O Dolohovie można było powiedzieć bardzo wiele, z pewnością jednak nie bywał on cierpliwy. Istniało w nim wiele skaz, które mogły zaważyć o sukcesie w celu, który obrał sobie tyle lat wcześniej, jednak nawet brak poczucia granicy między dobrem a złem, nie był aż tak niebezpieczny dla jego kariery, jak brak cierpliwości. To skręcające uczucie w trzewiach, na które nie miało się wpływu, chęć wymuszenia swojej woli na drugiej osobie, odwieczny brak kontroli nad każdym najmniejszym szczegółem okoliczności, w których się znalazł. No i w końcu, poczucie marnowania własnego cennego czasu. Nic nie irytowało Nikolaia bardziej, niż oczekiwanie, którego sam nie zaplanował. Mimo tego, że przez lata nauczył się panować nad sobą i skrzętnie ukrywać pewne emocje, które nie przystawały jego stanowisku w świecie czarodziejów, samej ponurej i przenikającej umysł złości nigdy nie był w stanie się pozbyć.
Tego wieczoru, gdy zatopiwszy się w twardym obiciu fotela sączył złoty płyn z ciężkiej szklany, której ostre krawędzie przyjemnie igrały ze światłem trzaskającego w kominku ognia, Dolohov pozwolił sobie na to, aby to znajome uczucie zniecierpliwienia rozlało się delikatnie po jego umyśle. Trzymając własny mrok przez cały dzień w ryzach, w końcu mógł pozwolić sobie na to, aby jego część, niczym czarna, lepka ciecz, spłynęła po jego świadomości, przywierając do każdej myśli, niczym ciekawski drapieżnik wypuszczony z klatki. Jego obecność zakrzywiała dotychczasową rzeczywistość i, o zgrozo, sprawiała mężczyźnie nieopisaną, niepoprawną wręcz ulgę. Zupełnie jakby w końcu mógł nabrać głębiej powietrza w płuca, które już paliły potrzebą odetchnięcia tą zatrutą nikotyną atmosferą. Czasami Nikolali Dolohov podejrzewał u siebie znamiona szaleństwa. Nigdy jednak nie uznawał tego faktu za szczególnie istotny.
Ponieważ wiedział, że przesadna subtelność nie była domeną gościa, którego oczekiwał, bezpardonowe wejście do wnętrza jego posiadłości nie wywołało w nim zaskoczenia, a jedynie cień uśmiechu, który przebiegł po kąciku jego ust. Nie było tutaj miejsca na oficjalne powitania, sztuczne wyrazy uprzejmości czy całą obłudną otoczkę, którą spowijał się za dnia. Kobieta, którą tego wieczoru zaprosił, była w pełni świadoma do jakiego pokroju czarodzieja przychodzi i, jak lubił myśleć, nie oczekiwała po nim niczego innego.
Loretta Lestrange, niczym huragan przebiła się przez gęsty mrok domostwa, a Nikolai, nie ruszając się ze swojego miejsca, pozwolił sobie jedynie na podniesienie spojrzenia w jej kierunku, gdy schylała się aby naprędce ściągnąć buty ze stóp. Pośpiech kobiety rozkosznie drażnił pewne struny umysłu gospodarza, a wzrok jasnych tęczówek przypominał ślepia drapieżnika, który z zainteresowaniem przyglądał się postaci odważnej na tyle, aby zaburzyć jego spokój. Spojrzenie ów spłynęło po jej sylwetce, doceniając jak zwykle nienaganny wygląd, aby następnie prześledzić drogę, którą chwilę później przemierzyła pewnym krokiem w jego stronę. Pozwolił jej złożyć drobny pocałunek na swoim policzku, czując jak owiewa go znajomy zapach perfum, drażniący delikatnie zmysły. Odwrócił się w jej kierunku, niby w niewinnym geście, jeszcze zanim zdążyła się odsunąć. A jednak, zupełnie jakby w odpowiedzi na jej wahanie, oczekiwał czegoś więcej, aniżeli ledwie całusa w policzek, udowadniając, że prowokacje dalej pozostawały nieodzowną sferą jego osoby.
- Lori – przywitał ją swoim lekko ochrypniętym głosem, posługując się zdrobnieniem, które w jego ustach, nawet wypowiedziane tym zwyczajowym spokojnym tonem, brzmiało niemalże pieszczotliwie. Zanim zdążyła usiąść w fotelu obok, gospodarz przywołał drugą szklankę z grubym dnem i sięgnął po butelkę, z której wydobywał się zapach ostrego torfowego trunku. Pozwalając aby jej słodki głos rozlał się przyjemnie po jego umyśle, napełnił drugą szklankę i podsunął w jej kierunku. Jednocześnie uniósł swoje spojrzenie, mierząc się z głębią orzechowych tęczówek. Pozostawał poważny, dla nieznajomych obojętny wręcz, zupełnie jakby jego oblicze, nieprzeniknione niczym zastygła rzeźba, nie zdradzało ani jednej emocji. Loretta jednak znała ten wyraz na tyle dobrze, aby uznać go za zwyczajowy. Być może nawet była w stanie wyłapać z szaroniebieskich tęczówek ten ledwo dostrzegalny błysk, który pojawił się w odpowiedzi na urokliwy uśmiech, którym go obdarzyła.
- Odnoszę wrażenie, że w takim razie wyjątkowo dobrze skrywasz się ze swoją gorliwością – odpowiedział miękko, a na dnie jego głosu dało się dosłyszeć drobną nutę rozbawienia. Sugerowanie mężatce, że uczucia, prawdziwe bądź też nie, które uważała za gorliwe, pozostawały dla niego wciąż niewystarczające, zdawało się być bardzo lekko przychodzącą mu śmiałością, której niepoprawności nawet nie było sensu wytykać. Nikolai Dolohov pozostawał całkowicie nieczuły na zasady ogłady i pruderii, które powszechnie uznawano.
- I chociaż twoja wizyta jest odmianą, którą szczerze doceniam, muszę spytać – czy ma jakiś konkretny cel? Widzisz, nie chciałbym zaniedbać interesów, zbyt szybko i zbyt intensywnie skupiając się na przyjemnych aspektach towarzystwa, którym mnie dzisiaj zaszczyciłaś.- Nie spuszczając swojego, spokojnego niczym u polującego wilka, wzroku z Loretty, uniósł delikatnie brwi ku górze.