Victoria zawsze była raczej skryta, a wybór nauki oklumencji tylko wszystko przypieczętował. To jednak, że potrafiła na zewnątrz kontrolować swoje emocje nie znaczyło, że nie miała ich wcale. Może i nie była wylewna, ale przecież nie była nieczuła… a Christopher nie wiedział, jak wyglądała jej relacja z Saurielem, ile to kosztowało i jak się skończyło, skąd miał więc w ogóle podejrzewać, że Victoria może w siebie jakkolwiek wątpić, nawet jeśli nie okazywała tego na zewnątrz, bo tak, jej pytanie po części było grzecznościowe. A po części potrzebowała jakiegoś zapewnienia, że nie jest wcale tak beznadziejna, jak jej się wydawało.
– Oczywiście, że to bardzo ważna paczka. Inaczej nie zostałaby dostarczona przez tak ważnego kuriera – uśmiechnęła się, ciągnąc jeszcze przez chwilę ten leciutki flirt. Nie była pewna, jak powinna traktować Chrisa, zwłaszcza po tym, jak wybrali się do Wenecji, bo nie była w stanie udawać, że to był niewinny wypad dwójki przyjaciół za granicę. Przecież się nie przyjaźnili. I to też nie tak, że Victoria miała coś przeciwko… Nie miała, bo lubiła Chrisa, była wolna, on był wolny i nawet jeśli nie mogła powiedzieć, że jej się nie podobał, to do tej pory się nad tym jakoś więcej nie zastanawiała, ze względu na to, że wcześniej była zaręczona z jego kuzynem, potem z Rookwoodem i do pewnego stopnia nie myślała o tym, że będzie mogła o sobie decydować. Czasami jednak postawienie się rodzinie przynosiło dobre skutki i to był jeden z nich, ale Lestrange bardzo powoli eksplorowała tę wolność własnego wyboru.
– To nie mój pomysł – wyjaśniła, gdy Rosier smakował imię jednego z jej kotów. – Już się tak nazywał, kiedy go brałam, uznałam, że nie będę mu zmieniać imienia, tym bardziej, że na nie reaguje. Jakbyś się zastanawiał… Uwielbia rośliny, zawsze śpi gdzieś przy jakimś kwiatku, to stąd to – błękitny od koloru futra, kwiatuszek od zamiłowania do roślin, proste. – To była miłość od pierwszego wejrzenia, że tak to ujmę. Ze wzajemnością – zaśmiała się cicho, przyglądając się jajku, które blondyn jej wręczył. Bo to zdecydowanie było jajko. I to nie byle jakie. Victoria odrobiła pracę domową po tym, gdy znalazła gdzieś w trawie, również tutaj, na terenie jej nowego domu, jajo przypominające zwęglonego ziemniaka, zorientowała się już, że to coś podobnego, nad czym eksperymentowali może w Polsce, a może w Rosji – w każdym razie na wschodzie Europy, i ta „szyszka”, którą właśnie trzymała w zimnych dłoniach wpasowywała się w opisy, o których czytała. – Prim? Nie, powinna być teraz w pracy – odparła jeszcze.
Nie zdążyła jednak Chrisowi wyjaśnić co i jak z tym jajem, bo zadziało się kocie szaleństwo. W momencie, gdy Victoria łapała małego kociaka pod łapki, żeby ściągnąć go ze stołu (cóż, był nadal mały i nieco nieporadny i nie każde obliczenia do skoku wychodziły dobrze, tak samo jak same manewry), a Chris wpuścił sowę, która upuściła list, i zaraz znalazła sobie drogę powrotną, by się stąd ewakuować, Błękitny Kwiatuszek, najwyraźniej niezainteresowany szaleństwem Luny, podszedł do Rosiera, otarł się o jego nogę niemalże niezobowiązująco, a potem wskoczył na jeden z foteli i usiadł na jego oparciu, by nikt go przypadkiem nie przeoczył.
– Wybacz, ta mała pannica to diabeł wcielony, chyba już dłuższy czas czaiła się na te biedne ryby – Lestrange odezwała się w końcu, tuląc do siebie małą czarną kulkę, w której wyróżniał się tylko kolor oczu, patrzących teraz za Chrisa. Mruczała głośno, najwyraźniej zadowolona z otrzymanej atencji. – To mój drugi kot, Luna, nie mam ich więcej jak coś. Chyba muszę jakoś inaczej poukładać tu te akwaria, trochę nie miałam na to wizji – i nie mieszkała tutaj długo, jeszcze wszystko było w fazie przestawiania, dopasowywania i tak dalej. – Bądź grzeczna – powiedziała jeszcze do kici, nim odłożyła ją na fotel, pogłaskała po główce i schyliła się po upuszczoną kopertę. – I dzięki – zmarszczyła brwi patrząc na charakter pisma na kopercie, który niewiele jej mówił. – Siadaj gdzie ci wygodnie – dodała i otworzyła kopertę, chcąc się zorientować, czy to było coś pilnego, czy może jednak nie. Skrzatka pojawiła się chwilę później, rozstawiając filiżanki, dzbanek z herbatą, cukiernicę i dzbanuszek z mlekiem oraz talerzyk maślanych ciasteczek oraz orzechowych herbatników. Victoria czytała szybko, wiadomość nie była długa, i w trakcie zmarszczyła się jeszcze bardziej, a na końcu westchnęła. Jakoś nie spodziewała się listu od byłych sąsiadów dotyczącego domu, który już nie istniał. Domu, który niósł tak wiele jej dziecięcych i nastoletnich wspomnień, ale również tych dorosłych. Domu, który widział radości i smutki… I to wszystko już nie istniało. Lestrange usiadła na miejscu, które zajmowała wcześniej, ale teraz z zamyśleniem przekładała książki na jedną kupkę, by nie walały się nigdzie w otoczeniu i nie przeszkadzały.
– Ludzie są naprawdę bezczelni – powiedziała w końcu. – I zdesperowani. Wyobraź sobie, że sąsiadka napisała do mnie, że w nocy ktoś się kręcił w naszym starym domu. Nie wiem na co ludzie liczą, że znajdą tam jakieś pieniądze? Drogą biżuterię, którą będzie można sprzedać za bezcen? – złożyła list na pół i wepchnęła go ponownie do koperty. – Po miesiącu? Ciekawe ile było takich, którzy odważyli się tam wejść i szukać… czegoś – mruknęła. Domyślała się, dlaczego list został wysłany do niej, a nie do rodziców (cóż, do rodziców może też, nie wiedziała): bo była funkcjonariuszką i być może mogłaby coś na to poradzić. Ale po co? W tym domu nie było niczego cennego. To była ruina, wszystko zostało zniszczone. Ubrania, biżuteria, meble, wszystkie pamiątki, rzeczy cenne i nie. Nie było już niczego. Nie było tam czego szukać, były tylko zgliszcza, kupa popiołu i ulatujące z ogniem wspomnienia. Odłożyła kopertę na stolik i uśmiechnęła się blado do Chrisa.