13.03.2026, 00:31 ✶
Kąciki jej ust uniosły się powoli, a w oczach zamigotał błysk satysfakcji, który pojawiał się zawsze wtedy, gdy udało jej się doprowadzić rozmówcę dokładnie tam, gdzie chciała. Uśmiech, który mu posłała, był lekki, lecz wyraźny - drobne zwycięstwo zapisane w spojrzeniu. Ten rodzaj uśmiechu, który mówił więcej niż słowa i który Renigald znał już bardzo dobrze. Pozwoliła temu trwać tylko chwilę, zanim znów opuściła wzrok na talerz. Widelec przesunął się po porcelanie z cichym, miękkim dźwiękiem, który wypełnił krótką przerwę w rozmowie. Jej myśli odpłynęły do mieszkania. Martwiła się. Pamiętała zapach, który osiadł na wszystkim jak ciężka, lepka warstwa. Czuła go wtedy wszędzie. W ustach. We włosach. Na skórze. Dym, który nie chciał odejść. Delikatnie przesunęła palcem po krawędzi kielicha, biorąc do płuc głęboki oddech, który znowu sprawił jej ból. Wiedziała, że prędzej czy później będzie musiała tam wrócić. Nie dało się uciec od rzeczy, które do niej należały - nawet jeśli w tej chwili wygodniej było udawać, że ich nie ma. Najpierw jednak miasto musiało się uspokoić. Kurz musiał opaść. Dosłownie i w przenośni. Martwiła się, że nie będzie miała gdzie wracać, że straci wszystkie swoje rzeczy. Chociaż na razie to i tak zdrowie było jej największym problemem.
Powoli uniosła wzrok znad stołu, wracając do teraźniejszości. Światło świec znów odbiło się w jej oczach, a w powietrzu unosił się zapach róż.
- Masz rację. Remont może być problematyczny - westchnęła ciężko, ale za moment potrząsnęła głową, jakby chciała wyrzucić niepotrzebne scenariusze. Dopóki nie zna stanu faktycznego, nie było sensu tego roztrząsać.
Przez dłuższą chwilę jedli w milczeniu. Musiała walczyć o oddech po każdym kęsie, ale próbowała tłumić odruchy, nie pokazywać słabości. Nie musiała przy nim udawać, ale była zbyt dumna. To była raczej sztuka panowania nad tym, co inni mogliby zobaczyć.
- Nie, nie. Moja rodzina jest przywiązana do swoich skrzatów - nie jako anonimowe istoty krzątające się w cieniu, lecz jako część samego domu. Pamiętała ich twarze równie wyraźnie jak twarze dalekich krewnych. Ich głosy, sposób, w jaki kłaniali się przy powitaniu, drobne przyzwyczajenia, które z czasem stawały się tak oczywiste, że nikt już nie zwracał na nie uwagi. Relacja między panem a skrzatem była oczywiście jasna. Hierarchia była częścią świata, w którym dorastała. Skrzaty służyły rodzinie, a rodzina sprawowała nad nimi władzę - tak było od pokoleń i nikt nie udawał, że jest inaczej. Ale w domu Averych ta relacja nigdy nie była brutalna.
Gdy skończyli posiłek, skrzaty przyniosły im deser - Crème brûlée.
- Jak myślisz, kto za tym stoi? - odezwała się po chwili, bo to pytanie trapiło ją niemal od początku. Wiele informacji było sprzecznych, każdy miał swoje zdanie, jedna strona zwalała na drugą i tak naprawdę nikt nie wiedział, co się dzieje. Jej na razie ciężko było się w tym połapać, ale znów nie miała tak dużo czasu na rozmyślanie. To tylko sprawiało szybsze bicie serca, potem kołatanie i problemy z oddychaniem. Przeklęta choroba. Tylko dodawała jej teraz zmartwień.
Powoli uniosła wzrok znad stołu, wracając do teraźniejszości. Światło świec znów odbiło się w jej oczach, a w powietrzu unosił się zapach róż.
- Masz rację. Remont może być problematyczny - westchnęła ciężko, ale za moment potrząsnęła głową, jakby chciała wyrzucić niepotrzebne scenariusze. Dopóki nie zna stanu faktycznego, nie było sensu tego roztrząsać.
Przez dłuższą chwilę jedli w milczeniu. Musiała walczyć o oddech po każdym kęsie, ale próbowała tłumić odruchy, nie pokazywać słabości. Nie musiała przy nim udawać, ale była zbyt dumna. To była raczej sztuka panowania nad tym, co inni mogliby zobaczyć.
- Nie, nie. Moja rodzina jest przywiązana do swoich skrzatów - nie jako anonimowe istoty krzątające się w cieniu, lecz jako część samego domu. Pamiętała ich twarze równie wyraźnie jak twarze dalekich krewnych. Ich głosy, sposób, w jaki kłaniali się przy powitaniu, drobne przyzwyczajenia, które z czasem stawały się tak oczywiste, że nikt już nie zwracał na nie uwagi. Relacja między panem a skrzatem była oczywiście jasna. Hierarchia była częścią świata, w którym dorastała. Skrzaty służyły rodzinie, a rodzina sprawowała nad nimi władzę - tak było od pokoleń i nikt nie udawał, że jest inaczej. Ale w domu Averych ta relacja nigdy nie była brutalna.
Gdy skończyli posiłek, skrzaty przyniosły im deser - Crème brûlée.
- Jak myślisz, kto za tym stoi? - odezwała się po chwili, bo to pytanie trapiło ją niemal od początku. Wiele informacji było sprzecznych, każdy miał swoje zdanie, jedna strona zwalała na drugą i tak naprawdę nikt nie wiedział, co się dzieje. Jej na razie ciężko było się w tym połapać, ale znów nie miała tak dużo czasu na rozmyślanie. To tylko sprawiało szybsze bicie serca, potem kołatanie i problemy z oddychaniem. Przeklęta choroba. Tylko dodawała jej teraz zmartwień.
learn the rules
then break some
then break some