11.03.2026, 10:30 ✶
– Gryfoni mają w zwyczaju spadać na cztery łapy. Po prostu czasem je łamią – skwitował Cathal, bo faktycznie nie pamiętał, aby w tamtym okresie zaginął jakiś Gryfon. A skoro tego nie pamiętał, albo do takiego wydarzenia nie doszło, albo był tak absolutnie tym niezainteresowany, że jakoś przeleciało mu to koło uszu. W każdym razie zawsze trochę uważał, że w wypadku Gryfonów można mówić o tym, że głupi ma szczęście, bo pakowali się w kłopoty szczególnie często. – Może złożył je jeden z ptaków na sprzedaż? Albo niektóre magiczne zwierzęta przywiązują się do tych, którzy je wyklują i wychowają? – odparł, wzruszając lekko potężnymi ramionami, bo gdy szło o magiczne stworzenia, to interesowały go przede wszystkim węże, i jakoś nigdy nie miał szczególnego zamiłowania do ptaków.
Zerknął na nią nieco uważniej, gdy syknęła, ale się nie odezwał. Może znajdowało tutaj zastosowanie powiedzenie, że szewc bez butów chodził, a uzdrowicielka chodziła poraniona, ale jeśli cokolwiek jej dolegało, niewiele mógł zrobić w tej chwili: co najwyżej później w obozie rzucić do Nell, żeby obejrzała McGonagall.
– Kto wie, może mieli jakiegoś niepokornego syna? – rzucił, z czystej przekory, bo przecież ledwo chwilę temu myślał to samo. Byli w dość ewidentny sposób dyktatorami, po prostu w niewielkiej społeczności, a Augustus jeszcze miał jakiś kompleks boga i w swoich eksperymentach ostatecznie doprowadził do śmierci wszystkich mieszkańców wioski, więc Cal jednak wątpił, aby w przypływie poczucia humoru umieścił na ścianie dziwne znaki, bo „może za dwieście lat ktoś będzie się zastanawiał, co takiego oznaczają”. – Jestem tak piękny, że denerwowanie się mi nie zaszkodzi – stwierdził, tym razem z kamiennym wyrazem twarzy, i z pewnością siebie mężczyzny, który akurat sprawami własnej urody zupełnie się nie przejmował, ale też nigdy nie czuł, że musi komukolwiek cokolwiek udowadniać. A przynajmniej nie czuł czegoś takiego w dorosłym życiu.
Wysłuchał jej opowieści i kiwnął powoli głową, ale po prawdzie mógł zrozumieć to badanie przez dwa miesiące dekoracji na malunku ptasiego kupra, tym razem więc nie skwitował tego pełnym pogardy „mugole”. Praca archeologa była mrówcza, często traciło się całe miesiące na coś, co okazywało się ślepym zaułkiem, a czasem drobny przedmiot znaleziony w grobie przypadkowej osoby mógł dać morze informacji o całej społeczności. I ponieważ z konieczności miał pewną styczność także z mugolskimi archeologami, pracującymi w Egipcie, wiedział, że te ich prace w porównaniu z mugolskimi można było uznać wręcz za łatwe – mimo tego, że stykali się podczas nich z klątwami czy wymyślnymi pułapkami, z którymi trzeba było sobie poradzić. Magia pomagała w wielu sprawach, zwłaszcza gdy nie chcieli uszkodzić jakichś eksponatów czy odgrzebać zasypane miejsca.
– Dlaczego mam ci podpowiadać? Bądź bardziej kreatywna – zakpił po swojemu, przechodząc pod łukiem. Rośliny zaszeleściły i gdy Cathal obrócił głowę, widział znów tylko łuk: żadnych żywopłotowych ścian. Przemyślna pułapka… czy raczej faktycznie chyba żart. – Może dlatego wciąż tu stoi i ludzie o nim nie uprzedzają na prawo i lewo. Ponieważ tak naprawdę nie jest aż taki problematyczny – ocenił, sięgając ku łukowi i powoli przesuwając palcami po jednym z liści, jakby chciał poznać jego fakturę i porównać z setkami innych roślin, z którymi się zetknął. Nie mógł oprzeć się myśli, że ktoś, kto to tutaj zostawił, musiał albo mieć poczucie humoru, albo być złośliwym. I że w gruncie rzeczy bardzo chciałby zasadzić coś podobnego przy posiadłości Gauntów.
Aż uśmiechnął się do siebie na tę myśl.
Mroczny labirynt, pojawiający się znikąd, pełen ogromnych węży…
– Chcesz zwiedzać Hogsmeade czy zabieramy się do najbliższego kominka Fiuu? – spytał Cathal, bo to był zdecydowanie koniec spaceru, zwłaszcza że wyglądało na to, że zaraz znowu lunie deszcz.
Zerknął na nią nieco uważniej, gdy syknęła, ale się nie odezwał. Może znajdowało tutaj zastosowanie powiedzenie, że szewc bez butów chodził, a uzdrowicielka chodziła poraniona, ale jeśli cokolwiek jej dolegało, niewiele mógł zrobić w tej chwili: co najwyżej później w obozie rzucić do Nell, żeby obejrzała McGonagall.
– Kto wie, może mieli jakiegoś niepokornego syna? – rzucił, z czystej przekory, bo przecież ledwo chwilę temu myślał to samo. Byli w dość ewidentny sposób dyktatorami, po prostu w niewielkiej społeczności, a Augustus jeszcze miał jakiś kompleks boga i w swoich eksperymentach ostatecznie doprowadził do śmierci wszystkich mieszkańców wioski, więc Cal jednak wątpił, aby w przypływie poczucia humoru umieścił na ścianie dziwne znaki, bo „może za dwieście lat ktoś będzie się zastanawiał, co takiego oznaczają”. – Jestem tak piękny, że denerwowanie się mi nie zaszkodzi – stwierdził, tym razem z kamiennym wyrazem twarzy, i z pewnością siebie mężczyzny, który akurat sprawami własnej urody zupełnie się nie przejmował, ale też nigdy nie czuł, że musi komukolwiek cokolwiek udowadniać. A przynajmniej nie czuł czegoś takiego w dorosłym życiu.
Wysłuchał jej opowieści i kiwnął powoli głową, ale po prawdzie mógł zrozumieć to badanie przez dwa miesiące dekoracji na malunku ptasiego kupra, tym razem więc nie skwitował tego pełnym pogardy „mugole”. Praca archeologa była mrówcza, często traciło się całe miesiące na coś, co okazywało się ślepym zaułkiem, a czasem drobny przedmiot znaleziony w grobie przypadkowej osoby mógł dać morze informacji o całej społeczności. I ponieważ z konieczności miał pewną styczność także z mugolskimi archeologami, pracującymi w Egipcie, wiedział, że te ich prace w porównaniu z mugolskimi można było uznać wręcz za łatwe – mimo tego, że stykali się podczas nich z klątwami czy wymyślnymi pułapkami, z którymi trzeba było sobie poradzić. Magia pomagała w wielu sprawach, zwłaszcza gdy nie chcieli uszkodzić jakichś eksponatów czy odgrzebać zasypane miejsca.
– Dlaczego mam ci podpowiadać? Bądź bardziej kreatywna – zakpił po swojemu, przechodząc pod łukiem. Rośliny zaszeleściły i gdy Cathal obrócił głowę, widział znów tylko łuk: żadnych żywopłotowych ścian. Przemyślna pułapka… czy raczej faktycznie chyba żart. – Może dlatego wciąż tu stoi i ludzie o nim nie uprzedzają na prawo i lewo. Ponieważ tak naprawdę nie jest aż taki problematyczny – ocenił, sięgając ku łukowi i powoli przesuwając palcami po jednym z liści, jakby chciał poznać jego fakturę i porównać z setkami innych roślin, z którymi się zetknął. Nie mógł oprzeć się myśli, że ktoś, kto to tutaj zostawił, musiał albo mieć poczucie humoru, albo być złośliwym. I że w gruncie rzeczy bardzo chciałby zasadzić coś podobnego przy posiadłości Gauntów.
Aż uśmiechnął się do siebie na tę myśl.
Mroczny labirynt, pojawiający się znikąd, pełen ogromnych węży…
– Chcesz zwiedzać Hogsmeade czy zabieramy się do najbliższego kominka Fiuu? – spytał Cathal, bo to był zdecydowanie koniec spaceru, zwłaszcza że wyglądało na to, że zaraz znowu lunie deszcz.