13.03.2026, 18:17 ✶
"Kuluary Wizengamotu"? A gdzie tam prostemu aurorowi. Wolał walczyć na pięści niż na argumenty. Kiedyś wierzył, że jest w stanie wszystko załatwić gadką, ale zorientował się, że w świecie więcej jest ludzi mocnych w gębie niż tych obdarzonych wystarczającym samozaparciem, żeby coś zdziałac. Wtedy przestał dbać o bycie poprawnym. Po co miałby udawać kogoś, kim nie jest? Niewątpliwie korzystnym było mieć w osobie Lorien Mulciber sojusznika pośród sędziowskich ław. Oto władza sędziowska, autorytet prawodawczy, dawczyni wyroków, które przychodziło mu wykonywać... Jak niby mógłby jednak wpłynąć na jej niezawisłość? Zmanipulować potęgę Wizengamotu? Byłby głupcem, gdyby próbował. No właśnie, głupcem, bo próba manipulacji jakimkolwiek sędzią była pomysłem tak nieskończenie głupim, że takowy nigdy nawet nie przeszedł przez głowę Moody'ego. Co jeszcze, może na następnym spotkaniu Zakonu Feniksa padnie propozycja, żeby Dumbledore uwiódł Ministrę Magii?
"Potrzeba poprawy wizerunku Biura Aurorów?" Gdyby Aaron to usłyszał, pewnie by się zdrowo uśmiał. Może jeszcze powinni wbić Harper w garsonkę z tego samego domu modowego, w którym stroiła się jaśnie Ministra Magii? Czy to liczyłoby się jako "poprawa wizerunku" w oczach polityków? Dopóki robili swoje, Aaron Moody nie dbał o to, jak był postrzegany on, ani jak postrzegani byli jego koledzy. Choć nie ukrywał nigdy, że najlepszym wyjściem byłoby, gdyby nie byli postrzegani w ogóle. Powinni bardziej dbać o dyscyplinę w szeregach. Oczami przewracać mu się chciało bowiem na celebrycki niemal kult wokół niektórych młodych aurorów, którzy dbali chyba tylko o to, żeby ich nazwiska nie schodziły ze stron gazet. Bo tacy na śledczych nie nadawali się w ogóle. Wstyd, jak często paparazzi przyłapywali ich na ulicach Londynu, i to w trakcie wykonywania operacji objętych tajemnicą. Mogli być sobie celebrytami dopóki nie kolidowało to z obowiązkami natury służbowej, na litość boską! Ale tak jak Moody głęboko wierzył w istnienie aurorskiego etosu, podążania za dokładnymi wskazaniami którego wymagał od siebie przez całe życie (nikt nie wiedział, co składa się na ów "aurorski kodeks", na który powoływał się zawsze Moody, ale być może było to coś, co stary sobie tak po prostu wymyślił), tak miał głęboko w dupie, co o pracy aurorów myśli ogół społeczeństwa. Ogół społeczeństwa powinien się cieszyć, że ma w ogóle możliwość posiadania opinii w tym temacie. Politycy na cieplutkich mogli sobie pokrzyczeć, dziennikarze z radiowych audycji śniadaniowych ponarzekać na niekompetencję aurorów, ale prawda była taka, że Moody prześcignąłby ich wszystkich w narzekaniach na system, którego sam był przecież częścią. Bo Moody'ego jeszcze nikt nigdy nie widział zadowolonego z roboty. Zawsze można było zrobić coś lepiej. Zawsze można było zrobić więcej. Zadziałać szybciej. Uratować więcej istnień. Może gdyby lepiej ochronili Polanę Ognisk w trakcie obchodów Beltane, może wtedy nie zginąłby brat Woody'ego? Może gdyby zdołali przeorganizować się szybciej, udałoby im się opanować pożar Londynu? Zapobiec atakowi na Lorien?
Oczywiście, że zapoznał się z dokumentacją, jaką mu udostępniła. Z podobną uwagą przyglądał się, jak ta rzuca ziarno ptactwu, od którego zaroiło się nagle wokół ławki. Wraz z trzepotem skrzydeł przyszły przemyślenia. Było coś ptasiego w sposobie, w jaki siedząca obok niego Lorien przekrzywiała swoją śliczną główkę. Niby to przysłuchiwała się temu, co mówi, ale nie przeszkadzało jej to w zastanawianiu się, w którym miejscu powinna udziobać. Wiedział, że wielu jej zachowanie napawa swego rodzaju niepokojem, ale Aaron postrzegał to jako rodzaj adaptacji do środowiska, w jakim żyła. Niektóre ptaki były wszędobylskie jak gołębie, które wykorzystywały siedliska ludzkie jako miejsce żeru, dostosowując się przy tym do zindustrializowanej przestrzeni miejskiej. Jeszcze inne były sprawnymi zabójcami, jak płomykówki, poruszające się bezszelestnie niemal na swych lotnych skrzydłach, gdy atakowały pod osłoną nocy: może dlatego sekretariat Biura Aurorów lubił posyłać za ich pośrednictwem najważniejszą korespondencję. A wilgowrony? Czym wyróżniały się wilgowrony? Nie miały wielkich pazurów, chociaż palce Lorien pokrywały piękne pierścienie, a ostre paznokcie mogły imitować szpony. Oczy miała w ciemnokobaltowym kolorze odpowiadającym upierzeniu wilgowroniego ogona... Nie, pomyślał, upijając łyka kawy, musiał szukać dalej. Być może wyjątkową umiejętnością wilgowrona było to, że umiał śpiewać tak pięknie, że nikt nie zastanawiał się, kiedy uległ jego pieśni.
Aaron uśmiechnął się lekko, pokręciwszy głową, jak gdyby sam nie wierzył w to, nad czym się właśnie zastanawiał.
– A jakże, wytłumaczę. Nie wybaczyłbym sobie, gdyby opowiedziała się pani po niewłaściwej stronie historii – powiedział śmiertelnie poważnym tonem Aaron. Zupełnie tak, jak gdyby najbliższy mecz kwalifikacyjny należał wedle jego uznania do spraw wagi państwowej. Nie potrafił jednak ukryć rozbawienia, jakie zabłysło na dnie jego oczu. Nie sądził, żeby sport był dla niej szczególnie zajmującym, ale mimo to pociągnął żart dalej. A gdyby Lorien zauważyła sentencjonalnie, że historię piszą zwycięzcy, przypomniałby jej, że Zjednoczeni z Puddlemere pozostawali najbardziej utytułowaną drużyną w historii kraju...! Szkoda, że konsekwentnie przodowali tylko w ilości popełnianych faulów.
– To o której mam po panią przyjść?
"Potrzeba poprawy wizerunku Biura Aurorów?" Gdyby Aaron to usłyszał, pewnie by się zdrowo uśmiał. Może jeszcze powinni wbić Harper w garsonkę z tego samego domu modowego, w którym stroiła się jaśnie Ministra Magii? Czy to liczyłoby się jako "poprawa wizerunku" w oczach polityków? Dopóki robili swoje, Aaron Moody nie dbał o to, jak był postrzegany on, ani jak postrzegani byli jego koledzy. Choć nie ukrywał nigdy, że najlepszym wyjściem byłoby, gdyby nie byli postrzegani w ogóle. Powinni bardziej dbać o dyscyplinę w szeregach. Oczami przewracać mu się chciało bowiem na celebrycki niemal kult wokół niektórych młodych aurorów, którzy dbali chyba tylko o to, żeby ich nazwiska nie schodziły ze stron gazet. Bo tacy na śledczych nie nadawali się w ogóle. Wstyd, jak często paparazzi przyłapywali ich na ulicach Londynu, i to w trakcie wykonywania operacji objętych tajemnicą. Mogli być sobie celebrytami dopóki nie kolidowało to z obowiązkami natury służbowej, na litość boską! Ale tak jak Moody głęboko wierzył w istnienie aurorskiego etosu, podążania za dokładnymi wskazaniami którego wymagał od siebie przez całe życie (nikt nie wiedział, co składa się na ów "aurorski kodeks", na który powoływał się zawsze Moody, ale być może było to coś, co stary sobie tak po prostu wymyślił), tak miał głęboko w dupie, co o pracy aurorów myśli ogół społeczeństwa. Ogół społeczeństwa powinien się cieszyć, że ma w ogóle możliwość posiadania opinii w tym temacie. Politycy na cieplutkich mogli sobie pokrzyczeć, dziennikarze z radiowych audycji śniadaniowych ponarzekać na niekompetencję aurorów, ale prawda była taka, że Moody prześcignąłby ich wszystkich w narzekaniach na system, którego sam był przecież częścią. Bo Moody'ego jeszcze nikt nigdy nie widział zadowolonego z roboty. Zawsze można było zrobić coś lepiej. Zawsze można było zrobić więcej. Zadziałać szybciej. Uratować więcej istnień. Może gdyby lepiej ochronili Polanę Ognisk w trakcie obchodów Beltane, może wtedy nie zginąłby brat Woody'ego? Może gdyby zdołali przeorganizować się szybciej, udałoby im się opanować pożar Londynu? Zapobiec atakowi na Lorien?
Oczywiście, że zapoznał się z dokumentacją, jaką mu udostępniła. Z podobną uwagą przyglądał się, jak ta rzuca ziarno ptactwu, od którego zaroiło się nagle wokół ławki. Wraz z trzepotem skrzydeł przyszły przemyślenia. Było coś ptasiego w sposobie, w jaki siedząca obok niego Lorien przekrzywiała swoją śliczną główkę. Niby to przysłuchiwała się temu, co mówi, ale nie przeszkadzało jej to w zastanawianiu się, w którym miejscu powinna udziobać. Wiedział, że wielu jej zachowanie napawa swego rodzaju niepokojem, ale Aaron postrzegał to jako rodzaj adaptacji do środowiska, w jakim żyła. Niektóre ptaki były wszędobylskie jak gołębie, które wykorzystywały siedliska ludzkie jako miejsce żeru, dostosowując się przy tym do zindustrializowanej przestrzeni miejskiej. Jeszcze inne były sprawnymi zabójcami, jak płomykówki, poruszające się bezszelestnie niemal na swych lotnych skrzydłach, gdy atakowały pod osłoną nocy: może dlatego sekretariat Biura Aurorów lubił posyłać za ich pośrednictwem najważniejszą korespondencję. A wilgowrony? Czym wyróżniały się wilgowrony? Nie miały wielkich pazurów, chociaż palce Lorien pokrywały piękne pierścienie, a ostre paznokcie mogły imitować szpony. Oczy miała w ciemnokobaltowym kolorze odpowiadającym upierzeniu wilgowroniego ogona... Nie, pomyślał, upijając łyka kawy, musiał szukać dalej. Być może wyjątkową umiejętnością wilgowrona było to, że umiał śpiewać tak pięknie, że nikt nie zastanawiał się, kiedy uległ jego pieśni.
Aaron uśmiechnął się lekko, pokręciwszy głową, jak gdyby sam nie wierzył w to, nad czym się właśnie zastanawiał.
– A jakże, wytłumaczę. Nie wybaczyłbym sobie, gdyby opowiedziała się pani po niewłaściwej stronie historii – powiedział śmiertelnie poważnym tonem Aaron. Zupełnie tak, jak gdyby najbliższy mecz kwalifikacyjny należał wedle jego uznania do spraw wagi państwowej. Nie potrafił jednak ukryć rozbawienia, jakie zabłysło na dnie jego oczu. Nie sądził, żeby sport był dla niej szczególnie zajmującym, ale mimo to pociągnął żart dalej. A gdyby Lorien zauważyła sentencjonalnie, że historię piszą zwycięzcy, przypomniałby jej, że Zjednoczeni z Puddlemere pozostawali najbardziej utytułowaną drużyną w historii kraju...! Szkoda, że konsekwentnie przodowali tylko w ilości popełnianych faulów.
– To o której mam po panią przyjść?
Koniec sesji
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.