Właściwie już był w drodze powrotnej do swojej ciemnej nory zwanej sypialnią, by otulić się egzystencjalnym bólem i zapomnieć o tym drobnym incydencie. Ale nadwrażliwym, przyzwyczajonym do przestrzeni wypełnionej dźwiękiem gitary, lekko rozstrojonego pianina i własnego głosu uchem, wychwycił, że jego zaufany agent najwidoczniej rozpoznał dziewczynę z tego duetu. A potem chłopię powiedziało to imię i na moment szczęka zacisnęła mu się mocniej.
Zatrzymał się i zawrócił, by mimo wszystko posłuchać co te podlotki mają do powiedzenia.
– Słyszałeś? – syknął do Basiliusa – Gdzieś tu jest jeszcze trzeci. Może zszedł do piwnicy? – Może on też powinien się rozejrzeć za zgubą, bo przecież nie mogło chodzić o tego Wielkiego Jonathana Pies Go Ruchał Selwyna, gwiazdora teatru The Globe, któremu buchnął sprzed nosa ten dom, jak tylko wystawiono go na sprzedaż.
Jonathan. Popularne imię.
Zamiast tego w kilku krokach zbliżył się do chłopaczka i złapał go za brodę unosząc ją ku górze, do światła chwiejącej się niepewnie magicznej lampki pozbawionej klosza. Jego dłoń - z oczywistych powodów - była zimna, skóra cienka jak papier, nienaturalnie blada. Ostre zęby pojawiły się mimowolnie, gdy tylko pod kciukiem poczuł szybko bijące tętno intruza. Oglądał jego twarz, obracając ją to w prawo to w lewo, jakby oceniał towar na targu niewolników.
– Nie wyglądasz jak kundel Thomasa czy Jacqueline, pomijając fakt, że rodzice szybko by Ci nie wybaczyli, gdybyś zajrzał do mojej rezydencji dzieciaku. Nie kłam i spierdalaj, póki nie zacznę rozważać innego wyjścia z tej sytuacji. – Syknął zabierając dłoń.
Zatrzymał się i zawrócił, by mimo wszystko posłuchać co te podlotki mają do powiedzenia.
– Słyszałeś? – syknął do Basiliusa – Gdzieś tu jest jeszcze trzeci. Może zszedł do piwnicy? – Może on też powinien się rozejrzeć za zgubą, bo przecież nie mogło chodzić o tego Wielkiego Jonathana Pies Go Ruchał Selwyna, gwiazdora teatru The Globe, któremu buchnął sprzed nosa ten dom, jak tylko wystawiono go na sprzedaż.
Jonathan. Popularne imię.
Zamiast tego w kilku krokach zbliżył się do chłopaczka i złapał go za brodę unosząc ją ku górze, do światła chwiejącej się niepewnie magicznej lampki pozbawionej klosza. Jego dłoń - z oczywistych powodów - była zimna, skóra cienka jak papier, nienaturalnie blada. Ostre zęby pojawiły się mimowolnie, gdy tylko pod kciukiem poczuł szybko bijące tętno intruza. Oglądał jego twarz, obracając ją to w prawo to w lewo, jakby oceniał towar na targu niewolników.
– Nie wyglądasz jak kundel Thomasa czy Jacqueline, pomijając fakt, że rodzice szybko by Ci nie wybaczyli, gdybyś zajrzał do mojej rezydencji dzieciaku. Nie kłam i spierdalaj, póki nie zacznę rozważać innego wyjścia z tej sytuacji. – Syknął zabierając dłoń.