Victoria uśmiechnęła się pod nosem do Deirdre, gdy ta najpierw stwierdziła, ze „dobrze”, a potem, że jednak nie i że klątwołamacze mogą pomóc bardziej. Nie mogli. Oglądali ją, nawet siostra Atreusa była klątwołamaczką i medyczką w Mungu i absolutnie nic nie wymyślili. Lestrange doskonale wiedziała, że większość uzdrowicieli pomóc jej nie może, wszyscy specjaliści odsyłali ją do… cóż… nekromantów i rozumiała dlaczego. Ale w odpowiedziach panny Malfoy było coś… Czarnowłosa domyśliła się, że jej specjalność musi być bardzo daleka od wszelkich klątw, być może nie była uzdrowicielką długo (próbowała sobie ją przypomnieć ze szkoły, ale kojarzyła ją jak przez mgłę, na pewno była młodsza i nie uczyła się na roku z Primrose, bo by pamiętała), ale to nie miało większego znaczenia jeśli chodziło o problem, z którym tutaj przyszła.
– Weszłam kilka razy w takie skoncentrowane chmury dymu, w których krążyli ludzie. Co prawda próbowałam robić jakąś ochronę na nos i usta, ale chyba na niewiele się to zdało – a jeden mężczyzna, na którego tak trafili, prawie się udusił od dymu, nieprzytomnego podrzuciła do Munga i wróciła na ulice. Można więc było powiedzieć, że była długo i intensywnie wystawiona na działanie pyłu i dymu. Kiwnęła w odpowiedzi, że zrozumiała instrukcje medyczki. Nie miała wykształcenia medycznego, ale jej ojciec, siostra, babcia czy kuzynostwo byli uzdrowicielami, miała więc styczność z pewnym słownictwem od dawna i siłą rzeczy niektóre rzeczy wydawały jej się oczywiste, poza tym akurat jeśli chodziło o warzenie eliksirów, to tutaj uważała, że była bardziej niż kompetentna by zrobić dla siebie eliksir na kaszel, skoro robiła dużo innych, znacznie bardziej skomplikowanych i oraz nie spoczywała na laurach i znanych światu recepturach, choć nie wszyscy o tym wiedzieli. – Jak długo powinnam zażywać eliksir? – zapytała po chwili, bo w sumie nie wiedziała czy aż wszystko przejdzie, czy może powinna w którymś momencie przerwać zażywanie, bo może by jej zaszkodził? – I czy to powinna być stała dawka, czy zwiększana? – a może zmniejszana…? Wiedziała jaki efekt dawały które składniki użyte w eliksirze, jak powinien a jak nie powinien zadziałać, ale na dawkowaniu leków akurat się nie znała.
– Od różnych ludzi słyszałam, że były jakieś przypadki śmierci od tego popiołu, znaczy od kaszlu. Coś o czarnej ślinie zwiastującej koniec? Rozumiem, że to tylko głupie historyjki i że tak to może wyglądać, jak zacznę mocniej kaszleć i to zamierzony efekt – zawiesiła głos, patrząc na kobietę, dzieląc się tą miejską legendą, która niedawno zaczęła krążyć po ulicach Londynu, na których bywała często.
Pokiwała kolejny raz głową, uwaga o tych nagłych zmianach wysokości była w zasadzie w punkt, w swojej pracy… cóż, czasami jej się zdarzało lądować nagle w dziwnych miejscach, na przykład w pogoni za kłusownikami, którzy ulokowali się w smoczej jaskini… Uśmiechnęła się przy uwadze o miotle i skrzywiła jednocześnie, bo akurat miotła to było coś, na co nie kładła swojego zgrabnego tyłka – od latania trzymała się tak daleko, jak tylko się dało. A potem zerknęła na schludnie i czytelnie zapisaną karteczkę od uzdrowicielki i szybko przebiegła po niej wzrokiem, na momencik zatrzymując się przy recepturze na eliksir, bo to właściwie interesowało ją najbardziej.
– Mmm, w porządku. W takim razie dziękuję bardzo – odparła jeszcze i zabrała karteczki z biurka, myśląc sobie, że może sama powinna poeksperymentować i może jej uda się wynaleźć coś skuteczniejszego na ten cholerny pył, ale póki co nie miała na to zbyt dużo czasu. Krew była niepożądana, a za miesiąc powinna się pokazać znowu… W porządku. Jeśli uzdrowicielka nie miała nic więcej do dodania, to Victoria wstała i uśmiechnęła się do Malfoy raz jeszcze. – Życzę miłego dnia – i skierowała się do wyjścia.