11.03.2026, 22:29 ✶
Louvain, chciał tego czy nie, również był zwierzęciem. Stare instynkty nie wygasały w człowieku. Wciąż i wciąż odzywały się, a ten musiał wciąż i wciąż powściągać je — oto zwierzę, które samo siebie przemocą poskramia, wygryza własne pazury po macierze. Helloise zaś w rozważaniach i decyzjach swego ducha sama była sobie panią — na zawołania własnej potrzeby czy chętki odpowiadała: tak, w przeciwieństwie do niewolników, którzy z mozołem powtarzali podszeptom serca: nie-nie, nie-nie. Nie oblekała się ona w paradny chłód pożądany wśród czarodziejskiej socjety. Nie potrzebowała swoich afektów spychać pod maskę, ukrywać, wstydzić się ich i tłamsić. Nie bała się czegoś przeżyć, a gdy to przeżyła, gdy zareagowała, wyczerpaniu ulegały sentymenty, więc nie mogły truć jej więcej. Odstępowała od przeżytych doświadczeń pogodna, wolna, oczyszczona; nieobciążona ciężarem niezrealizowanych, stłumionych pasji, które miały w przeciwnym razie kłębić się w człowieku i nigdy nie znaleźć ujścia.
Taka była właściwość natur silnych, że nie bały się samych siebie.
Naprzeciw Helloise zaś stawał oswojony zwierzak kanapowy zakuty w obróżkę dobrego wychowania, kultury i powinności. Szarpał się na tym łańcuchu — ciągnęło go ku rebelii — a jednak na korytarzach dworów i urzędów wciąż kłaniał się Ministrom i Panom. Żyli tam w socjecie piękni i lodowaci, i to piękno uwsteczniało ich, ponieważ było czyste, bezpieczne i ustalone. Nie szukało, nie odkrywało nowego. Bało się, wzdrygało, cofało. Być może Voldemort w rzeczy samej był najlepszym, co w ostatnim czasie przydarzyło się tym ludziom, mimo że kategorycznie nie najlepszym, co przydarzyło się świętościom.
Życie w zgodzie ze sobą nie wykluczało się z rozumem czy dumą, a wręcz przeciwnie — sprzyjało im. Może i Helloise była pyszna, może i chełpliwa, lecz z pewnością dumna. Dumna na tyle bezkompromisowo, aby nie ugiąć się do tego, co próbowano jej narzucić, a jednocześnie niewystarczająco sprytna, aby zmusić społeczeństwo do zaakceptowania jej sposobu bycia. Tak było, gdy jeszcze próbowała się odnaleźć w świecie; potem znalazła własny świat i przestała próbować. Społeczeństwo nie lubiło tych, którzy wyłamywali się poza schemat, zostawiali niepokojące rysy na ich strefach komfortu. Takie jednostki czekała jedynie kara — i jeśli był w Helloise jakikolwiek chłód, to wyłącznie ten wyhartowany przez kolejne kary i surowość wychowania.
W świecie, w którym zamieszkała, mogła tworzyć dowolną iluzję. Iluzję tego, że nie sięgają jej ziemskie krzywdy — każdy gość mógł więc naruszyć progi jej domu, jeśli sobie tego życzył. Dom był otwarty. Leniwym uśmiechem czarownica powitała Louvaina, który wszedł jak do siebie. Był u siebie tak samo jak każdy inny zwierz, który zabłąkał się pod ten dach, szukając czegoś u gospodyni chaty na kurzej stopie.
Po wysłuchaniu pytania Helloise patrzyła przez chwilę na czarodzieja w namyśle przesiąkniętym figlarnym rozbawieniem, głaszcząc bezwiednie szorstkie rude futro na lisim boku.
— Czy ty nauczyłeś się czegoś nowego od ludzi, do których wróciłeś? — odbiła wreszcie pytanie. — Nie mogłam wrócić do lasu, ale czasem las zachodzi do mnie.
Czarownica wstała i wzięła lisa na ręce. Był wielkości średniego psa i teraz, zbudzony, wił się nadpobudliwie w ramionach wiedźmy. Nie były to próby ucieczki. Dyszał, machał ogonem, rozglądał się, sięgał pyszczkiem jej głowy — czy to, żeby ocierać się pieszczotliwie, czy zaczepnie brać jej twarz między szczęki. Był tylko potulnym kanapowym zwierzakiem — skrobał ją zębami, ale ich nie zaciskał. Ona zdawała się tym dobrotliwie ubawiona.
— Studiowałam od czasu naszej rozmowy własne okrucieństwo. — Stuknęła zaczepnie własnym nosem o nosek lisa. — Zaczął przychodzić po pożarze — wyjaśniła obecność pupila, przechadzając się po kuchni, zaglądając w garnki. — Poparzony. Pomogłam mu wyzdrowieć. Opatrzyłam, dokarmiłam. Miał wybór między mną a śmiercią. Teraz nie może odejść, mimo że go nie ograniczam. Nauczył się czekać jedzenia z mojej ręki. Nie patrzy na kury. Okaleczyłam go. Pozbawiłam natury drapieżnika. — Rozbawienie zniknęło z jej twarzy, choć nie brzmiała, jakby targało nią poczucie winy; było w niej tylko melancholijne zamyślenie. Lis znów wziął głowę wiedźmy w swoje szczęki i wówczas ta na powrót się rozchmurzyła. — Wciąż pamięta, jak szczerzyć kły, ale nie zapoluje. Popełniłam więc wobec niego okrucieństwo, a jednak nie uczyniłam nic złego.
Uwaga Helloise skupiła się na Louvainie, kobieta sondowała go wzrokiem. Wydawała się z zaciekawieniem wyglądać jego opinii.
Skarlałe kłapnięcia szczęk lisa naśladowały drapieżcę, którym niegdyś był i za którym tęskniła jego dusza. Nie walczył jednak z uściskiem swojej pani. Kręcił się w jej ramionach szczęśliwy i dopraszał jej uwagi, choć w jego ślepiach wciąż krył się obłęd dzikości.
— Może jego powinnam czegoś nauczyć — zastanowiła się. Stanęła w progu obok mężczyzny i spróbowała odczepić od siebie lisa, aby go puścić na podwórze przez otwarte drzwi. — Niech się chwilę przebiegnie. Wróci. Nie ma wyjścia. — Nie udało się go odsunąć. Czarownica skrzywiła się i wydała niezadowolony pomruk, gdy zaplątana w jej włosy łapa lisa, którego próbowała postawić na ziemi, boleśnie pociągnęła za blond kosmyki. Pazur zwierza wpadł w pułapkę kołtuna ukrytego wśród jasnych loczków. Wiedźma nie miała jak go wysupłać, bo lis był zbyt ciężki i zbyt ruchliwy, żeby utrzymać go jedną ręką. — Zwrócisz mu wolność? — zapytała swojego gościa Helloise, zerkając wymownie na uwięzioną łapę.
Taka była właściwość natur silnych, że nie bały się samych siebie.
Naprzeciw Helloise zaś stawał oswojony zwierzak kanapowy zakuty w obróżkę dobrego wychowania, kultury i powinności. Szarpał się na tym łańcuchu — ciągnęło go ku rebelii — a jednak na korytarzach dworów i urzędów wciąż kłaniał się Ministrom i Panom. Żyli tam w socjecie piękni i lodowaci, i to piękno uwsteczniało ich, ponieważ było czyste, bezpieczne i ustalone. Nie szukało, nie odkrywało nowego. Bało się, wzdrygało, cofało. Być może Voldemort w rzeczy samej był najlepszym, co w ostatnim czasie przydarzyło się tym ludziom, mimo że kategorycznie nie najlepszym, co przydarzyło się świętościom.
Życie w zgodzie ze sobą nie wykluczało się z rozumem czy dumą, a wręcz przeciwnie — sprzyjało im. Może i Helloise była pyszna, może i chełpliwa, lecz z pewnością dumna. Dumna na tyle bezkompromisowo, aby nie ugiąć się do tego, co próbowano jej narzucić, a jednocześnie niewystarczająco sprytna, aby zmusić społeczeństwo do zaakceptowania jej sposobu bycia. Tak było, gdy jeszcze próbowała się odnaleźć w świecie; potem znalazła własny świat i przestała próbować. Społeczeństwo nie lubiło tych, którzy wyłamywali się poza schemat, zostawiali niepokojące rysy na ich strefach komfortu. Takie jednostki czekała jedynie kara — i jeśli był w Helloise jakikolwiek chłód, to wyłącznie ten wyhartowany przez kolejne kary i surowość wychowania.
W świecie, w którym zamieszkała, mogła tworzyć dowolną iluzję. Iluzję tego, że nie sięgają jej ziemskie krzywdy — każdy gość mógł więc naruszyć progi jej domu, jeśli sobie tego życzył. Dom był otwarty. Leniwym uśmiechem czarownica powitała Louvaina, który wszedł jak do siebie. Był u siebie tak samo jak każdy inny zwierz, który zabłąkał się pod ten dach, szukając czegoś u gospodyni chaty na kurzej stopie.
Po wysłuchaniu pytania Helloise patrzyła przez chwilę na czarodzieja w namyśle przesiąkniętym figlarnym rozbawieniem, głaszcząc bezwiednie szorstkie rude futro na lisim boku.
— Czy ty nauczyłeś się czegoś nowego od ludzi, do których wróciłeś? — odbiła wreszcie pytanie. — Nie mogłam wrócić do lasu, ale czasem las zachodzi do mnie.
Czarownica wstała i wzięła lisa na ręce. Był wielkości średniego psa i teraz, zbudzony, wił się nadpobudliwie w ramionach wiedźmy. Nie były to próby ucieczki. Dyszał, machał ogonem, rozglądał się, sięgał pyszczkiem jej głowy — czy to, żeby ocierać się pieszczotliwie, czy zaczepnie brać jej twarz między szczęki. Był tylko potulnym kanapowym zwierzakiem — skrobał ją zębami, ale ich nie zaciskał. Ona zdawała się tym dobrotliwie ubawiona.
— Studiowałam od czasu naszej rozmowy własne okrucieństwo. — Stuknęła zaczepnie własnym nosem o nosek lisa. — Zaczął przychodzić po pożarze — wyjaśniła obecność pupila, przechadzając się po kuchni, zaglądając w garnki. — Poparzony. Pomogłam mu wyzdrowieć. Opatrzyłam, dokarmiłam. Miał wybór między mną a śmiercią. Teraz nie może odejść, mimo że go nie ograniczam. Nauczył się czekać jedzenia z mojej ręki. Nie patrzy na kury. Okaleczyłam go. Pozbawiłam natury drapieżnika. — Rozbawienie zniknęło z jej twarzy, choć nie brzmiała, jakby targało nią poczucie winy; było w niej tylko melancholijne zamyślenie. Lis znów wziął głowę wiedźmy w swoje szczęki i wówczas ta na powrót się rozchmurzyła. — Wciąż pamięta, jak szczerzyć kły, ale nie zapoluje. Popełniłam więc wobec niego okrucieństwo, a jednak nie uczyniłam nic złego.
Uwaga Helloise skupiła się na Louvainie, kobieta sondowała go wzrokiem. Wydawała się z zaciekawieniem wyglądać jego opinii.
Skarlałe kłapnięcia szczęk lisa naśladowały drapieżcę, którym niegdyś był i za którym tęskniła jego dusza. Nie walczył jednak z uściskiem swojej pani. Kręcił się w jej ramionach szczęśliwy i dopraszał jej uwagi, choć w jego ślepiach wciąż krył się obłęd dzikości.
— Może jego powinnam czegoś nauczyć — zastanowiła się. Stanęła w progu obok mężczyzny i spróbowała odczepić od siebie lisa, aby go puścić na podwórze przez otwarte drzwi. — Niech się chwilę przebiegnie. Wróci. Nie ma wyjścia. — Nie udało się go odsunąć. Czarownica skrzywiła się i wydała niezadowolony pomruk, gdy zaplątana w jej włosy łapa lisa, którego próbowała postawić na ziemi, boleśnie pociągnęła za blond kosmyki. Pazur zwierza wpadł w pułapkę kołtuna ukrytego wśród jasnych loczków. Wiedźma nie miała jak go wysupłać, bo lis był zbyt ciężki i zbyt ruchliwy, żeby utrzymać go jedną ręką. — Zwrócisz mu wolność? — zapytała swojego gościa Helloise, zerkając wymownie na uwięzioną łapę.
dotknij trawy