Dorinda nie byłaby dyrektorką szpitala, gdyby nie pewien poziom nadgorliwości. Babcia Lestrange trzymała wszystko żelazną, pomarszczoną ręką i krążyły takie opinie, że oddała kierowanie rodu synowi tylko dlatego, że w Klinice pojawiło się kilku chętnych na jej stołek.
W życiu trzeba było mieć priorytety.
Tymczasem Spalona Noc mocno nadszarpnęła wiekowymi murami Kliniki, a wiekowa kobieta żelazną dyscypliną inspirowała wielu do pracy na granicy własnych sił i możliwości. Do przekraczania tej granicy.
Laurence nie był za późno, a jego droga była prosta i oczywista, zapamiętana latami wydeptywania tej ścieżki w różnych okolicznościach. Zastępca szefa departamentu i dyrektorka szpitala. Wnuk i babcia. Wszystko pozostawało w rodzinie.
Ludzie kłaniali mu się bez najmniejszego zawahania, nawet jeśli - z jakiś niemożliwych do zrozumienia powodów - nie kojarzyliby powiązań rodzinnych, Lestrange roztaczał wokół siebie aurę urzędnika wyższego rzędu, który idzie korytarzem w ściśle określonym celu.
Oczywiście usłyszał krótkie acz treściwe "Wejść", a gdy podniosła na niego głowę znad dokumentów, jej oblicze rozjaśniło się uśmiechem oszczędnym acz szczerym.
– Laurence! No w końcu – Nie spóźnił się, był dokładnie o tej porze na którą się umówili. – Dobrze, że jesteś wnuku, przyznam, że Twoja wiadomość dała mi nadzieję na rozwiązanie mojej sprawy. – Przeszła od razu do konkretów, gdy tylko zamknął drzwi. Tymczasem wiekowa czarownica wstała i ułożyła ręce za swoimi plecami, jak zwykła to robić, zwłaszcza po długich sesjach spędzonych w dokumentacji klinicznej. – Połowa mieszkańców Londynu cierpi. Nie mogę przekazać Ci dokładnych danych, bo wciąż je zbieramy, ale żniwo jest dotkliwe i krwawe, a dobre imię naszej rodziny narażone jest na szwank. – Powiedziała twardo, tak jakby dyktowała stażyście list do Ministry, przechadzając się po swoim skromnym i niezwykle funkcjonalnym gabinecie. Było tu wszystko czego potrzebowała do zarządzania szpitalem. Nic więcej. Nic mniej. – Jeden ze składników jest na wykończeniu. Używamy go do tego przeklętego eliksiru na kaszel, który daje wymierne efekty, ale krótkotrwałe. Kaszel wraca, a nam kończy się składnik, który według szacunków sprzed Spalonej Nocy powinien wystarczyć nam do połowy przyszłego roku. I to nie jest aż taki problem. Ludzie mogą kaszleć jak chcą. Ale ten sam składnik powstrzymuje gwałtowne postępowanie petryfikacyjnego zaniku nerwowego. Wie o tym sześć osób, Ty jesteś siódmy. Został nam miesiąc, a potem kilku stałych pacjentów tej kliniki stanie się kadłubkami pozbawionymi przyszłości.
W życiu trzeba było mieć priorytety.
Tymczasem Spalona Noc mocno nadszarpnęła wiekowymi murami Kliniki, a wiekowa kobieta żelazną dyscypliną inspirowała wielu do pracy na granicy własnych sił i możliwości. Do przekraczania tej granicy.
Laurence nie był za późno, a jego droga była prosta i oczywista, zapamiętana latami wydeptywania tej ścieżki w różnych okolicznościach. Zastępca szefa departamentu i dyrektorka szpitala. Wnuk i babcia. Wszystko pozostawało w rodzinie.
Ludzie kłaniali mu się bez najmniejszego zawahania, nawet jeśli - z jakiś niemożliwych do zrozumienia powodów - nie kojarzyliby powiązań rodzinnych, Lestrange roztaczał wokół siebie aurę urzędnika wyższego rzędu, który idzie korytarzem w ściśle określonym celu.
Oczywiście usłyszał krótkie acz treściwe "Wejść", a gdy podniosła na niego głowę znad dokumentów, jej oblicze rozjaśniło się uśmiechem oszczędnym acz szczerym.
– Laurence! No w końcu – Nie spóźnił się, był dokładnie o tej porze na którą się umówili. – Dobrze, że jesteś wnuku, przyznam, że Twoja wiadomość dała mi nadzieję na rozwiązanie mojej sprawy. – Przeszła od razu do konkretów, gdy tylko zamknął drzwi. Tymczasem wiekowa czarownica wstała i ułożyła ręce za swoimi plecami, jak zwykła to robić, zwłaszcza po długich sesjach spędzonych w dokumentacji klinicznej. – Połowa mieszkańców Londynu cierpi. Nie mogę przekazać Ci dokładnych danych, bo wciąż je zbieramy, ale żniwo jest dotkliwe i krwawe, a dobre imię naszej rodziny narażone jest na szwank. – Powiedziała twardo, tak jakby dyktowała stażyście list do Ministry, przechadzając się po swoim skromnym i niezwykle funkcjonalnym gabinecie. Było tu wszystko czego potrzebowała do zarządzania szpitalem. Nic więcej. Nic mniej. – Jeden ze składników jest na wykończeniu. Używamy go do tego przeklętego eliksiru na kaszel, który daje wymierne efekty, ale krótkotrwałe. Kaszel wraca, a nam kończy się składnik, który według szacunków sprzed Spalonej Nocy powinien wystarczyć nam do połowy przyszłego roku. I to nie jest aż taki problem. Ludzie mogą kaszleć jak chcą. Ale ten sam składnik powstrzymuje gwałtowne postępowanie petryfikacyjnego zaniku nerwowego. Wie o tym sześć osób, Ty jesteś siódmy. Został nam miesiąc, a potem kilku stałych pacjentów tej kliniki stanie się kadłubkami pozbawionymi przyszłości.