca się z ziołami z mojej własnej grządki, i chociaż w teorii nie brzmiało to przyjemnie, w praktyce było zupełnie inaczej. Ten zapach kojarzył mi się z naprawdę przyjemnymi chwilami spędzanymi tu na przestrzeni dekad - w różnych odsłonach, niekiedy w towarzystwie, niekiedy samej, szczęśliwej, promieniującej lub chmurnej i potrzebującej wyładowania - wprawiając mnie w jeszcze lepszy nastrój, niż wcześniej. Nie dało się jednak ukryć, że za polepszenie atmosfery w znacznym stopniu odpowiadała głównie moja wnuczka i to, co ze sobą przyniosła - pokręciłam więc głową, chcąc naprędce zbyć jej żartobliwe założenia.
Spojrzałam na nią tak, jak patrzyło się na kogoś, kto właśnie powiedział coś jednocześnie bardzo poważnego i zupełnie niedorzecznego, przy czym uniosłam brew tak wysoko, że aż poczułam, jak marszczy mi się skóra na czole.
Potem prychnęłam cicho.
- Oczywiście. - Powiedziałam powoli, z tą spokojną ironią, która zawsze wkradała się do mojego głosu, kiedy ktoś mówił coś szczególnie niemądrego. - Wyjdź. Przejdź się kawałek, zamknij za sobą furtkę, a potem wejdź jeszcze raz, tylko tym razem wolniej. - Przechyliłam głowę lekko na bok, przyglądając jej się spod przymrużonych powiek. - Może wtedy zdążę się przygotować na wizytę własnej wnuczki. - Wytrzymałam jeszcze sekundę tej teatralnej powagi, po czym machnęłam ręką, jakby odganiała natrętną muchę. - Nie wygłupiaj się.
Skinęłam głową w stronę rabaty, gdzie srebrzyste liski poruszały się lekko na wietrze.
- Więc wygląda na to, że jednak trafiłaś we właściwy moment. - Odparłam z aprobatą, nie dodając już nic odkrywczego, tylko wracając do kończenia wieczornych zajęć w ogrodzie.
Patrzyłam, jak bez słowa narzekania na brudzenie sobie rąk w chłodnej glebie, zupełnie w ciszy, lecz jednocześnie bardzo zdecydowanym ruchem, moja wnuczka przykucnęła przy szałwii. Zabrała się do pracy z tą swoją charakterystyczną dokładnością, która ani trochę nie była w stanie mnie zadziwić - Prudence zawsze robiła rzeczy w ten sposób, nawet kiedy była dzieckiem, nie umiała czegoś zrobić „byle jak” - pamiętałam to jeszcze z czasów, gdy była dużo młodsza i potrafiła siedzieć przy stole godzinami nad jakimś zadaniem tylko dlatego, że chciała zrobić je najlepiej, jak się tylko dało. Dziś również nie podążała ścieżką na skróty, chociaż zachowywała się inaczej niż zwykle, dzisiaj bez wątpienia poruszała się tak, jakby coś w jej wnętrzu nagle stało się lżejsze. Słyszałam nawet, jak mruczy coś pod nosem, chociaż nie słyszałam, co to było - nie wnikałam - uśmiechnęłam się do siebie, krótko, prawie niedostrzegalnie, a potem wróciłam do działania, tym razem nie kucając przy ziemi.
Podniosłam wzrok znad własnych dłoni dopiero wtedy, kiedy podeszła bliżej. Słońce opadło już prawie całkiem za linię drzew, wiatr przeszedł przez ogród pod postacią mocniejszego podmuchu, liście jabłoni zaszeleściły nad naszymi głowami, a dookoła zrobiło się jeszcze trochę ciemniej - światło miało już w sobie coraz wyraźniejszy chłodny odcień nadchodzącego wieczoru, ale powiew jeszcze nie był na tyle nieprzyjemny, byśmy musiały od razu chować się w domu - lubiłam tę porę dnia, zawsze była tak spokojna, skłaniała do myślenia, miała w sobie odpowiednio dużo łagodności i nostalgii…
Spojrzałam na szałwię w jej rękach i skinęłam głową z uznaniem.
- Dobrze. - Powiedziałam spokojnie. - W sam raz. - Skinęłam głową w stronę starego kamiennego stołu pod ścianą domu - tego, który stał tam od lat, trochę przekrzywiony, wciąż wiernie służył do wszystkiego, od krojenia ziół po łuskanie orzechów. Na blacie leżał kawałek lnianego sznurka i płytki wiklinowy kosz, w którym zwykle odkładałam zioła zanim związałam je w pęczki. - Połóż ją tam, na stole. Zaraz ją podzielimy na mniejsze wiązki. Takie, które da się powiesić w na strychu. Muszą wyschnąć powoli, inaczej stracą zapach. - Stwierdziłam, mierząc ją lekko zamyślonym spojrzeniem. - Właściwie… Możemy to zrobić wewnątrz. Zaniesiesz wszystko na poddasze?
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Bard Beedle (2284), Prudence Fenwick (1646)




Wiadomości w tym wątku
[09.10.1972] And the sky is made of velvet - przez Bard Beedle - 06.03.2026, 19:32
RE: [09.10.1972] And the sky is made of velvet - przez Prudence Fenwick - 06.03.2026, 23:07
RE: [09.10.1972] And the sky is made of velvet - przez Bard Beedle - 07.03.2026, 12:58
RE: [09.10.1972] And the sky is made of velvet - przez Prudence Fenwick - 09.03.2026, 20:06
RE: [09.10.1972] And the sky is made of velvet - przez Bard Beedle - 10.03.2026, 13:08
RE: [09.10.1972] And the sky is made of velvet - przez Prudence Fenwick - 10.03.2026, 21:50

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa