Nie miał pojęcia jak powinien to wytłumaczyć Stelli. Nie wiedział też jak sam powinien się zachować w tej sytuacji. Całkowicie go przerosła. Praca w ministerstwie była pikusiem przy tym co się aktualnie działo.
- Tak. Spokojnie. Masz rację - przytaknął ale wcale się nie uspokoił. Miał 1000 myśli na raz. A co najgorsze, większość z nich chodziły po najgorszych torach. Analizował setki możliwości w tym momencie. Szukał tego najbardziej optymalnego. Czuł się jakby rozgrywał teraz mistrzostwa szachów czarodziei.
- Nie wiem Stella. Zagubiłem się już w tym wszystkim - przyznał się przed nią - Jak teraz to rozegramy, że my… No wiesz… Tam… - znowu podrapał się po szyi, walcząc sam ze sobą, aby się przemóc - No… Razem nie? - zaciągnął dużo powietrza, aby następnie je ciężko wypuścić - Um… No to wtedy już będzie całkowity koniec. Wszyscy wokół będą wiedzieć. Ona wszystkim powie. Koleżankom, znajomym, rodzinie - zaczął wymieniać i tłumaczyć - W-S-Z-Y-S-T-K-I-M - przeliterował aby to dokładnie podkreślić. Potrzebował czasu. Musiał to sobie poukładać w głowie. Podparł głowę lewą dłonią i zmarszczył brwi. Rozpoczął batalię sam ze sobą.
Gdzieś w głębi duszy pewnie chciał aby tak się stało jak mówił ale nie był pewien. Bał się wielu rzeczy. Przede wszystkim dzieliły ich co najmniej 4 ligi. Stella, dama z dworów, która była ustawiona do końca życia w momencie w którym się urodziła. A Stanley co? Nic. Zwykły parobek do pomiatania w ministerstwie. Chłopak na posyłki i do wykonywania samej ciężkiej roboty. Zresztą, co tu było porównywać. Ona - brylowała po bankietach, znała najważniejsze osoby i miała talent w rękach. On - szwędał po pubach, znał Samuela z brygady uderzeniowej i miał dwie lewe ręce. Idealnie połączenie Stanley. Wyglądasz przy niej jak totalna pokraka pomyślał. Nawet się nie potrafisz wyprowadzić od matki kontynuował nagonkę na samego siebie. Przecież to tak jakby ktoś ze szlachty związał się z kimś z pospólstwa. Niewyobrażalne. Nie mógł narazić Stelli na taką stratę wizerunkową.
- Nie no, to bez sensu jest - wyrzekł z niezadowoleniem w głosie. Położył swoją lewą dłoń na stół, która zaczęła od razu trząść się ze stresu - Mam własną matkę oszukiwać, aby tylko była zadowolona? - zapytał z widoczną prośbą o pomoc. Zależało mu aby Anne była z niego dumna. Chociaż przez chwilę. Nawet ułamek sekundy. Ale zrobienie takiej akcji to już chyba lekki przerost formy nad treścią. Przynajmniej Stanley tak uważał. Jeżeli raz tak zrobią. Będą musieli już tak za każdym razem odgrywać przed jego matką. I tego się właśnie obawiał.
- Jak wtedy błagałem Cię o wybaczenie. Tak teraz błagam Cię o pomoc - nie widział innej opcji - Jak ty to widzisz w tym momencie? Żeby to dobrze wyszło? - dopytał - I żeby Cię w nic nie wciągać. W żadne takie rzeczy - wyjaśnił. Niby nie chciał jej w nic mieszać, a tak naprawdę stała się jego partnerką w zbrodni w momencie w którym zgodziła się tutaj dzisiaj przyjść. Chyba nie mieli innej opcji jak dalej w to brnąć i udawać w najlepsze parę przed jego matką.
Liczył na wybawienie ze strony panny Avery. On uratował ją we śnie, a ona mogła teraz uratować go w trakcie tego obiadu. Może powinien się przez cały obiad nie odzywać i pozwolić aby to Stella odpowiadała na wszystkie pytania? W taki sposób mogliby uniknąć niepotrzebnych nieporozumień. Nie mieli przecież za dużo czasu aby ustalić całkowity plan działania. Godzina 12 zbliżała się bezlitośnie, a wraz z nią początek szopki.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972