11.03.2026, 11:38 ✶
Turlanie się ze wzgórza zdecydowanie nie było w jej tegorocznym bingo, ale hej - nie ma niespodzianki bez odrobiny zabawy. Czy jakoś tak. Szkoda, że ta zabawa była tak bolesna. Otóż bowiem turlanie się ze wzgórza w obecnej chwili wcale nie było tak fajne, jak wtedy gdy turlała się za dzieciaka po wzgórzach pełnych śniegu. Teraz miała wrażenie, że połamała coś ważnego. Coś co mogło być kością, a co mogło być równie dobrze różdżką, którą miała niedbale wetkniętą do kieszeni. Sama Charlotte obita była koncertowo: jeszcze nie widać było siniaków, lecz zadrapania na jej skórze pyszniły się czerwienią, a włosy zebrały po drodze sporo bagażu, takiego jak gałązki, liście i oczywiście błoto. Zapewne - znając jej szczęście - wytarzała się przy okazji w jakimś gównie, bo hej: czemu nie, co jeszcze gorszego mogło ją spotkać tego wieczoru?
- Baldwin! - jęknęła głucho, próbując powstrzymać wymioty. Kręciło jej się w głowie, bolał ją absolutnie każdy kawałek ciała, a on... Napatoczył się. Znowu. A może po raz pierwszy? Świadomość Charlotte lubiła płatać jej figle, szczególnie gdy świat wokół się kręcił. - Sorry. Zdawało mi się, że ktoś...
Zaczęła, próbując się podnieść. Zerknęła przez ramię i struchlała. Nie zdawało jej się - na wzgórzu faktycznie stał ktoś. Ktoś, którego zakola już dawno cofnęły się do linii dupy i teraz łysa glaca błyszczała w świetle księżyca. Ciemna sylwetka rozstała na moment rozproszona, gdy z trzymanej przez nią różdżki wystrzeliło zaklęcie. Nie trafiło: promień ognia gruchnął tuż obok Malfoya i Mulciberówny, popieląc trawę, na której stali.
- WIEJ! - Charlotte zerwała się na równe nogi, lecz zachwiała się. Nadal kręciło jej się w głowie, więc to "wiej" w jej wykonaniu nie wyglądało za dobrze. Przypominało raczej nieudolną próbę złapania równowagi, przy czym kobieta nie zrobiła nawet kroku w przód. Ba, zachwiała się niebezpiecznie w tył.
- Baldwin! - jęknęła głucho, próbując powstrzymać wymioty. Kręciło jej się w głowie, bolał ją absolutnie każdy kawałek ciała, a on... Napatoczył się. Znowu. A może po raz pierwszy? Świadomość Charlotte lubiła płatać jej figle, szczególnie gdy świat wokół się kręcił. - Sorry. Zdawało mi się, że ktoś...
Zaczęła, próbując się podnieść. Zerknęła przez ramię i struchlała. Nie zdawało jej się - na wzgórzu faktycznie stał ktoś. Ktoś, którego zakola już dawno cofnęły się do linii dupy i teraz łysa glaca błyszczała w świetle księżyca. Ciemna sylwetka rozstała na moment rozproszona, gdy z trzymanej przez nią różdżki wystrzeliło zaklęcie. Nie trafiło: promień ognia gruchnął tuż obok Malfoya i Mulciberówny, popieląc trawę, na której stali.
- WIEJ! - Charlotte zerwała się na równe nogi, lecz zachwiała się. Nadal kręciło jej się w głowie, więc to "wiej" w jej wykonaniu nie wyglądało za dobrze. Przypominało raczej nieudolną próbę złapania równowagi, przy czym kobieta nie zrobiła nawet kroku w przód. Ba, zachwiała się niebezpiecznie w tył.