12.03.2026, 12:27 ✶
– Ależ oczywiście – dopełnił uprzejmej wymiany, skinął głową i sfinalizował notatkę, którą pospiesznie złożył w niewielki samolocik i różdżką oddelegował do Lovegooda. Oczywiście mógł się popisywać faktem, że nie potrzebuje do tego różdżki, okoliczności kryzysowe jednak wymagały chociaż odrobiny powagi i redukcji rozpraszaczy do minimum. Lestrange w ministerialnej hierarchii znajdował się wyżej od niego (nie tylko geograficznie, patrząc na rozkład pięter w Ministerstwie), nagła zmiana tematu na jego nową umiejętność byłaby nie na miejscu.
Zamiast tego więc usiadł w swoim fotelu i skupił się na rozmówcy w sposób oczywisty, ale nie natarczywy. Wyważony. Powrót do biura był z oczywistych względów bolesny, z drugiej strony teraz wiele osób z którymi normalnie rozmawiałby na lunchach i meetingach poza biurem, też zostało ściągniętych do pracy nie "W TERENIE" a "NA TERENIE MINISTERSTWA".
– Papierologia... tej nigdy zbyt mało, ale system zoptymalizowany jest pod odopowiednią ilość urzędników, a gdy tych zabraknie... – Był w pełni świadom jak to działa. Trzeba było zapewnić ludziom pracę. A żeby to zrobić, trzeba było zapewnić odpowiednią ilość tuszu i pergaminu. Teraz jednak system trzeszczał raportami. Nie był przewidziany na kryzys w którym połowa Londyńczyków cierpi, a druga połowa rozpaczliwie próbuje jakoś im pomóc, z tą małą adnotacją, że gdzieś przeżerała się przez tę drugą połowę śmierciożerca zgnilizna ciągnąca w przeciwną stronę.
A tak dobrze im się żyło do tej pory...
Westchnął i pokiwał głową uśmiechając się gorzko. Odwrócił wzrok od Laurenca i podążył nim na biurko. Długie palce sięgnęły po teczkę noszącą sygnaturę OMSHM-u.
– Domyślam się że z zaopatrzeniem jest tragicznie? – jak bardzo było tragicznie, ego nie był pewien. Nie miał obecnie kontaktu z nestorką rodu, która najprawdopodobniej obecnie była w nieciekawej sytuacji. Klinika też miała swoje ograniczenia, nawet jeśli dostała dodatkowy zastrzyk krwi w postaci pracowników Departamentu Lestrange'a. – Za miesiąc przyjdzie dostawa z Kambodży, ale... cóż, zamówienie i umowa była opracowywana latem, gdy nie mieliśmy pojęcia, że Lord Voldemort jest szaleńcem z dostępem do stanowczo zbyt dużego potencjału magicznego.– z raportu wysunął spięty kilkunastostronnicowy dokument. – Suplementy i zamienniki. Miało nam to gwarantować pewną górkę, niemniej... trudno mi ocenić czy jest to górka wystarczająca na obecne potrzeby. – Nie był ekspertem. Zarządzał zespołem eksperckim, wiedział co powiedzieć na konferencji, ale czy na tej liście były rzeczywiście wszystkie niezbędne skłandniki? – Zważ, że 10, 15% może ulec zniszczeniu w transporcie, zazwyczaj przyjmujemy taki wskaźnik. No i połowa magazynów Magicznego Urzędu Celnego poszła z dymem. Nie ma kto tego uporządkować. Przynajmniej na razie – dzielił się z nim informacjami. Do Cattermola nie było jak się obecnie dopchać, więc może innymi drzwiami znalazłby się nieco bliżej źródła. Nawet takiego, które narzekało na braki kadrowe.
Zamiast tego więc usiadł w swoim fotelu i skupił się na rozmówcy w sposób oczywisty, ale nie natarczywy. Wyważony. Powrót do biura był z oczywistych względów bolesny, z drugiej strony teraz wiele osób z którymi normalnie rozmawiałby na lunchach i meetingach poza biurem, też zostało ściągniętych do pracy nie "W TERENIE" a "NA TERENIE MINISTERSTWA".
– Papierologia... tej nigdy zbyt mało, ale system zoptymalizowany jest pod odopowiednią ilość urzędników, a gdy tych zabraknie... – Był w pełni świadom jak to działa. Trzeba było zapewnić ludziom pracę. A żeby to zrobić, trzeba było zapewnić odpowiednią ilość tuszu i pergaminu. Teraz jednak system trzeszczał raportami. Nie był przewidziany na kryzys w którym połowa Londyńczyków cierpi, a druga połowa rozpaczliwie próbuje jakoś im pomóc, z tą małą adnotacją, że gdzieś przeżerała się przez tę drugą połowę śmierciożerca zgnilizna ciągnąca w przeciwną stronę.
A tak dobrze im się żyło do tej pory...
Westchnął i pokiwał głową uśmiechając się gorzko. Odwrócił wzrok od Laurenca i podążył nim na biurko. Długie palce sięgnęły po teczkę noszącą sygnaturę OMSHM-u.
– Domyślam się że z zaopatrzeniem jest tragicznie? – jak bardzo było tragicznie, ego nie był pewien. Nie miał obecnie kontaktu z nestorką rodu, która najprawdopodobniej obecnie była w nieciekawej sytuacji. Klinika też miała swoje ograniczenia, nawet jeśli dostała dodatkowy zastrzyk krwi w postaci pracowników Departamentu Lestrange'a. – Za miesiąc przyjdzie dostawa z Kambodży, ale... cóż, zamówienie i umowa była opracowywana latem, gdy nie mieliśmy pojęcia, że Lord Voldemort jest szaleńcem z dostępem do stanowczo zbyt dużego potencjału magicznego.– z raportu wysunął spięty kilkunastostronnicowy dokument. – Suplementy i zamienniki. Miało nam to gwarantować pewną górkę, niemniej... trudno mi ocenić czy jest to górka wystarczająca na obecne potrzeby. – Nie był ekspertem. Zarządzał zespołem eksperckim, wiedział co powiedzieć na konferencji, ale czy na tej liście były rzeczywiście wszystkie niezbędne skłandniki? – Zważ, że 10, 15% może ulec zniszczeniu w transporcie, zazwyczaj przyjmujemy taki wskaźnik. No i połowa magazynów Magicznego Urzędu Celnego poszła z dymem. Nie ma kto tego uporządkować. Przynajmniej na razie – dzielił się z nim informacjami. Do Cattermola nie było jak się obecnie dopchać, więc może innymi drzwiami znalazłby się nieco bliżej źródła. Nawet takiego, które narzekało na braki kadrowe.